(18kB)

Jacek Trznadel wygłasza laudację książki Wojciecha Albińskiego
(obok Andrzej Nowak)

[Tekst nadesłany przez Jacka Trznadla] Kalahari to pustynia w południowej Afryce, tworzą ją błotne rozlewiska i depresje oraz piaszczyste wzgórza. Obraz tej konkretnej krainy lub jej symbolicznego znaczenia przyciągały Albińskiego od dawna. Autor, rocznik 1935, który wyjechał z Polski po ledwo-debiucie we "Współczesności" w latach sześćdziesiątych, publikował w roku 1980 w paryskiej "Kulturze" cykl poezji o tym właśnie tytule. Zawodowo zresztą zajmuje się geodezją. Więc nie ma nazwiska Albińskiego w wielotomowej bibliografii współczesnej literatury polskiej, wydawanej przez Akademię Nauk.

Tom opowiadań czy opowieści Albińskiego o tym egzotycznym tytule jest jego książkowym debiutem. Słowo debiut nie jest tu zresztą odpowiednie, łączymy z nim bowiem kształtowanie się dopiero osobowości twórczej. Nic tutaj podobnego. Jest to proza dojrzała, wręcz znakomita, o równym, bardzo wysokim poziomie. Jej styl i temat nie mają u nas właściwie odpowiedników. Jeśli Albiński dotyka społecznych problemów różnych grup społecznych zamieszkujących Afrykę Południową, nie jest to przecież studium socjologiczne, ani literatura "podróżnicza". Nie są tu modelem ani Sienkiewicz pod koniec XIX w., ani Kapuściński dzisiaj. Mamy do czynienia z klasyczną prozą, ujętą w formę opowiadań, relacjonujących sytuacje i wydarzenia, by oddać pewną syntezę historyczną i moralną opisywanego świata. Więc nic tu z baedekerowskiego egzotyzmu. Wybierając to miejsce za temat Albiński chce nam przekazać wiedzę o człowieku w ogóle.

Jesteśmy więc na trakcie ambicji każdej wybitnej literatury. Ale narzucają mi się tu zwłaszcza dwa skojarzenia literackie: Joseph Conrad i J. M. Coetzee. jeden i drugi zresztą także z powodu opisu kolizji tak zwanej europejskiej moralności z nowo włączanymi w obieg globalny, światami cywilizacyjnymi, w tym także tego, co nazywało się Czarnym Lądem. Zresztą długa to już historia. Ręka Białego położona na Czarnym od kilkuset lat jest historią złego i dobrego sumienia Europy. Ale myślę, że w tym postapertheidowskim świecie u Albińskiego chodzi o coś więcej. Nie tylko o kolizję etosów przymierzanych do etycznej normy, ale także o zachwianie się tradycyjnych pojęć antropologicznych, a co za tym idzie i cywilizacyjnych, jak może wyglądać kształt możliwych ludzkich wyobrażeń.. To tak jakby teoria kwantów wkraczała w prawa ludzkiej psychiki i przeżywania norm społecznych.

To już nie jest - jak u Josepha Conrada - ujrzenie "jądra ciemności" w głębi Konga przez europejskiego obserwatora, ani kotłowaniny Murzynów, w obronie swego złota, pod pokładem statku w czasie tajfunu - gdy trwa na mostku niewzruszony kapitana statku. Ani, po odwróceniu jakby kliszy, zemsta Czarnych na Białych mieszkańcach farmy, połączona z okrucieństwem i zbiorowym gwałtem, w Hańbie, noblisty Coetzee. To wszystko były według mnie jakby jeszcze wizje napiętej do ostateczności etyki europejskiej. Ale w prozie Albińskiego, inaczej niż u Conrada, nie ma już szlachetnych kapitanów. Conrad pokazywał ich dla przeciwstawienia skażonemu światu, który był tłem. Tutaj skażone tło objęło całość. Nie ma szlachetnego narratora. Tak jak to było jeszcze w jednej z najświetniejszych polskich nowel Ad leones Norwida:

Redaktor: Redakcja nie jest telefonem. [...] Redakcja jest redukcją. - To tak, jak sumienie jest sumieniem - odpowiedziałem.

Ale pozostaje autor, ukrywający w obrazie swoje wizje i alarm estetyczny sygnalizujący kolizje moralne.

Ale jest zresztą jeszcze coś więcej. To opis wulkanicznej wręcz erupcji etosu i myślenia ludów Afryki, myślenia archaicznego, jakbyśmy cofnęli się nawet nie o tysiące lat, ale wręcz do jakiegoś neolitu. I przemieszanie tego myślenia magicznego, animistycznego, myślenia czarowników, z jakimś dziwnym chrześcijaństwem i techniczną cywilizacją XX wieku (Kobry i parafianie), łącznie z faszystowskim wręcz wzorem czy naprawdę przezwyciężonej już apartheidowskiej przemocy? Mikrofon i półplemienna komisja, pistolet i kałasznikow zamiast łuku. Ten ostatni przykład biorę z ogłoszonych ostatnio w prasie nowel Albińskiego, z następnego tomu prozy, który jest w druku.

Z tym, że ten neolit, o którym wspominam, jest nie tylko w plemiennych postaciach pejzażu Albińskiego, jest także w nas. Oni nie doszli do nas, ale i my nie odeszliśmy od nich. Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Cała koszmarna chwilami dziwność tego konglomeratu cech cywilizacyjnych - nie śniła się nam jeszcze. Ten sen, który dzieje się w rzeczywistości, oddany jest w szczególnie realistycznym rytmie opowiadań Albińskiego, gdzie zwykłość i nasycona realiami, rzeczowa narracja, nie poddają się jakimś emocjonalnym wyskokom stylu, czy, broń Boże, zwerbalizowanej ocenie. Urzeka gęstość, chwilami egzotyczna, opisu przyrody i ludzi. Katastrofom ludzkim towarzyszy w opisie raczej lekki sarkazm niż groteska, a nigdy wręcz wyrażony tragizm. Tak w Komisji (ogłoszonej w "Gazecie Wyborczej"), gdzie dwaj oficerowie policji, Holendrzy z pochodzenia, zostają mimo zabójstw zwolnieni z więzienia, a murzyński policjant, ich pomocnik, idzie do więzienia za przywłaszczenie sobie zegarka.

Nad podium wisiał napis: "Komisja prawdy i Pojednania". I drugi: "Prawda drogą do pojednania". Zebrani patrzyli na te napisy jak na dekorację sali. Przyzwyczajeni do kolorowych reklam, omijali je wzrokiem. Grupa dziennikarzy siedziała naprzeciwko podium. "Cóż oni z tą prawdą? Gdzie jej szukać?" - dziwili się i uśmiechali drwiąco. Fotografowali napisy i opatrywali uwagami: "Świeżość uczuć", "Dziecięca wiara", "Obyczajowy eksperyment, któremu należy się przyjrzeć". [po obradach powiedziała zarządzająca salą:] - Trzeba będzie te napisy jutro zdjąć.

Wolę tu zresztą Albińskiego od Coetzee. Obaj zrywają z pewną zasadą poprawności, choć Albiński, outsider południowej Afryki, robi to bardziej śmiało, bardziej podkreślając przypisanie rasowe bohaterów z ich cechami i pozytywnymi, i negatywnymi.

Ważną cechą pisarstwa Albińskiego jest różnorodność opisywanych sytuacji i zdarzeń, nie ma tutaj powtórzeń. Podziwiamy, kreśloną jakby od niechcenia, aurę zapisywanych zdarzeń, ale i surowo piękną, choć niebezpieczną dla człowieka egzotyczną przyrodę, klimat. Czasem językiem opisu jest pierwsza osoba, nie będąca zresztą ani wyrazem wszechwiedzącego narratora, ani bohatera opowiadania. Opis jakby tradycyjny, a jednocześnie prawie behawioralny, jako tylko przytoczenie zjawisk i dialogów. Dzięki nim autor zagląda do ludzkiego wnętrza. Ocena, gorzka i sceptyczna, kryje się wewnątrz obiektywnej jakby, niezaangażowanej narracji. Jest ona w ostatecznej instancji związana z etosem europejskim, bo nie może być inaczej. Ale jednocześnie mówi o zanikaniu jakby powszechnej, uniwersalnej etyki u ludzi. Skutek liberalizmu? Czy po prostu amoralności?...

Odnoszę wrażenie, jakby jednocześnie autor przypominał, że ta kolizja pierwotnej, plemiennej umysłowości i etyki, z etyką "europejską", trwa przecież od kilku wieków na kilku kontynentach: od czasów porwań z łona Afryki i handlu niewolnikami, od okresu konkwistadorów, ale nigdy w zasadzie nie została opisana w ujęciu obu stron (umysłowość pierwotnych ludów obu Ameryk została ujęta przez antropologów, ale tylko od zewnątrz). I nie w kolizyjnych zderzeniach (nie zawsze koniecznie ludzi, lecz wyobrażeń i etosów). Językowa struktura pięknej polszczyzny i jakby symboliczna nieraz struktura zdarzeń sprawiają, że obrazy tej prozy będą, jak sądzę, nieraz cytowane. Ale taki już jest los książek, które na naszych niejako oczach zdobywają rangę klasyki.

 

powrót

 

strona główna