powrótstrona główna
Józef Mackiewicz, Prawda w oczy nie kole, Kontra, Londyn 2002 ("Dzieła", tom 17)

 

"Gazeta Polska" nr 13 z 27 marca 2002

Jacek Trznadel

"PRAWDA W OCZY NIE KOLE"

W edycji pism Mackiewicza (wydawnictwa „Kontra” Niny Karsov) ukazała się nowa, nieznana książka tego pisarza: Prawda w oczy nie kole. Jest to wydanie na podstawie jedynego ocalałego maszynopisu, odnalezionego w Kownie i potem w Wilnie, a napisanego zapewne do końca roku 1943. Maszynopis istniał w dwu egzemplarzach, z których jeden został spalony, ocalenie więc książki, której autor nie wywiózł z Wilna w trudnej drodze na emigrację, zakrawa na cud. Ponieważ jest to absolutna nowość edytorska, tak wybitnego pisarza i na tak ważny temat, warto ją tutaj obszernie – i z przytoczeniami – streścić.

Tekst zawiera podzieloną tematycznie historię przeżyć i usiłowań Mackiewicza od początku wojny do roku 1941 (późniejszy okres – niektóre aluzje). Opisane wypadki dzieją się w Wilnie i na Litwie, w Kownie. Książka staje się ważną kroniką historyczną tych lat w bezpośrednim opisie prozaika i dziennikarza przedwojennego wileńskiego „Słowa". Jest to więc tyleż poświadczenie ważnego biograficznie ogniwa życia autora Drogi donikąd, co wypadków tamtych dni. Wydanie książki przypadło na setną rocznicę urodzin Józefa Mackiewicza.

Wieczór walącego się w gruzy państwa

Zapis, chwilami nieraz prawie kronikarski, rozpoczyna się zaraz po 17 września 1939, po przekroczeniu granicy polskiej przez Armię Czerwoną: „Nadchodził wieczór dnia 18 września [1939 roku], najbardziej niesamowity, jaki dane mi było przeżyć. [...] W ciemny wieczór walącego się w gruzy państwa przyszliśmy ze Zbyszewskim [piechotą z Czarnego Boru] do Wilna. [...] W redakcji „Słowa” paliły się już lampy. [...]. Był moment, gdy pozostałem zupełnie sam. Sam jeden w wielu pustych pokojach [...]”. Mackiewicz opisuje następnie dramatyczną ucieczkę z Wilna wojskowym autobusem ku granicy litewskiej: „Gdy sobie przypomnę ten obraz [...] wielkiego odwrotu 1939 po trakcie zaprószonym żołnierzami polskimi, granatowymi mundurami policji, masą aut, autobusów, ciężarówek... pełnym śmiechów, przekleństw, żartów, łez, myśli samobójczych, głupoty ludzkiej, szczerego patriotyzmu [...] rozpaczy, apatii uciekających urzędników, kobiet z dziećmi na rękach, wygodne poduszki w limuzynach i nogi skrwawione marszem [...] podświadomie jeszcze zaczęło osiadać w mózgu to przekonanie [...] o wielkim indywidualizmie rzeczy, o zakłamaniu abstrakcji politycznej”. „Ot, taki sobie przeciętny patriota [...] wyjął rewolwer, ścisnął jak prawicę przyjaciela i - palnął sobie w łeb. [...] Nakryto go płaszczem. [...] Deszcz dawno ustał. Biała flaga wyschła, [...] uniósł się szlaban graniczny [...], każdy przekraczając granicę nie znanego mu losu już bez rozkazu czynił znak krzyża świętego” (rozdziały: Wojna, Wielki indywidualizm rzeczy).

Wielkie plany

W następnych rozdziałach Mackiewicz opisuje swój niedługi emigracyjny pobyt w Kownie i starania (bezskuteczne) o wizę francuską. Uzyskał ją tylko jego brat, Stanisław Cat Mackiewicz, stając się jednym z najwybitniejszych publicystów emigracji zachodniej w czasie wojny. Natomiast Józef Mackiewicz, po upadku tych nadziej, po dramatycznym przeżyciu nastroju klęski w ambasadzie polskiej w Kownie, ostatniego paroksyzmu wolności u gościnnych Litwinów, opisuje swój powrót do Wilna po przekazaniu go przez ZSSR Republice Litewskiej. Powracał do Wilna z zamiarem rozwinięcia szerokiej działalności publicystycznej i po wyciągnięciu wniosków z tragicznego upadku polskiej państwowości. Przedtem w kowieńskiej gazecie „Lietuvos Żinios” z 14 października 1939 r. opublikował artykuł My Wilnianie. Jak sam to określił: „Artykuł ten wywołał burzę”. Nie wypaczymy słów autora posługując się jego własnym streszczeniem w omawianej książce: „Artykuł zawierał ostrą krytykę rządów pomajowych w Polsce. Wyrażał szczery ból z powodu katastrofy, jaka nas dosięgła. Zawierał zarzut pod adresem Piłsudskiego, jako głównego winowajcy, Zawierał poza tym zdanie, które cudem jedynie przeskoczyło cenzurę, a mianowicie, że Polska i Litwa, tak jak przed wiekami, znajdują się w sytuacji identycznej między Niemcami i Sowietami. Zawierał wreszcie ten fatalny ustęp, że [...] największą radość sprawi im [wilnianom] obecne wkroczenie wojsk litewskich”.

Artykuł ten został źle przyjęty przez środowiska polskie, między innymi wywołał pisemny protest oficerów polskich internowanych na Litwie, wręczony Mackiewiczowi. Mackiewicz podkreśla, że tekst ten stanowił dla niego pomost do określenia się wobec jego ojczyzny, którą nie tyle jest Polska, ile trochę w myśl filozofii nazywanej „krajową” określa ją tradycja Wielkiego Księstwa Litewskiego, nie poszanowana ani przez Polskę, ani przez Litwę i deptana „czerwonym żelazem bolszewickim”. Po powrocie do Wilna Mackiewicz uzyskuje koncesję na wydawanie pisma w języku polskim („Gazeta Codzienna”), w którym miał nadzieję rozwijania swoich poglądów. Jak sam to pisze w omawianej książce, nie spełniały się jednak nawet wstępne nadzieje na rozwinięcie w nowym duchu idei „krajowych” i Wielkiego Księstwa Litewskiego.

A najpierw: „Bytem głęboko przekonany, że wojska litewskie w r. 1939 witane będą z ulgą i radością przez absolutną większość mieszkańców [...]. Omyliłem się kompletnie. Społeczeństwo polskie zachowało się wrogo wobec faktu wkroczenia wojsk litewskich. Społeczeństwo zaś litewskie uczyniło wszystko, aby wrogość tę spotęgować i rozłam pogłębić. [...] I przyznać muszę, że winę za obłędną nienawiść i najgłupsze rozłamy w obliczu wspólnego [bolszewickiego] wroga w lwiej części przypisać należy stronie litewskiej. [...] Litwini nie okazali jednak ani taktu politycznego, ani rozumu politycznego”. Po pierwszych dniach, które niczego złego jeszcze nie zapowiadały, Litwini wprowadzili bezwzględną lituanizację językową (wbrew samym interesom litewskim absolutyzowano sprawę języka) w mieście o ogromnej polskiej większości (nazwy ulic, szyldy sklepów, język urzędowy). Zamknięto uniwersytet Stefana Batorego, wydano represyjną ustawę o obywatelstwie, w wyniku której „w samym Wilnie [...] liczącym 200 tysięcy mieszkańców stałych, około 150 tysięcy okazało się ‘obcokrajowcami’”. Najgorszą sprawą, którą będzie wytykał Mackiewicz Litwinom, ale i Polakom, był brak jedności w obliczu wspólnego bolszewickiego wroga, który zdążył już zainstalować swe bazy wojskowe we wszystkich krajach bałtyckich. Dochodziło do godnych pożałowania zmian w mentalności codziennej, gdzie ogółowi polskiemu zdarzało się sympatyzować z bolszewikami przeciw Litwinom.

Koniec marzeń

W takiej właśnie sytuacji zaczęła wychodzić redagowana przez Mackiewicza wileńska „Gazeta Codzienna”. Narażona z góry na złe przyjęcie obu stron: litewskiej (mimo pozwolenia na druk) i polskiej, na częściowy bojkot strony polskiej i represyjną cenzurę litewską. Zwłaszcza że postawa Mackiewicza sprawiała zawód zarówno stronie polskiej, jak i litewskiej. Mackiewicz określa to tak: „Stosunek Litwinów do ‘Gazety’ [...] sfery litewskie uroiły sobie, że ‘organ krajowców’ będzie najdalej posuniętym rodzajem ugody. Będzie organem rozbijającym jednolity front społeczeństwa polskiego. Będzie może nawet urzędówką w języku polskim, gazetą gadzinową. Dowodzi to z ich strony atrofii poczucia myśli państwowej i kompletnego braku zainteresowania koncepcjami wielkiej Litwy [...]”.

W dalszej części książki opisuje Mackiewicz swoje zabiegi i perypetie związane z wydawaniem pisma i próbą, by pozyskać dla swej idei wszystkie odłamy mieszkańców Wileńszczyzny, w tym także ruch Białorusinów. Zabiegi te, jak i próby usunięcia uprzedzeń Litwinów w toku dyskusji z czynnikami rządowymi w Wilnie i Kownie poniosły fiasko. Dodać jeszcze należy walki z cenzurą litewską, nie wykazującą według Mackiewicza zrozumienia problemów polskich, ale i woli walki ze wspólnym wrogiem: bolszewikami, co objawiało się na przykład drastycznie przy druku komunikatów o wojnie bolszewicko-fińskiej. W rezultacie tych trudności „Gazeta Codzienna” została zamknięta przez władze litewskie jeszcze przed „przyłączeniem” Litwy do ZSSR jako republiki sowieckiej. Na przykładzie Litwinów posiadających przecież wtedy jeszcze własną państwowość ukazuje Mackiewicz tragiczną dla niego uległość wobec groźby i wobec faktu sowietyzacji, podobnie jak widział to na przykładzie polskim. Zawiedli go Polacy, zawiedli Litwini, pozostało marzenie o Wielkim Księstwie. Ale przede wszystkim ponura rzeczywistość okupacji sowieckiej.

W rozdziale Czwarty rozbiór Polski Mackiewicz czyni odpowiedzialnym za ten rozbiór nie tylko zdradziecki pakt Ribbentrop-Mołotow, ale także Anglię, która nie zaprotestowała przeciw uczestnictwu Sowietów w rozbiorze: „Tak dalece nie chciano się w Londynie pożegnać z nadziejami na pozyskanie Sowietów do antyniemieckiej koalicji. Za samą już tylko nadzieję, rzec można, ofiarowano im pół Polski”. I tutaj rozpoczyna się ważny etap myślenia politycznego Mackiewicza, który będzie go kosztować posądzeniem o proniemieckie sympatie. Chodziło mu o zajęcie stanowiska wobec Rosji, Niemiec i polskich sojuszników zachodnich, przede wszystkim Anglii, jako wciąż walczącej z Niemcami. Kilka kluczowych zdań z książki pozwoli nam jaśniej zrozumieć źródło późniejszego konfliktu między Mackiewiczem a polską organizacją podziemną, prowadzącego w rezultacie do wydania wyroku śmierci na pisarza, wyroku zawieszonego potem przez wileńskiego komendanta AK, „Wilka” Krzyżanowskiego.

Większy wróg

Trzeba się tu najpierw odwołać do kilkumiesięcznej współpracy Mackiewicza z koncesjonowanym przez Niemców wileńskim „Gońcem Codziennym”, a zwłaszcza do tego kluczowego zdania z artykułu wstępnego Mackiewicza To dopiero byłaby klęska, zamieszczonego w numerze z 10 sierpnia 1941 r.: „zwycięstwo koalicji anglo-sowieckiej byłoby dla Polaków największą klęską, jaka nie tylko ich w tej wojnie spotkać mogła, ale klęską przewyższającą wszystkie dotychczasowe na przestrzeni dziejów [...] los narodu polskiego przypieczętowany może na wieki”. Gdyż – a teraz cytat z omawianej książki Mackiewicza: „zwycięstwo koalicji na zachodzie, pociągnęłoby za sobą nieuchronnie wystąpienie Sowietów przeciwko zdruzgotanym Niemcom. Stałoby się to poprzez nasze ziemie po trupie «Polski burżuazyjnej». Wydani byśmy zostali w ręce bolszewików” (Straszny cień pada od wschodu). Mackiewicz wiedział, że Anglia zapłaciłaby Sowietom Polską za cenę wspólnego zwycięstwa. To przewidywanie zresztą się sprawdziło.

Znane skądinąd zdanie Mackiewicza z artykułu To dopiero byłaby klęska z „Gońca Codziennego” tłumaczyłem sobie niegdyś swoistym myślowym unikiem wobec cenzury, tym razem hitlerowskiej: mianowicie jako przewidywanie, że Niemcy pokonują najpierw Sowiety, zaś następnie zostaną pokonane przez Anglię, już nie w koalicji z ZSSR. To tłumaczenie uległo zmianie po lekturze zapisów Mackiewicza z omawianej książki.

Polityk taki jak Mackiewicz musiał nieuchronnie pytać o możliwą alternatywę. A najpierw: czy po serii angielskich klęsk i zwycięstwie Niemiec nad ZSSR można było jeszcze wyobrażać sobie Anglię zwycięską? Na to pytanie Mackiewicz nie daje jasnej odpowiedzi, jednak można sądzić, że źle widział losy Anglii w starciu z Niemcami, po unicestwieniu przez Niemcy ZSSR, którego tak sobie życzył... W tym rozumowaniu Anglia, która wcześniej nie wystąpiła przeciw Sowietom, musiałaby sama zapłacić cenę unicestwienia komunizmu przez Niemcy. W książce Mackiewicz wyznaje jednak, że szedł w swym myśleniu o wiele dalej. Nie tylko daje tu do zrozumienia, że przewidywał klęskę Anglii, ale wręcz życzył jej sobie, by mogło dokonać się rozbicie Sowietów: „Sądziłem dalej, że wojna na wschodzie nie dojdzie do skutku wcześniej, zanim nie zostanie zakończona na zachodzie. Dlatego całym sercem pragnąłem, żeby Niemcy jak najprędzej rozbiły Anglię, ażeby usunęły tę kłodę, która nas przykuwa do niewoli niemiecko-bolszewickiego sojuszu (Straszny cień pada od wschodu).

Jeśli jedynie zwycięstwo Niemiec nad ZSSR i Anglią mogłoby Polskę uchronić przed bolszewizmem, w takim razie, co byłoby z okupacją hitlerowską, z dominacją niemiecką? Tu w myśleniu geopolitycznym otwiera się rozpaczliwa próżnia: bo jeśli niemiecka Anglia, to i Egipt, Suez, marsz przez Kaukaz na wschód Wehrmachtu. Pozostawałyby Stany Zjednoczone osaczone przez Niemcy i Japonię. W takim rozumowaniu pisarz odkładał chyba porażkę hitlerowskich Niemiec na czas zgoła nieokreślony. W sytuacji bez dobrego wyjścia wolał niewolę nazistowską od komunistycznej? Jako reprezentant pokolenia, które pamięta dobrze czasy wojny, powiem, że dla większości ludzi w Polsce takie stanowisko było nie do przyjęcia. Nie tylko w sferze postulatów, ale i nadziei. My, którzy słuchaliśmy, z narażeniem życia, radia Londyn, wierzyliśmy w zwycięstwo Anglii nad hitleryzmem. Mając jednocześnie nadzieję, że nie dozwoli ona na rozpanoszenie się komunizmu nad Polską. Nadzieję głupią i fałszywą. Mackiewicz byt jednym z niewielu realistów. Widział, tak może jasno jak niewielu ludzi w Polsce, że porażka obu wrogich Polsce totalitarnych potęg: Niemiec i Rosji – jest niemożliwa. Uważał jednak komunizm za większego wroga.

Trzeba powiedzieć, że w owym czasie Polska nie była nakierowana na walkę z komunizmem, lecz jedynie na walkę z Niemcami, dlatego również, że w większości mieliśmy straszne doświadczenie okupacji niemieckiej, a w Polsce centralnej nie mieliśmy doświadczenia okupacji sowieckiej. Mackiewicz odwrotnie: do roku 1943, gdy pisał zapewne ostatnie stronice książki Prawda w oczy nie kole, nie miał wielkiego doświadczenia okupacji niemieckiej, nie dokonał się także jeszcze holocaust ludności żydowskiej, do której sympatię Mackiewicz deklaruje ewidentnie w swojej ostatniej książce (rozdział Żydzi).

My, związani z nadziejami na zwycięstwo Anglii, czytamy te słowa Mackiewicza z ciężkim sercem. Jakiej duchowej walki i rezygnacji musiały one być wynikiem, by pisarz, który nie był zwolennikiem Niemiec hitlerowskich i z całych sił pragnął, aby Polska orężnie się im oparła – doszedł do takich przekonań i do takich pragnień? Te pierwsze lata wojny i okupacji sowieckiej były przełomowym krokiem do takich przemyśleń. Trudno nam to przyjąć, gdyż w większości Polski, jak i w Europie Zachodniej, jedynym potworem były Niemcy hitlerowskie. To dopiero dzisiaj w obliczu klęski komunizmu, w obliczu takich książek jak Czarna księga komunizmu, gdy wiemy, że zbrodniczość komunizmu nie była mniejsza od zbrodniczości hitleryzmu, a w absolutnej ilości ofiar, nawet większa, możemy zrozumieć Mackiewicza. Po prostu: w obliczu dwu potęg zła - Polska podziemna praktycznie swe nadzieje wiązała z Rosją, on – z Niemcami. Nie wierzył w wymiganie się Polski od komunizmu w wypadku jego zwycięstwa w Europie aż po Niemcy.

Ucieczki z rozpaczy

Dopiero później mógł nabrać nadziei, że pomimo wszystko pozostanie w Europie kawałek wolnego świata, ale nie w Polsce, nie w Polsce! To tłumaczy jego rozpaczliwą ucieczkę na Zachód – najpierw do Warszawy przed powstaniem, a potem w Krakowie, w obliczu ofensywy Armii Czerwonej przekroczenie pieszo, w zimie, nie wysadzonego jeszcze mostu na Wiśle – w drodze na Kalwarię, Śląsk, Wiedeń, Włochy Pamiętam dobrze nocny wybuch, kiedy poleciały te mosty w Krakowie, obudziliśmy się, bo otwarło się od podmuchu okno, byt mróz, Mackiewicz przekroczył most kilka godzin wcześniej. Uciekać w taką noc, to się nie dało pomyśleć – dlatego tak przejmuje mnie dziś ten opis u Mackiewicza.

Co znaczą refleksje Mackiewicza przytoczone za jego ostatnią książką w naszym spojrzeniu na pisarza i okupację w ogóle? Przede wszystkim sytuują go po stronie pisarzy akcentujących silniej obawę przed komunizmem niż przed hitleryzmem (przynajmniej do pewnej chwili), jak u nas pisarz Jan Emil Skiwski (kolaborant), jak niektórzy pisarze francuscy (oni jednak dzielili często z nazistami haniebne fragmenty ideologii, co nie istniało u Mackiewicza). Był to więc wybór przeciw komunizmowi, ale nie za nazizmem, jedynie wobec tragicznej alternatywy.

I musiał się tu dokonać jakiś przełom, gdyż po kilkumiesięcznym okresie współpracy z gadzinowym „Gońcem Codziennym” Mackiewicz zerwie tę współpracę, co zresztą mogło być dla niego groźne, tak jak gdy nieco wcześniej odmówił redagowania pisma. Jak groźni potrafili być Niemcy dla ludzi, z którymi nawet pertraktowali, opisał w swoich Czasach wojny Ferdynand Goetel, także po wojnie oskarżony o kolaborację. Być może Mackiewicz życzył sobie nadal zwycięstwa Niemiec nad ZSSR, ale nie chciał być ich pomocnikiem-kolaborantem. Może nabrał nadziei, jak wielu, że Niemcy ugrzęzną daleko w Rosji, a Polskę oswobodzą alianci zachodni? W ten sposób rozumowali nieco później nasi pisarze na Zachodzie: Andrzej Bobkowski w Paryżu (Szkice piórkiem), martwiący się klęską niemiecką pod Stalingradem czy spisujący swe dzienniki w Londynie Tadeusz Katelbach (Rok złych wróżb, 1943). Może nieco później i Mackiewicz miał takie nadzieje, zważywszy, że za każdym razem dopiero w ostatniej chwili wycofywał się przed nadchodzącym frontem Czerwonej Armii: z Wilna, z Warszawy (dzień przed powstaniem), z Krakowa (dzień przed jego zajęciem przez krasnoarmiejców i NKWD). Sam to zauważył: „I tak się rozpoczął ten odwrót z miasta do miasta, jak spadanie z drzewa, gdy się człowiek łapie po kolei za każdą gałąź” (Ucieczka przed „wyzwoleniem”, w książce Fakty, przyroda, ludzie).

Zwłaszcza po lekturze ostatnio odnalezionej książki Mackiewicza o okupacji sowieckiej, a pisanej w czasie niemieckiej okupacji Wileńszczyzny – trudno wyobrazić sobie większą rozpacz niż ta, jaka towarzyszyła temu pisarzowi w jego ucieczce na Zachód. Kto pamięta mroźną zimę 1945 r., jak ja ją pamiętam, może sobie wyobrazić tę pieszą początkowo ucieczkę w lekkich butach, owego 18 stycznia. Z sercem przeoranym trwogą i rozpaczą. Trwogą o swój los osobisty (niechybnie groziły mu łapy NKWD), ale i o los Polski. Ta sama rozpacz miotała Goetlem, gdy po rozpisaniu za nim listów gończych salwował się ucieczką na Zachód w końcu 1945 r. (pozostawiając w Polsce żonę i małe dzieci). I także – cokolwiek o jego kolaboracji sądzić – ta sama rozpacz była udziałem Jana Emila Skiwskiego wycofującego się po śladzie Wehrmachtu przed następującą Armią Czerwoną (po wojnie jako emigranta z dalekiej Wenezueli, pod pseudonimami, będzie go drukował Giedroyc w „Kulturze”). Pamiętajmy, że trzy wymienione wyżej nazwiska pisarzy: Goetel, Skiwski, Mackiewicz – osądzających zło komunizmu i uchodzących na Zachód, są jednocześnie nazwiskami tych pisarzy w Polsce, którzy byli w 1943 r. w Katyniu. Ale ucieczka na Zachód to przecież także los NSZ-owskiej Brygady Świętokrzyskiej przemykającej się w styczniu 1945 r. na Zachód pomiędzy oddziałami Wehrmachtu i Armii Czerwonej (i w Polsce podziemnej przebiegała więc drastyczna linia podziału).

Na wszystkich tych ludzi rzucano przez dziesiątki lat jedynie wyrazy potępienia. Myślę, że przyszedł wreszcie czas trudnego zrozumienia, zwłaszcza że – jeśli chodzi o Mackiewicza – nigdy nie tolerował żadnego totalitarnego występku czy nawet haniebnego poglądu społecznego. To, co mogłoby ratować przed komunizmem – nazizm, był dla niego ideowo równie nie do przyjęcia. Podczas swego pobytu w Krakowie, w końcu 1944 r., Mackiewicz odetnie się od proponowanej mu współpracy z kolaboracyjnym pismem „Przełom” Skiwskiego i Burdeckiego. Wcześniej zanotuje w swej pamięci, a niedługo potem na piśmie, wstrząsający protest przeciw hitlerowskiej eksterminacji Żydów Ponary-Baza. W Krakowie pozostawi wydaną na powielaczu broszurę Optymizm nie zastąpi nam Polski, wydaną przez szefa RGO hr. Adama Ronikiera, gdzie ostrzegał przed uległością elit wobec komunizmu. Książka ta, o której wiadomo, że gdzieś istnieje jej egzemplarz, znana nam jest jedynie z kilkunastu zdań cytowanych z niej po wojnie przez samego autora (Przyczynek do ponurych dziejów, 1952).

Mackiewicz nie miał złudzeń i wiedział, jak liberalny wobec komunizmu był Zachód. Bał się także opanowania całej Europy przez komunizm, jeśli nie fizycznie, to w życiu duchowym. Miało to owocować odrębnością postawy Mackiewicza, opisywaniem uległości wobec komunizmu (książka Zwycięstwo prowokacji), a w efekcie jego osamotnieniem także na emigracji. Jeszcze dziś niektóre jego trafne diagnozy dla wielu wydają się nie do przyjęcia. Tytuł książki Prawda w oczy nie kole zdaje się być tego przeczuciem. Ale to już wymagałoby innego opisu.

powrótstrona główna