powrótstrona główna
Józef Mackiewicz, Droga Pani...

 

"Wiadomości" (Londyn), 1967, nr 19 (1101)

Wit Tarnawski

NIE PODAWAĆ BRATU RĘKI?

Wiadomo, że jestem wielbicielem talentu Józefa Mackiewicza jako powieściopisarza i dałem tego nie raz dowody. Niestety, jego publicystyczne wypowiedzi nie zawsze trafiają mi do przekonania.

Nie przekonał mnie też list do "Drogiej Pani" w "Wiadomościach" (nr 1092). Michał Chmielowiec rozpoczął dyskusję z tezami tego listu w tym samym jeszcze numerze.[zobacz] Sprawa wydaje mi się ważna, sięgająca znacznie dalej aniżeli bezpośredni powód, który ją wywołał. Przyłączam, się więc do dyskusji.

Przypomnę, od czego się zaczęło. Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk w Warszawie w związku z wydawanym przezeń Słownikiem współczesnych pisarzy polskich przysłał Józefowi Mackiewiczowi kwestionariusz z prośbą o jego wypełnienie. List podpisała dr Jadwiga Czachowska, kierowniczka pracowni Słownika. Mackiewicz odmówił wypełnienia kwestionariusza, zwracając się do dr Czachowskiej listem otwartym, w którym podaje motywy swej odmowy, a równocześnie wyraża opinię, że literatura, która powstaje w obecnej Polsce, nie jest literaturą polską.

Chmielowiec zakwestionował w swoim Spojrzeniu ku... szereg tez Mackiewicza i dał przekonywające argumenty, zarówno jeśli idzie o samą sprawę odpowiadania na ankietę jak np. o analogię sytuacji pisarza krajowego z sytuacją polskich pisarzy pod dawnymi zaborami. Ja chciałbym tutaj wskazać przede wszystkim na personalny, czysto ludzki aspekt sprawy, ponieważ właśnie ten aspekt wydaje mi się szczególnie ważny i może najbardziej brzemienny w skutki.

Zacznę od szczegółu raczej drugorzędnego lecz znamiennego i który już od pierwszych wierszy zwrócił moją uwagę: od formy i tonu listu Mackiewicza. Dr Czachowska zwróciła się do niego jako kierowniczka jednego z działów Instytutu Badań Literackich. Mackiewicz potraktował ją jako przedstawiciela reżymowej instytucji i odmówił. Dotąd wszystko jest w porządku. Nie podjąłbym tej dyskusji, gdyby Mackiewicz, przesyłając swoją odpowiedź, nawet pod adresem dr Czachowskiej i nawet w sposób podobny ją uzasadniając – kierował ją do instytucji a nie do osoby. Ale autor odpowiedzi, poczynając od nagłówka "Droga Pani", skierował odmowę na tory wyraźnie osobiste. I tu zaczyna się moja niezgoda z Mackiewiczem.

Wydaje mi się, i w tym widzę jego błąd zasadniczy, że Mackiewicz nie oddziela dość uważnie rządu komunistycznego w Polsce od społeczeństwa, które jest w 90% anty- a przynajmniej nie-komunistyczne – musi jednak żyć pod rządem mu narzuconym i w jakiś sposób do tego życia się przystosować, a nawet w pewnej swojej części pracować w jego "urzędach, instytucjach i administracjach". Dla mnie pomieszanie tych dwu pojęć jest niesprawiedliwe i niesłuszne, zarówno rzeczowo jak pedagogicznie.

Wracajmy jednak do listu. Ton jego, mimo łudząco uprzejmego nagłówka, jest przykry: to sarkastyczny, to wyższościowy i pouczający, wyraźnie nieżyczliwy. Takim go zresztą autor na pewno chciał mieć. I tutaj pytam: czy Mackiewicz, pisząc swój list, pomyślał także o zwyczajnym, ludzkim – nie tylko politycz­nym – obliczu sprawy? Czy można sobie wyobrazić, że tego co autor listu zamierzał wyrazić ogólnie, dla pouczenia krajowego czy emigracyjnego forum, nie weźmie potrosze także do siebie adresatka listu, skoro do niej, do "drogiej pani", był skierowany? I czy słusznie należy się także jej, cały listu gniew, ironia i pogarda?

Oczywiście, nie ma tylko reguł ogólnych, są poszczególne przypadki. Gdyby Mackiewicz skierował swój list, dajmy na to, do Żółkiewskiego, Zatorskiej czy innego Putramenta – figur bezpośrednio i oczywiście odpowiedzialnych za to, w co listem swoim godzi, mógłbym mu tylko przyklasnąć. Ale kto jest dr Czachowska? Ja nie wiem. A czy wie Mackiewicz? Przecież nawet "instytucje, administracje i stowarzyszenia, powołane przez okupacyjny rząd komunistyczny" składają się – poza pewną ilością dobrze znanych i osławionych osobistości, oraz ich "podopiecznych", jak to określił Mackiewicz – z Polaków i Polek, o których prawdziwym wewnętrznym obliczu z takiej odległości naprawdę bardzo mało wiemy. A jeśli tak, to dlaczego bez dostatecznej wiedzy i potrzeby, uderzać w nich, tak, jak gdyby biło się w ciemność, nie bacząc komu cios się dostanie? Zapewne – nie czas żałować róż, gdy lasy płoną. Ja patrzę na to inaczej. Postępowanie Mackiewicza wydaje mi się błędne i to właśnie błędne politycznie – co postaram się uzasadnić później.

Przejdźmy jednak wpierw do drugiej, ważniejszej i o zasięgu znacznie szerszym strony listu Mackiewicza, do jego wyzywającej tezy o niepolskości krajowej literatury. "Nie uważam literatury P.R.L.u w jej całości za literaturę, i w tradycyjnym, i w ścisłym znaczeniu: polską... Nie tylko komunista, ale i nie-komunista, piszący w państwach komunistycz­nych... nie należy już do literatury swojego kraju". Trudno zaiste z taką tezą dyskutować. Po prostu jej nie rozumiem. Co to znaczy literatura jako całość? Muszę wrócić do przewodniego motywu mojej dyskusji, że literatura, czy instytucje, czy w końcu cały naród to przede wszystkim zbiór jednostek, a nie jednorodna i bezimienna masa, którą można by osądzać pod strychulec jedną miarą. Nigdy nie zgodzę się by literatura, która dzisiaj wydaje sztuki Mrożka, wiersze Herberta, powieści Andrzejewskiego, krytykę literacką Błońskiego, nie była w swym ostatecznym bilansie pełnowartościową literaturą polską. Wprawdzie Mackiewicz zastrzega się, że mówił "o całości literatury jako takiej, a nie o poszczególnych dziełach", lecz zastrzeżenie to musi wydać się mimo wszystko wybiegiem dla obronienia niewiarogodnej tezy. Jakże mówić o "całości" czegoś, po okrojeniu najlepszych części? Każda literatura będzie miała swoje oblicze dobre i złe, godne i służalcze – tym bardziej literatura demoralizowana i wijąca się pod uciskiem. Jeśli przyjęlibyśmy jednak tezę Mackiewicza, że literatura P.R.L.u (czyli powstająca w granicach politycznych dzisiejszej Polski) nie jest jako całość polska, to idąc dalej po tej linii, niedaleko już do twierdzenia, że naród żyjący w granicach P.R.L.u nie jest narodem polskim albo tylko "pół-polskim" ponieważ... reakcje jego nie są wolne, lecz krzywione komunistyczną niewolą. A ostateczny logiczny wniosek tego wszystkiego chyba taki, że pisarze polscy w kraju, którzy nie chcieliby podpadać pod kategorię "niepolskiej literatury" powinni zamilknąć lub wydawać tylko za granicą, z tą oczywiście perspektywą, że książki ich do kraju nie dotrą. Niech by zapadła tam głucha noc literacka, w której głośno mogą wyć tylko szakale. Dochodzimy do absurdu.

Ale mnie obchodzi tu, tak samo jak w wypadku dr Czachowskiej, przede wszystkim inny, bardziej personalny aspekt sprawy. Pytam znowu: który z pisarzy krajowych – choćby był autorem wyjętych spod anatemy Mackiewicza "poszczególnych dzieł" – zniesie spokojnie, gdy odmówi mu się przynależności do literatury polskiej, nie poczuje się dotknięty taką klasyfikacją? Mackiewicz – wnikliwy znawca dusz – przeoczył tutaj zasadę psychologiczną, że w domu rodzinnym można się spierać, nawet nienawidzieć, ale na zewnątrz staje się jednolicie w obronie domowego honoru. Właśnie, gdy to piszę, wpadło mi w ręce wstrząsające wyznanie, które Leopold Tyrmand, autor Złego, zaszczuty przez komunistów w Polsce, wydrukował w marcowym numerze paryskiej "Kultury". Cytuję: "Trzydzieści milionów ludzi, a z nimi ja, posiedliśmy prawo miłości i nienawiści do komunistycznej Polski, która jest naszą i moją Polską, mimo żeśmy jej wcale taką nie chcieli, ale takie rzeczy zdarzają się w najlepszej rodzinie, w związku z czym nikomu nie wolno gnoić mnie w imię parszywości totalizmu". Dodam: ani odmawiać tytułu polskiego pisarza.

Odwróćmy tylko sytuację. Przypuśćmy, że ktoś w kraju (oczywiście nie Gomułka, Cyrankiewicz czy np. Strzelecki – bo ci wiadomo dlaczego) ale ktoś z szanowanych pisarzy krajowych napisałby, że literatura emigracyjna jako całość nie jest polska. Czy każdy z nas nie obruszyłby się i nie wziąłby tego choć w części do siebie? A rezultat: mimowolny żal do kraju, który nie potrafi zrozumieć nas i docenić i... oddalenie.

Obawiam się że mackiewiczowski podział polskiej literatury na polską emigracyjną i niepolską krajową nie przysłuży się narodowej sprawie. Dotknie zarówno pisarzy krajowych, nawet wrogich komunizmowi, jak i rzesze czytelników w kraju, którzy poczują się solidarni ze swoimi pisarzami. A choć Mackiewicz może odpowiedzieć, że to rzecz nieważna, co kto czuje, bo tylko zasady są ważne, ja myślę przeciwnie, że nie można poświęcić dość uwagi temu, co ludzie czują, bo uczucia jednostek mogą decydować o losach gromad.

Polityk, który nie docenia roli uczuć w życiu narodu, jest bardzo krótkowzrocznym politykiem. Przez 150-letni okres niewoli przeciągnął nas i uratował jako naród – patriotyzm polski, który jest uczuciem, a nie polityką, której wówczas tak jakby nie było. Dlatego zachowanie poczucia braterskiej jedności pomiędzy poszczególnymi odłamami narodu w okresie klęski i diaspory wydaje mi się dobrem najwyższym. Z tego punktu widzenia wszystko, co dzieli i oddala, nie zbliża – musi być surowo zważone, czy się opłaci. W moich oczach list Mackiewicza takiej próby nie wytrzymuje.

Józef Mackiewicz, pisząc go, czyni to, czego najbardziej nie chciałby czynić: mimo woli ułatwia rządowi komunistycznemu w Polsce osiągnięcie celu, o który tamtemu właśnie chodzi. Nie trudno sobie wyobrazić, że rząd Gomułki i Cyrankiewicza, czy jakiegokolwiek totalistycznego ustroju, musi prowadzić w stosunku do swoich politycznych emigracji podwójną politykę: z jednej strony przyciągnąć wszystko, co podatne, na swoje podwórko i po swojemu uformować (akcja Moczara), a z drugiej pozbyć się odpornej i "nieużytej" reszty, wykopać przepaść uczuciową między nią a społeczeństwem w kraju, odciąć na zawsze to "niezdrowe ciało", ażeby przestało zarażać kraj gangreną wolności. Zwolennicy tezy Mackiewicza mimo woli pomagają zaciągać taką kurtynę od naszej strony, jak gdyby nie dość było tamtej. Brak wzajemnego zrozumienia, zaufania, szacunku jest groźną bronią. Dzieli ludzi i narody, prowadzi stopniowo do zupełnej alienacji. Któż może na tym skorzystać, jak nie rząd komunistyczny w swym dążeniu do owładnięcia duszą polskiego społeczeństwa? Divide et impera jest starą zasadą, którą nie komuniści wymyślili, ale która zawsze jest jednako skuteczna. Zwłaszcza jeśli my sami będziemy jej pomagali.

Zakończę porównaniem. Porównanie potrafi często jaskrawiej oświetlić błąd, tkwiący w jakiejś postawie czy sytuacji, aniżeli najbardziej logiczne wywody. Obejmuje ono przy tym swoim zasięgiem o wiele więcej spraw niż samo zagadnienie poruszone w liście Mackiewicza. Można by je niemal nazwać współczesna przypowieścią emigracyjną. Przypowieść składa się z jednego, bardzo prostego pytania: Czy dlatego, że brat mój jest w więzieniu, nie powinienem podawać bratu ręki? Dla okazania swej dezaprobaty i pogardy, dla odcięcia się od władz więziennych, miałżebym odwrócić się także od brata?

powrótstrona główna