Józef Mackiewicz (cyt. za: Od Herberta do Herberta. Nagroda "Wiadomości" 1958-1990, opracowanie i przedmowa Stefania Kossowska, postscriptum Tadeusz Nowakowski, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1993)

[Opinie członka "akademii Grydzewskiego" o literaturze, książkach i autorach]

Redaktor londyńskich "Wiadomości", Mieczysław Grydzewski (1894-1970), w numerze z 17 maja 1959 r. zapytał czytelników: "Kogo wybralibyśmy do złożonej z 15 pisarzy emigracyjnych akademii literatury polskiej, gdyby taka akademia powstała?" W tym plebiscycie czytelniczym, którego wynik ogłoszony został w numerze z 11 października 1959 r., następujący pisarze znaleźli się w pierwszej piętnastce, w kolejności zgodnej z liczbą otrzymanych punktów: Kazimierz Wierzyński (4656), Mieczysław Grydzewski (3362), Ferdynad Goetel (2853), Józef Wittlin (2454), Zygmunt Nowakowski (2187), Marian Kukiel (2148), Józef Mackiewicz (2037), Oskar Halecki (2036), Wacław Grubiński (1968), Czesław Miłosz (1866), Tadeusz Nowakowski (1747), Stanisław Baliński (1484), Tymon Terlecki (1429), Jan Rostworowski (1072), Józef Łobodowski (1060). Grono to w latach 1959-1990 nagradzało co roku "najwybitniejszą książkę Polaka wydaną na emigracji" nagrodą "Wiadomości" w wysokości 100 gwinei ufundowaną przez Anglika Auberona Herberta.

Członkowie "akademii Grydzewskiego" wysuwali kandydatury do nagrody, dyskutowali nad nimi podczas corocznych spotkań połączonych z kolacją lub przekazywali swoje opinie listownie (zdjęcie).

Jak pisze Stefania Kossowska, "przez ponad 30 lat trwania jury jego skład zmieniał się wielokrotnie i w chwili jego rozwiązania w 1991 r. z grona oryginalnych członków pozostali tylko Tadeusz Nowakowski i Tymon Terlecki" (op. cit., s. 11). Pisze też, że "jedną z najbardziej kontrowersyjnych zasad regulaminu była wyrażona w nim dyktatorska zasada, że członkostwo jury jest dożywotnie i kto został raz wybrany nie ma prawa zrzec się wyboru. Zrobił to Miłosz, czego nieustępliwy Grydzewski nie przyjął do wiadomości i Miłosz był stale wymieniany w sprawozdaniach z jury. [...] Tylko dwa razy wycofanie się z jury miało poważniejszy powód. Gdy w 1963 r. nagroda została przyznana Gombrowiczowi, Zygmunt Nowakowski założył veto i oświadczył, że więcej nie będzie brał udziału w jury. Nie wiadomo czy byłby trwał przy tej decyzji, gdyż nie dożył następnego zebrania. Umarł w 1963 roku.

Drugim dysydentem był Józef Mackiewicz, który po przeczytaniu w 'Wiadomościach' spisu kandydatów zgłoszonych do nagrody 1978 r. zaprotestował w liście do redakcji przeciwko wymienieniu książek Barańczaka, Konwickiego i Woroszylskiego oświadczając, że jest to sprzeczne z regulaminem, przewidującym nagrodę dla pisarza emigracyjnego, i że wobec tego nie weźmie udziału w najbliższym zebraniu jury (w marcu 1979). W następnym roku, dodając do kontrowersyjnych dla siebie pisarzy Jacka Kuronia, wysuniętego do nagrody, poprosił o skreślenie go z listy członków jury. Nie wziął udziału już w żadnym zebraniu, chociaż do śmierci w 1985 r. był zawsze wymieniany jako członek jury" (op. cit., s. 9, 12).

Na opinie J. M. o książkach przedstawianych do nagrody "Wiadomości" zwrócił mi uwagę i pomógł w ich tutaj umieszczeniu Pan Grzegorz Hajduk "Grzech" z Krakowa, za co bardzo Mu dziękuję.

Artykuł wspomnieniowy Stefanii Kossowskiej o udziale J. M. w pracach "akademii Grydzewskiego" można znaleźć na stronie Archiwum Emigracji Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu: http://www.bu.uni.torun.pl/Archiwum_Emigracji/Mac2.htm .

Kamil Koszyrski

*

1959: J. M. nadesłał uzasadnienie swoich kandydatur w liście, który przyszedł już po zebraniu jury [5 grudnia] i nie mógł być odczytany.

Wysunąłem kandydaturę książki Sambora "Łabędź Sabaudii" dlatego, gdyż uważam, że przede wszystkim powinny być nagradzane książki stanowiące pewien bezwzględny tzw. wkład do kultury, pewną niezaprzeczalną wartość, w odróżnieniu od wartości względnych, polemicznych, przemijających lub koniunkturalnych, pozostających na granicy tego, co często nazywamy nie książką ale "publikacją". Słowem, książkę, która wstawiona na półkę w 1958 r., nie przestaje być aktualna ciągle w latach następnych. W dziesięcioleciach.

Taka jest właśnie książka Sambora. Świetne tłumaczenie pism św. Franciszka Salezego, połączone ze świetnie napisanym komentarzem autora, jest typowym "wkładem", udostępniającym czytelnikowi polskiemu cząstkę tej wielkiej, wszechludzkiej kultury , którą zazwyczaj zmuszony jest szukać w językach obcych, a której mamy tak mało w języku własnym, publikując przeważnie rzeczy mniej lub więcej płynne, bieżące, aktualne. Wysuwając książkę Sambora, czynię to zupełnie - "bezinteresownie". Osobiście nie jestem bowiem "zainteresowany" ani w filozofii Salezego, ani w komentarzach filozoficznych autora.. Wbrew też intencjom wydawców, nie dostrzegam w tym dziele, używając wyświechtanego - i zresztą obrzydliwego - zwrotu przyjętego w mowie polskiej: "rzutowania" jej na sprawy współczesnego życia, w znaczeniu jakiejś propagandy chrześcijańskiej. Ale właśnie dlatego widzę w niej wartość samą w sobie. Zachętę dla pisarzy do oderwania się od nieubłaganego "zaangażowania", które stało się dziś normą nawet dla uzyskania nagrody Nobla. A literatura polska zawsze była i jest stale bardziej "zaangażowana" od innych. Coraz bardziej ulega temu prądowi, który nazwałem kiedyś "polrealizmem".

Można by powiedzieć: jak to! Przecież książka Sambora jest właśnie "zaangażowaniem" katolickim! Ja katolikiem nie jestem. Przeszedłem bowiem na prawosławie w 1938 r., w czasie gdy w Polsce spalono 138 cerkwi. Widzę w książce tej cząstkę głębokiej i ciekawej filozofii, którą warto poznać. To wszystko.

Dlaczego jednak warto ją nagrodzić, wyróżniając spośród innych zgłoszonych, dochodzę drogą eliminacji. Po prostu nie widzę bardziej wartej .

Natomiast zakładam zdecydowany sprzeciw przeciwko wysuniętej kandydaturze "Cmentarzy" Hłaski. Pomijam już, że talent Hłaski został wyraźnie i sztucznie wyolbrzymiony ze względów na spekulatywny kierunek polityki zagranicznej departamentu stanu U.S.A. Tzn. gdyby ten kierunek był inny i nie stawiał na titoizm w państwach komunistycznych, nie tylko nikt z obcych , ale i mało Polaków słyszałoby coś o Hłasce. Przede wszystkim jednak Hłasko nie podpada pod regulamin nagrody "Wiadomości". Regulamin mówi bowiem wyraźnie o "książce wydanej na emigracji". Nie mówi o książce wydanej na "obczyźnie", czy "poza Polską", czy "poza granicami kraju" itd. Mówi: "na emigracji", Żeby zaś być "na emigracji", trzeba samemu być emigrantem, Hłasko nie jest, nie był i nie poczuwa się za emigranta. Hłasko jest pokłóconym z "reżymem" komunistycznym młodym komunistą. Jego stosunek do komunizmu jest wewnętrzny, a nie zewnętrzny. Jego ojczyzną jest "Polska Ludowa", a nie Polska. Nie możemy rozszerzać tak dalece ram pojęcia emigracji i literatury emigracyjnej czy Polaków na emigracji, aby interesować się każdorazową kłótnią każdego komunisty ze swoim reżymem. Niech się kłócą na zdrowie, co to nas obchodzi. Że ktoś się obraził i wyjechał na kilka miesięcy, czy nawet kilka lat, ale jako emigrant się nie zadeklarował, emigrantem nie jest, i jego książki nie należą do wydanych "na emigracji", chociażby przypadkowo ukazały się w Paryżu. To tylko biurokracja amerykańska uważa, że Europejczyk, który przypadkowo urodził się w Chinach, należy do "kwoty chińskiej". Normalni ludzie rzeczy tej tak nie traktują. Zresztą Hłasko jeszcze dlatego nie jest emigrantem, ponieważ, o ile wiem, zachował obywatelstwo Polski Ludowej. Pozostaje w stałych kontaktach z konsulatami komunistycznej Polski i zamierza tam powrócić. Jego "emigranctwo" wyraża się w tej chwili tylko tym, że enuncjacje w rodzaju: "Wrócę do Londynu ale na czołgach sowieckich!..." wygłasza nie w Warszawie, ale chwilowo w Tel-Awiwie. Zechcą mi Panowie wybaczyć, ale skoro mam być szczery , muszę wypowiedzieć to co myślę, że mianowicie: nagrodzenie Hłaski uważałbym za typowe, niestety, "zaangażowanie" - w duchu współczesnego konformizmu.

*

1960: Książkę [Michała K.] Pawlikowskiego ["Dzieciństwo i młodość Irteńskiego"] pozwoliłem sobie w recenzji do "Kultury" nazwać najlepszą książką wydaną na emigracji, więc to mój stosunek do niej dostatecznie charakteryzuje. Natomiast w związku z wysuniętą tutaj kandydaturą prof. [Tadeusza] Sulimirskiego uważam, że książka jego ["Polska przedhistoryczna"] jest książką ściśle naukową. Wspomniano o jej rzekomych walorach literackich. Nawet żeby takie posiadała, trudno sobie wyobrazić, żeby zespół literacki miał wydawać opinię, czy zasługuje ona na nagrodę, czy nie. Do tego może być powołane tylko gremium naukowe, a nie literackie. Słyszałem, że powołano się tu na przychylne o niej recenzje. Równie dobrze mogą się jeszcze ukazać recenzje, że jest naukowo błędną. My jako niefachowcy nie mamy tu nic do powiedzenia.

*

1961: Popieram kandydaturę, którą wysunąłem już uprzednio, mianowicie: Herlinga-Grudzińskiego "Skrzydła ołtarza". Nie mam właściwie nic więcej do powiedzenia w sprawie tej książki poza tym, że uważam ją za najlepszą z tych, które zdążyłem przeczytać. Chciałbym wnieść tylko poprawkę do pierwotnego zgłoszenia: na drugim miejscu postawiłbym książkę Morawskiego, której nie zgłosiłem poprzednio, gdyż przeczytałem ją dopiero w ostatniej chwili.

*

1962: Głosuję za książką Bielatowicza, którą on dosyć niefortunnie ochrzcił "Książeczka". Gen. Kukiel wspomniał tu o "bezstronności". Więc chciałbym, choć w formie tylko żartobliwej, postawić samego siebie za wzór bezstronności do naśladowania... Albowiem, przyznam, że ze szczerą przykrości, głosuję na Bielatowicza jako autora emigracyjnego. Wystąpił on niedawno na łamach prasy emigracyjnej z tezą że "powinno się; dążyć, czy też tam walczyć, o swoje cele ... bez oglądania się na to, czy to na rękę komunistom, czy nie na rękę". Ponieważ ja osobiście uważam że obowiązkiem każdego człowieka jest czynić wszystko, by nic nie szło na rękę komunistom, którzy są wrogami nie narodu, ale ludzkości, więc zrozumiałe że należę do zaciętych przeciwników Bielatowicza i wolałbym głosować przeciw Bielatowiczowi. Muszę jednak na jego właśnie książkę głosować, bo uważam ją za obiektywnie nie tylko najlepsza, ale nawet za wyjątkowo doskonałą.

Zanim ją sam przeczytałem, zapytałem kogoś: "Co właściwie zawiera ta 'Książeczka'?". I ten ktoś mi odpowiedział: "Li-te-ra-tu-rę". Bardzo rozsądnie odpowiedział. Bo właściwie rzadko się zdarza, aby jakiś utwór pokrywał się zupełnie z pojęciem "literatura piękna". A taki jest niewątpliwie utwór Bielatowicza.

Sam temat nie tylko nie oryginalny ale raczej mocno oklepany. Tym większa trudność było zeń zrobić arcydzieło. Ale oto Bielatowicz robi zeń coś zupełnie innego. Mimo że opisuje szczegółowo miasto czy w ogóle teren, wartość jego utworu nie polega na przedstawieniu ani miejsca ani epoki, co zazwyczaj jest cenione w tego rodzaju wspomnieniach z lat. dziecinnych. Bielatowlcz, moim zdaniem, uchwytuje rzecz najbardziej nieuchwytną. Pozornie łatwą, w rzeczywistości najtrudniejszą. A mianowicie - ten "Bogo-ludzki" proces kształtowania się człowieka, w czasie gdy jeszcze otaczające przedmioty są żywe, są żywymi istotami i dlatego wywierają tak przemożny wpływ. Zauważmy że rower, opisywany przez Bielatowicza, czy jego śmieszny zegarek kieszonkowy wcale nie są mniej uduchowione niż jakaś Irena, Jadzia czy nauczyciel łaciny, czy własna babcia. Działają równocześnie i w tej samej płaszczyźnie życia. Mnie się zdaje że Bielatowicz jakby chciał nam przypomnieć że wszystko jest stworzone przez Boga, nawet rzeczy zmajstrowane przez ludzi. I w ten sposób przenosi nas do tego stadium początkowego, któreśmy wszyscy przeszli, przeżyli, znamy dziś z migawkowych fotografii pamięci, i nagle, czytając Bielatowicza, nie tylko przeżywamy na nowo, ale jakby rozeznajemy istotne wiązadła tych najważniejszych przyczyn i skutków, które każdy człowiek nosi w sobie. Bez względu na terytorium i bez względu na epokę. Otóż wykrzesać taką wizję wydaje mi się świadczyć o ogromnym kunszcie artystycznym. I dlatego szczerze apeluję o nagrodzenie pięknego utworu Jana Bielatowicza.

*

1964: J. M. zaproponował, by symbolicznie nagrodzić pięciu autorów nowej serii Polskiej Fundacji Kulturalnej, uzasadniając to:

Cokolwiek byśmy próbowali wyspekulować na temat tzw. zadań emigracji poza granicami komunistycznej Polski Ludowej, w rezultacie będziemy musieli przyznać, że najważniejszą rzeczą są nie uchwały i memoriały polityczne, lecz utrzymanie wolnej kultury i wolnej myśli. W praktyce zaś istnienie wolnej literatury polskiej.

Mogą się nam poszczególne książki nie podobać, możemy je atakować, polemizować z ich autorami; ale właśnie ich różnobarwność, niejednolitość, kontrowersyjność nawet, ratuje to co nam chcą odebrać komuniści. Kolorowość życia. Dopóki to coś istnieje, istnieje wolna myśl. Z chwilą gdy na emigracji przestaną wychodzić książki, wolna Polska przestanie istnieć.

Przepraszam, że wpadam tu w trochę oklepany banał. Ale te warunki w jakich znajduje się literatura emigracyjna są też banalne. Komuniści chcą naturalnie naszą literaturę zdusić do reszty, jej istnienie przemilczają w kraju, nie dopuszczają do kraju, a nas zalewają ich tanią książką. W tej sytuacji stworzenie Funduszu, którego zadaniem jest seryjne wydawanie książek emigracyjnych, wydaje mi się dziełem największym z możliwych do podjęcia na emigracji.

Gdyby mój ekstraordynaryjny wniosek nie znalazł poparcia ze strony panów, powracam do zgłoszonej przez siebie kandydatury: Jedlickiego "Klub Krzywego Koła". Nie wiem czy można powiedzieć że jest akurat najlepszą książką 1963 r. , ale wydaje mi się najciekawszą książką 1963 r. Nie ze względu na jej wartości ściśle literackie, lecz ze względu na zawarty w niej materiał historyczny.

*

1965: Zgłaszając książkę Karola Zbyszewskiego "Wczoraj na wyrywki", nie miałem na myśli tylko konwencjonalnego wyboru pomiędzy lepszymi książkami ub. r. Ale również wzgląd na autora, który zarówno w swej formie jak treści jest absolutnie jedyny w literaturze polskiej. Karol Zbyszewski pisze ciągle do gazet. I to, że pisze właściwie o wszystkim, o literaturze, o sztuce, o sporcie, redaguje swój plotkarski "Tylon", pisze tzw. "kawałki", spełnia funkcje dziennikarskie i niejako "opatrzył się", że się tak wyrażę, czytelnikom.

Stąd wielu zalicza go do kategorii dziennikarskiej. Ale jednocześnie to co on pisze i jak on pisze, nie jest zwyczajnym dziennikarstwem. Dlaczego nie? Dlatego po prostu że to jest właśnie - literatura. I jako literatura jest czytana. Wystarczy jeden przykład: ludzie, którzy zupełnie nie interesują się sportem, czytają Karola Zbyszewskiego sprawozdania sportowe. Tak, jak się normalnie czyta utwór literacki, nie ze względu na jego temat.

Karol Zbyszewski niewątpliwie zdeprecjonował się po trochu swoimi rozsypanymi w codziennym druku "kawałkami". I dopiero po przeniesieniu do druku książkowego, widzimy co to za wielki i oryginalny talent.

Tak jak pisze Karol Zbyszewski, nie pisze absolutnie nikt inny. Może się to wielu nie podobać, i nawet słusznie nie podobać. Nie można jednak zaprzeczyć że w tym. obranym przez siebie sposobie jest zupełnie oryginalny. Mówi się naturalnie dużo o tym że się ceni oryginalność. Mnie się zdaje jednak że się ceni oryginalność, ale tylko w zakreślonych ramach panującej mody. Bo naturalnie w literaturze, jak w każdej innej dziedzinie, panuje moda. Otóż mój kandydat jest pisarzem jak najbardziej niemodnym, jeżeli chodzi o przyjęty dziś sposób pisania. Modna jest niejasność, u Zbyszewskiego wszystko jest jasne. Modny jest stylistyczny zawijas, u Zbyszewskiego jest lapidarność. Modna jest niezrozumiałość, która ma ukrywać treść, a bardzo często brak treści. U Zbyszewskiego treść jest zawsze obecna, od początku do końca nie ukryta ani jednym sztucznym przecinkiem. Być może więc, że Zbyszewski nie jest w pełni pisarzem "współczesnym". Ale sądzę, że gdyby należał nie do polskiej literatury emigracyjnej, ale do którejś z wielkich literatur światowych, mógłby się stać jednym ze zwiastunów sztuki przyszłości, która niewątpliwie: nastąpi jako reakcja na mętny abstrakcjonizm.

Jeżeli chodzi o aspekt ściśle polski, Karol Zbysze:wski jeszcze z jednego względu zasługiwałby na specjalne: wyróżnienie. Mianowicie ze względu na jego tendencję, którą kiedyś nazywano "odbrązowianiem", a dziś pozwoliłbym sobie nazwać już oddziecinnianiem kultury polskiej. Bo mnie się zdaje że jednostronność zamówienia patriotycznego przelicytowała dziś daleko poprzednie epoki. Takie mam wrażenie że odkąd Odra z Nysą stały się rzekami bardziej świętymi niż Ganges z Bramaputrą, ilość świętości narodowych narasta w tempie przyśpieszonym rozbudowując w tej dziedzinie uproszczony infantylizm. Przy tym zwróćmy uwagę że oponentom, którzy ze szczególną pasją atakują tzw. "niezłomnych", nie wystarcza kanonizowanie "Kraju", który jak imię Boga pisze się teraz przez dużą literę, ale chcieliby ponadto uświęcić tzw. "Polski Październik", "nieodwracalność przemian", nieomal cały PRL i jeszcze wiele "polskości" tego gatunku.

Przypuszczalnie zbliżające się Millennium powiększy jeszcze nakłady czytanek na poziomie 2 gimnazjalnej. Otóż na tym tle pisarstwo Karola Zbyszewskiego, które przywraca postaciom i zdarzeniom historycznym obraz i podobieństwo żywych ludzi i prawdziwych zdarzeń, wydaje mi się specjalnie ważnym dziełem kulturalnym.

*

1996: Zgłosiłem tylko jedną książkę, mianowicie Michała K. Pawlikowskiego "Wojna i sezon", chociaż wcale nie jestem tego zdania, które słyszałem przelotnie, że nie ma z czego wybierać, bo w 1965 r. nie ukazały się żadne dobre książki. Mnie się wydaje że ukazał się szereg bardzo dobrych książek. I to pomijając już nie wchodzących tu w rachubę Balińskiego, Kukiela, Łobodowskiego i Rostworowskiego, ale na przykład Vincenza "Po stronie pamięci", Trościanki "Nike i skarabeusz" , a przede wszystkim Sapiehy "Wojna z wysokości siodła". Otóż po namyśle zgłaszam jednak poprawkę - która zdaje się nie stoi w sprzeczności z naszym rygorystycznym statutem - i dodatkowo wysuwam na drugie miejsce po "Wojnie i sezonie" Pawlikowskiego jeszcze "Wojnę z wysokości siodła" Sapiehy.

Jeżeli chodzi o Pawlikowskiego, wydaje mi się on bezkonkurencyjny, już chociażby z tego względu, że przedstawia wdanym wypadku wagę niejako podwójną, bo właściwie dwu książek. I to nie tylko dlatego, że "Wojna i sezon" stanowi w istocie dalszy ciąg "Dzieciństwa i młodości Irteńskiego", ale z pewnego osobliwego zbiegu okoliczności. Nie wiem, czy wszyscy panowie sobie przypominają, że swojego czasu "Młodość Irteńskiego" prawie, prawie już miała być nagrodzona.

Miała za sobą tak znakomitą większość opinii - że jak to ktoś mi opowiadał - wydawca tej książki, z góry nie czekając na wynik głosowania, na dwa dni przedtem, już wydrukował plakaty: "Książka nagrodzona przez emigracyjną Akademię Literatury" (bo tak się jeszcze wtedy mówiło). Tymczasem przez wspomniany wyżej dziwny zbieg okoliczności, przez :przypadek - bo inaczej tego do dziś dnia nie potrafię nazwać - nagroda przypadła nie Pawlikowskiemu, ale jakiemuś podręcznikowi szkolnemu, nic z literaturą nie mającemu wspólnego [Chodzi o pracę Tadeusza Sulimirskiego "Polska przedhistoryczna", nagrodzoną w roku 1960.]. W ten sposób, nagradzając dziś "Wojnę i sezon", która jest moim zdaniem najwybitniejszą książką ubiegłego roku, nagradzamy pośrednio jakby całość twórczości Pawlikowskiego i dodatkowo prostujemy poprzednie nieporozumienie.

Pawlikowskiemu należy się ta nagroda! Za wartość literacką, za opis tamtejszej przyrody, za opis tamtejszych czasów, wreszcie za śmiały dotyk pewnych drażliwych fragmentów dziejowych. Za talent pisarski.

Gdyby jednak kandydat ten nie uzyskał większości głosów, zgłaszam wspomnianą tu kandydaturę, Sapiehy, "Wojnę z wysokości siodła". Przeciw tej drugiej kandydaturze, tej drugiej "wojnie" w tytule, najbardziej mogłoby przemawiać to właściwie, że nie możemy ciągle nagradzać seryjnych wydań Fundacji Kulturalnej, bo w końcu gotowi są nas, bo ja wiem, posądzić o branie łapówek...

Powodzenie jakie jego książka osiągnęła wśród czytelników -co jak wiadomo nie zawsze jest sprawdzianem - ale tym razem chyba słusznie świadczy o wartości tej książki. Osobiście uważam ją w ogóle za najlepszą - jeśli chodzi o literackie ujęcie - z tego wszystkiego, co napisano dotychczas o kampanii wrześniowej. To nic, że ona jest bardzo krótka, że ma formę autentycznego diariusza. Ma ona jeden z największych walorów literackich, mianowicie pozbawiona jest histerii. Tej histerii, która w większym albo choć małym stopniu ale występuje w utworach z okresu minionej wojny, a którą uważa się za obowiązujący przejaw patriotyzmu, czystości linii politycznej, za wyraz licytacji z literaturą komunistyczną w kraju, bo ja wiem zresztą za co... Książki tego rodzaju są zazwyczaj nudne, nudą małej prawdy. Uważa się je za reprezentacyjne, chwali publicznie, ale czyta najczęściej ziewając, nie doczytuje, bo z góry wiadomo, jak tam będzie opisane. Natomiast lakoniczną w istocie książkę Sapiehy czytałem jednym tchem. I rzecz zastanawiająca: o przebiegu akcji w książce Sapiehy jako akcji historycznej wiadomo również każdemu z góry; a jednak słyszałem od wielu osób, że czytali ją także właśnie: "jednym tchem", nie mogąc się oderwać. Książka Sapiehy nie jest książką reprezentacyjną, ale jest książką doskonałą, i na pewno godną nagrody.

*

1967: Ja zgłosiłem tylko jedną kandydaturę, książkę Adama Pragiera "Czas przeszły dokonany".

To wielkie dzieło Pragiera nie jest w ścisłym znaczeniu dziełem literackim. Jest raczej dziełem historycznym, napisanym doskonałym językiem literackim. Pamiętnik, który czyta się jak najciekawszą powieść. Autentyczna pełnowartościowa, wplątana w dzieje opowieść ludzka. Na powieściową wartość tej książki zwróciła bodaj pierwsza uwagę Maria Danilewiczowa, bardzo trafnie. Upieram się przy zdaniu, że powieść nie zmyślona lecz prawdziwa, posiada tym większą wartość. Można się zgadzać z poglądami Pragiera lub nie; ja w wielu wypadkach się nie zgadzam. Co jednak mnie osobiście w jego książce najbardziej porywa, to przywrócenie normalnych kryteriów w ocenie opisywanej przez niego prawdy historycznej.

Książka Pragiera wydaje mi się nie tylko najlepszą książką ubiegłego roku, ale może najważniejszą książką ubiegłego dziesięciolecia.

Stąd powstało we mnie naprawdę głębokie przekonanie, do którego się z całą otwartością przyznaje, że kandydatura Pragiera jest w bieżącym jury kandydaturą w istocie bezkonkurencyjną. Byłem więc zaskoczony po przeczytaniu listy zgłoszeń, i po teraz tu wypowiedzianych opiniach, ogromną przewagą innego kandydata, mianowicie książki Guzego "Krótki żywot bohatera pozytywnego". Ponieważ jest właśnie "dyskusja" nad zgłoszonymi kandydaturami, a nie wyobrażam jej sobie inaczej jak w niekrępowanej wypowiedzi własnego zdania, pozwalam sobie z tego skorzystać. I proszę mi wybaczyć, że to moje zdanie znacznie odbiega od wypowiedzianych już tu opinii co do książki Guzego.

"Krótki żywot bohatera pozytywnego" jest tytułem ironicznym. Chodzi tu w rzeczywistości o przedstawienie bohatera "negatywnego". Otóż to przedstawienie w książce Guzego wydaje mi się typowym produktem tego cofania literackich wartości, które nam narzucił komunistyczny socrealizm, a zapożyczył później narodowy pol-realizm. Wzór ten, jak wiadomo, wymaga aby bohater pozytywny w każdym wypadku okazał się "typem" dodatnim, natomiast przeciwnik, wróg, a więc postać z góry negatywna, nie tylko "typem" ujemnym, ale czarnym jak noc. To znaczy nie tylko pod względem ideowo-politycznym, ale pod każdym innym. Zły, odrażający, plugawy W istocie tego rodzaju "realizmy" nie stanowią nic tak bardzo nowego. Znaliśmy je zawsze z pewnego rodzaju konwencji pielęgnowanych zwłaszcza w charakterystycznych sprawozdaniach gazetowych, gdzie przemówienie generała musiało być "krzepiące serca", kazanie biskupa "podniosłe", natomiast uśmiech zbrodniarzy na ławie oskarżonych obowiązkowo "obleśny". Komunizm wprowadził je tylko do godności literatury, i kazał z podobnych infantylnych konwencji tworzyć "realizm" , kazał pisać książki trzymając się gotowej sztancy. Już taki Bertolt Brecht w swoim "Drei Groschen Roman" przedstawia nam np. wyższego urzędnika admiralicji brytyjskiej, który nie dość że kradnie, bierze łapówki, wysyła żołnierzy do Afryki w dziurawych okrętach, ale przy okazji i sprzedaje własną żonę, i ma ciało gąbczaste, i śmierdzi sam itd. itd. U Fadiejewa, w jego "Młodej gwardii", Niemiec nosi pod koszulą zrabowane w Sowietach zegarki i biżuterię, boi się zdjąć żeby nie ukradli, więc przez rok się nie myje i śmierdzi już z daleka jak zaraza; jedyną jego rozrywką jest pokazywać dziecku cukierek, a gdy ono wyciąga rączkę, to samemu zjadać, delektując się płaczem dziecka.

Tego rodzaju wzór, niestety, przejęty został z grubsza przez rodzimy pol-realizm. Przedstawienie w literaturze tzw. "typowych" rzeczy wypranych z cech prawdy i żywego człowieka jeżeli nie jest zwyczajnym kiczem, to co najmniej nazywa się przedstawieniem papierowym. Każda jednostronność musi być zawsze płaska. Na to nie ma rady. Mnie się taka płasko-jednostronna literatura nie wydaje godna nagradzania.

Bohaterem książki Guzego nie jest tym razem burżuj zachodnioeuropejski, tylko z kolei funkcjonariusz Bezpieki. Ale przedstawiony według wspomnianego, typowego wzoru. Nie człowiek, ale katarynka obrzydliwości. Nie odbiega też od tego wzoru jej pseudogroteskowość. Natomiast dwie rzeczy mają od tego wzoru rzekomo odcinać. Pierwsza, to naszpikowanie książki słownictwem wyjątkowo wulgarnym, które Teodozja Lisiewicz słusznie porównuje do obornika. Bez żadnego uzasadnienia takiego właśnie słownictwa. Absolutnie bez konieczności dla oddania autentycznego rzekomo obrazu. Tak sobie tylko. Żeby było ponurzej. Druga rzecz, to forma mająca prawdopodobnie nadać książce charakter niemal eksperymentu awangardowego: jest bowiem od początku do końca napisana bez jednego akapitu. To ma być nowe i modne. Są już teraz książki pisane nawet bez znaków przestankowych. N a szczęście nie wyróżniane jeszcze za to nagrodami literackimi.

*

1968: (list) My nie nagradzamy tzw. całości dorobku literackiego, tylko konkretną, pojedynczą książkę ubiegłego roku. Więc zwroty - których osobiście zresztą nie lubię - w rodzaju: "trzeba mu dać nagrodę" itp. są tu nie na miejscu. Niemniej chciałbym zwrócić uwagę na dziwny paradoks, że Marian Hemar, który nie należy do zmarłych, ale przeciwnie, do najbardziej żywych i piszących pisarzy, nigdy nie został odznaczony przez nasze gremium. Ani jako poeta, ani jako prozaik. Zresztą trudno go skwalifikować. Moim zdaniem Hemar jest twórcą literackim pierwszej wielkości. Pod pewnym względem nawet genialnym. Łączy w sobie absolutną indywidualność talentu z brakiem wszelkiego napuszenia, celebracji; żadnego wypuczania się. Łączy najdoskonalszą formę z największą popularnością jaką pisarz może osiągnąć wśród czytelników swego języka, jego precyzyjność myśli i jasność wyrazu jest zdumiewająca, zwłaszcza jeżeli się weźmie pod uwagę dzisiejszą predominację wyszukanego mętniactwa, które służy za parawan producentom słów bez znaczenia i wartości.

W roku ubiegłym Marian Hemar wystąpił z książką pt. "Awantury w rodzinie". Nazwałem ją kiedyś w recenzji: "najinteligentniejszą książką z wydanych na emigracji". W pełni podtrzymuję to zdanie i wnoszę o nagrodzenie książki Hemara.

Drugim moim kandydatem byłby Leopold Tyrmand, za swą książkę "Życie towarzyskie i uczuciowe". Jest to dzieło, które poza literacką, powieściową formą posiada wagę znacznie szerszą. Nie tylko polityczną w ścisłym znaczeniu tego słowa. Podobnie jak kiedyś Witold Jedlicki, który swą książką rozproszył krępujący mit o tzw. "polskim Październiku" i pozwolił trochę odetchnąć od ekstazy zachwytów nad komunistycznym wodzem narodu - tak teraz Tyrmand rozprasza mit o tzw. "ewolucji" społeczeństwa w systemie komunistycznym, wykazując tego społeczeństwa raczej degenerację pod naciskiem komunistycznym. Tym samym książka Tyrmanda pobudza do otrzeźwienia ze zgubnej dla Polski spekulacji, którą obcy usiłują nam wpoić różnymi kanałami, jakoby czas pracował na naszą korzyść, gdy w rzeczywistości pracuje on na naszą niekorzyść.

Dlatego uważam książkę Tyrmanda za cenną i bardzo ważną.

*

1969: (list) Jerzy Andrzejewski jest klasycznym pisarzem komunistycznej Polski, jak to inni nazywają: "reżymowym". Pisarzem, to znaczy nie agitatorem, czy płatnym propagandzistą, lecz płatnym przez rządowo-partyjne wydawnictwa - bo innych tam nie ma - literatem PRLu, który, jak stwierdzają urzędowe polsko-komunistyczne źródła: "W latach 1945/1950 ewoluował ku marksizmowi"... Był też konsekwentnie przez partię i rząd komunistyczny za tę swoją działalność literacką nagradzany i odznaczany. Jego okresowa, ściśle wewnętrzna "opozycyjność" wobec tych lub innych posunięć partyjnych, czy wobec pewnych zjawisk rzeczywistości w kraju, ani na jotę nie zmienia jego postawy zasadniczej, a raczej tę postawę potwierdza.

Wiemy wszyscy, że łzy nad wielką krzywdą wyrzadzaną dobrym, kochanym komunistom, zaczął pierwszy wylewać Nikita Chruszczow na XX Zjeździe. Potem zrobił na tym karierę Sołżenicyn. Andrzejewski, który w swym utworze "Popiół i diament" jeszcze plagiatował trochę postać rozumnego sekretarza partii od Szołochowa z "Zoranego ugoru", w swej "Apelacji" przypomina już bardziej Sołżenicyna. Sołżenicyn, jak np. w noweli "Prawaja kist'" - ogłoszonej na Zachodzie - w dalszym ciągu popłakuje nad losem pięknego komunisty, który tyle zarąbał był kiedyś antybolszewików, a teraz nie przyjmują go, schorowanego, do szpitala.

Kandydatura Andrzejewskiego do nagrody miałaby charakter polityczny, a nie literacki. Osobiście mam duże wątpliwości co do walorów literackich tej broszury .Zarówno w jej bezakapitowej, a la Guzy, formie - tam, zdaje się, awangardowej - jak co do treści.

Ale chciałbym podkreślić, że nie to wszystko jest głównym powodem mego zastrzeżenia. Nie chodzi o ocenę literacką ani moralno-polityczną. Chodzi wyłącznie o stwierdzenie stanu faktycznego. Może sobie być Andrzejewski "stalinistą", "rewizjonistą", "maotsungistą", "trockistą", "titoistą" czy "dubczekistą", słowem: komunistą polskim do wyboru. Żeby jednak uzyskać nagrodę "Wiadomości" musi być jednocześnie - emigrantem polskim. Tylko pod tym warunkiem kandydatura jego może być przez jury "Wiadomości" rozpatrywana. Albowiem statut niniejszej nagrody w pierwszym punkcie brzmi: "... książkę Polaka wydaną na emigracji...".

Książka Andrzejewskiego nie jest wydana na emigracji. Można jego książkę określić jako "wydaną na Zachodzie", lub "wydaną za granicą", "poza Polską" itd. itd. Nie można jednak powiedzieć, że jest wydana na emigracji, z tej prostej przyczyny że Andrzejewski nie jest emigrantem.

Gdybyśmy byle utwór obywatela PRLu ogłoszony drukiem w języku polskim poza krajem traktować mieli formalnie jako "wydany na emigracji", moglibyśmy teoretycznie brać również pod uwagę "Myśli" Gomułki, czy Cyrankiewicza, wydane pewnego dnia np. w Londynie po polsku. Co byłoby nie tylko oczywistym nonsensem, ale przede wszystkim sprzeczne ze statutem jury "Wiadomości". Na to właśnie chciałem wskazać.

Osobiście wysunąłem do nagrody trzy książki. Na pierwszym miejscu Aleksandra Pragłowskiego "Z Wiednia do Londynu". Jest to wyśmienita książka. Coraz bardziej dochodzę do przekonania że rozpowszechniony w tradycji polskiej proceder oprawiania w gotowe ramy nie tylko obrazów przeszłości historycznej, ale i historii najnowszej, współczesnej - stanowi chyba największy hamulec w rozwoju wolnej myśli narodowej. Rykoszetem odbija się fatalnie w innych dziedzinach, jak np. w polityce itd. Zwłaszcza jednak krępuje wolną twórczość literacką. Dlatego doskonała książka Pragłowskiego, która w niejednym miejscu łamie te ramy i wyzwala obraz historyczny z krępujących go gipsowych złoceń, wydaje mi się najlepszą w roku ubiegłym.

Następnie zgłosiłem antologię Stefanii Kossowskiej pt. "'Wiadomości' na emigracji". Stefania Kossowska jest sama znakomitą pisarką. W wypadku antologii napisała tylko znakomity do niej wstęp. Ale do całości skomponowanej przez nią książki przykładam inną miarę. Rachunek wydaje mi się dosyć prosty. Oto ukazało się na emigracji sporo książek, na które składają się stare artykuły opublikowane przez autora już dawniej w różnych czasopismach. Niektóre, jak u Hemara np. w "Awanturach w rodzinie", istotnie zasługują, aby wyuczyć się ich na pamięć i opowiadać wnukom. Inne mniej się do tego nadają. Skoro jednak przywiązuje się wartość do książki zawierającej rzeczy już publikowane jakiegoś autora, to tym bardziej cenna wydać się powinna taka książka, która gromadzi rzeczy nie jednego, ale więcej autorów. W antologii Kossowska zebrała aż 38 autorów. Według więc mego rachunku książka ta powinna być 38 razy więcej warta od zbioru artykułów pojedynczego pisarza. Nie wiem, czy ten mechaniczny rachunek jest dostatecznie przekonywający.

Wreszcie zgłosiłem książkę Franciszka Wysłoucha pt. "Opowiadania poleskie". Jest to książka śliczna. Zapewne wszyscy tu ją czytali. I cieszę się, że nie tylko przeze mnie zgłoszona została do nagrody.

*

1970: Zgłosiłem książkę Andrzeja Chciuka: "Atlantyda". Osobiście znam tamte strony, które opisuje Chciuk, zaledwie pobieżnie. Zawdzięczając jego książce poznałem dokładniej. Dla mnie była to lektura ciekawa głównie ze względu na możliwość konfrontacji z moim rodzinnym krajem: litewsko-białorusko-polskim; rosyjsko-żydowsko-tatarsko-karaimskim itd., itd. Podobieństwa i różnice, od strony zwykłego życia przed r. 1939. Chciuk ujął to doskonale w drobiazgach, ilustrując pomieszanie tamtych języków, wytwarzających swoją gwarę. Podobnie było u nas.

Niech mi wolno tu będzie dorzucić kilka słów na marginesie. Wysunięto tu książkę Miłosza po angielsku. Dotychczas nie było w naszej tradycji nagradzania książek opublikowanych w innych niż polski językach, choć, zdaje się, statut tego nie zakazuje. Z tym statutem zresztą i z jego interpretacją mieliśmy trochę ambarasów. M.in. właśnie w odniesieniu do Miłosza. Sam wystąpiłem swojego czasu z filipiką proponując wycofanie punktu "przymusowego" niejako należenia do jury , nawet wbrew woli tego, kto raz został już wybrany. Przez to np. książki Miłosza nigdy nie mogły być nagradzane. To zmieniono, nareszcie. Teraz, oprócz książki w języku angielskim, zgłoszono jego "Widzenia nad zatoką San Francisco". Nie wiem, czy to jest akurat zręczne, co powiem, że oczywiście w moim przekonaniu książka Miłosza góruje literacko nad innymi tu zgłoszonymi. Ale daleko nie góruje nad tymi jego, dotychczas nie nagrodzonymi. Więc zgłaszanie, na poczekaniu, jego ostatniej książki, wydało mi się niejako rekompensatą może trochę nie według stawu... Zresztą nie jestem pewien, czy mam rację.

*

1971: Mówiono tu bardzo pochlebnie o książce Wiktora Trościanki "Wiek męski". Zgadzam się z panami. Osobiście nie zgłosiłem jej dlatego, że zamierzałem odczekać ukazania się drugiej części, zapowiedzianej, "Wiek klęski", z którą ma stanowić dopiero całość. Może nie miałem racji.

Ukazało się ponadto szereg historycznie ciekawych książek, jak np. generała Machalskiego "Ostatnia epopeja". Jest kilka doskonałych literacko książek, przez nikogo nie zgłoszonych. Ale nie będę czynił przeglądu.

Osobiście na pierwsze miejsce zgłosiłem Jadwigi Maurer "Ligę ocalałych". Powiem szczerze: zgłaszam raczej autorkę niż jej książkę. Zaprawdę nie dlatego że jest młoda i urocza, jak o tym zresztą pisze szeroko Michał Pawlikowski. Ale dlatego, że to wielki talent. Bezinteresowną szczerość w poparciu tej kandydatury posunę nawet tak daleko, że przyznam iż książka, którą stawiam na pierwszym miejscu, budzi we mnie pewne zastrzeżenia. W myśl przysłowia, że nie "suknia zdobi człowieka", powiedziałbym że jeszcze mniej zdobi lub odwrotnie: nie zdobi człowieka jego przynależność narodowa. Jeżeli o stosunki międzyludzkie chodzi. A u Maurer za często ludzie przybrani są w ich rzekomo właściwe im cechy narodowe. Naturalnie takie są sądy, i takie na pewno były wypowiadane przez ludzi, których opisuje autorka. Może .jednak trochę za mały odstęp bierze ona sama od przedstawianych postaci. Ale to drobne zgrzyty. Natomiast talent pisarski, narracyjny Jadwigi Maurer wydaje się doprawdy być godny pierwszej nagrody.

Na drugim miejscu zgłosiłem Niny Karsov i Szymona Szechtera "Nie kocha się pomników". Ze względu na wagę tej książki Bodaj pierwszy pisałem o niej recenzję, gdy jeszcze nie była książką, tylko zbiorem odcinków publikowanych w "Wiadomościach". Uważam ją po Miłosza "Zniewolonym umyśle" nie tylko za dalszy ciąg, .ale świetne uzupełnienie do poznania tej "Metody" bolszewickiej - bolszewickiej, bo dziś po odwołaniu tzw. "stalinizmu", mamy do czynienia z czystym leninizmem zagrażającym nam i wszystkim.

Wreszcie Paweł Łysek: "Twarde żywobycie Jury Odesty". Jest to, moim zdaniem, bardzo szczególna książka. Bardzo oryginalna wbrew pierwszym pozorom: opisu kraju, zwyczajów, pieśni folkloru; pisana właściwie w tamtejszej gwarze.

*

1972: Po śmierci Michała Pawlikowskiego, którego książkę wysunąłem na pierwsze miejsce, pozostały - jako że nie nagradzamy pośmiertnie - dwie następne przeze mnie wysunięte: Trościanki "Wiek klęski" oraz X. Miązka "Słowa na pustyni", antologia poezji kapłańskiej. W pierwszym wypadku powołuję się na nieomal już zapadłą decyzję, gdy to w poprzednich latach, mieliśmy nagrodzić Trościankę za jego pierwszą część, "Wiek męski". Ale postanowiono odczekać do ukazania się jego drugiej części. Jest ona, moim zdaniem, równie dobra jak pierwsza.

Jeżeli chodzi o antologię X. Miazka, to nie analizuję tej kandydatury .Obawiam się że znawcy poezji mogliby uznać moją analizę za "niefachową". Istotnie, przyznaję szczerze, że brakuje mi tej krytycznej "fachowości", z jaką się dziś zwłaszcza poddaje krytyce utwory poetyckie. Po prostu jedne mi się podobają, inne nie, inne zachwycają. Byłem zachwycony niektórymi utworami w tej antologii. Z wewnętrznego więc impulsu i osobistego przekonania zgłaszam tę książkę.

*

1973: Zgłosiłem na pierwsze miejsce książkę Karola Wędziagolskiego pt. "Pamiętniki". Chciałbym podkreślić mój pogląd na ważność tej książki, nie od strony pamiętnikarskiej, ile jej literacko-politycznego połączenia.

U nas od czasu do czasu przyjęto poświęcać się dyskusji "Literatura i polityka". Przy czym niedwołalnie zapada uroczysta uchwała że: "literatura nie ma nic wspólnego z polityką; powinna być z polityki wyeliminowana" etc. w tym duchu. Mnie się zdaje, że to jest nieprawda, i to nieprawda podwójna. Po pierwsze, od czasów rozbiorów mamy chyba najbardziej narodowo-polityczną literaturę w Europie. Po drugie od końca XIX w., czyli od pierwszej wojny światowej począwszy, polityka wżarła się do tego stopnia w życie każdego "najszarszego" człowieka na świecie że literatura, jeżeli ma być cząstką przedstawienia życia, nie może pomijać tej prawdy. Są to może truizmy. Jednakże, jeżeli chodzi o naszą literaturę, jest ona w swoim narodowym pionie, wszędzie tam, gdzie chodzi o przedstawienie rzeczy na tle dziejów, historycznych zdarzeń i przeobrażeń, słowem wypadków politycznych, ujednolicona. Powiedziałbym - zracjonalizowana, w oparciu o trwały fundament publicystycznej wykładni narodowej. Dyskusje, nawet zacięte, odbywają się, owszem, ale w tych fundamentalnych ramach. Stąd często mamy do czynienia z niejakim paradoksem: jeżeli ktokolwiek ośmieli się w naszej literaturze wyjść z ramek tej - podłożonej pod prawdę historyczną - narodowej publicystyki, spotyka się z zarzutem, że to on "wprowadza do czystej literatury momenty publicystyczne, polemikę polityczną" etc. etc. Mnie się zdaje ,że to znacznie ogranicza widnokrąg naszej twórczości literackiej, .który z natury swej powinien być raczej nieograniczony. A może grozić pozbawieniem literatury jednego z najważniejszych jej elementów, mianowicie prawa do wątpliwości. Bo czymże jest autentyczne życie, jak nie ciągłym pasmem nadziei i zwątpienia? Życie podkomunistyczne jest dlatego tak beznadziejnie nudne, ponieważ odebrano tam ludziom prawo do wątpliwości. Literatura sowiecka jest dlatego tak beznadziejnie nudna, ponieważ odebrano jej prawo do wyrażania wątpliwości w podstawową słuszność sprawy. I nawet rzekomi tzw. "dysydenci" - nie pozwalają sobie na wątpliwość w nadrzędne dobro, jakim jest komunizm. A chcą go tylko poprawić na peryferiach.

Adam Pragier nazwał kiedyś moją książkę "Zwycięstwo prowokacji" - "głosem dysydenta". Przyjąłem to określenie jako zaszczytne wyróżnienie. Otóż nie wiem, czy akurat to zaszczytne miano pasowałoby do Wędziagolskiego czy raczej jest on kimś więcej w swojej książce. Przedstawia on w doskonałej formie literackiej jeden z najważniejszych zwrotów dziejowych XX w. I oto na tle własnych doznań, on, socjalista, lewicowiec, rewolucjonista, komisarz polityczny rządu Kiereńskiego - wprzęgnięty jak każdy we własne pasmo nadziei i "wątpliwości - bodaj pierwszy z taką precyzją odkrywa, i ujawnia nam (na przekór swoim poprzednim przekonaniom) prawo rządzące zwycięstwem międzynarodowego bolszewizmu. Jest nim: "wróg jest tylko na prawicy". Dogmat ten, otwierający drogę komunizmowi, wprowadził w Rosji Kiereński. Na jego obronę można by powiedzieć, iż nie miał za sobą doświadczenia, jakie będą tego skutki. Natomiast w całym świecie dogmat ten przyjęty został stopniowo, aż do stanu na dzień dzisiejszy, w którym słowo "Rewolucja" obowiązuje jako pojęcie pozytywne, a słowo "Kontrrewolucja" obowiązuje jako - połajanka.

Wędziagolski jest, moim zdaniem, taki skromniejszy Kopernik, który wyłamał się z ram ustalonego światopoglądu, i ustalił prawo rządzące planetarnym systemem politycznym od r. 1911 do dziś. Praktyka tego prawa grozić może całemu światu niewolą.

Jako drugą książkę wysunąłem "Czas zatrzymany do wyjaśnienia" Szymona Szechtera. Nie uważam jej akurat za najlepszą z tego, co napisał Szechter. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na, słuszność wyróżnienia świetnego pisarstwa, zwłaszcza pary Nina Karsov - Szymon Szechter, które nie znalazło dotychczas należnej oceny. Choć nazwać by je można nie tylko znakomitym, ale czasem wręcz rewelacyjnym.

*

1974: Zgłosiłem do nagrody książkę Gustawa Herlinga-Grudzińskiego pt. "Dziennik pisany nocą" jako "najlepszą w roku ubiegłym" - w tym wypadku ściśle trzymając się litery statutu naszego jury: to znaczy dosłownie "jako lepszą od innych" w r. 1973.

Za taką ją uważam, a nie żebym był jej entuzjastą. Osobiście podzielam tylko nieznaczną część poglądów wyrażanych przez autora w tej książce. Ale wydaje mi się wykazywać ten wysoki poziom literacki, którego innym książkom ubiegłego roku może brak. W tym widzę główną jej zaletę i wartość.

"Dziennik pisany nocą" Herlinga jest właściwie zbiorem esejów, myśli, refleksji, raczej filozoficzno-politycznych, niż dziełem literackim. Trzeba jednak przyznać, w ujęciu doskonałej formy literackiej. Poza tym wyróżnia ją rzecz, do której ja osobiście przywiązuję wagę, a której się dziś nie krzewi, a przeciwnie uważa chyba za niemodną. Tą wyróżniającą Grudzińskiego zaletą - w porównaniu do innych pisarzy, nazwijmy: jego typu - jest wyjątkowa czystość i jasność stylu. Każde zdanie jest sformułowane wyraźnie, i nie trzeba go czytać po kilka razy, aby wreszcie zrozumieć sens, jak u innych autorów.

Zupełnie szczerze mówiąc, nie widzę lepszej książki wydanej na emigracji w r. 1973.

*

1975: Wymieniłem na pierwszym miejscu do nagrody książkę Janusza Kowalewskiego "Droga powrotna". Kowalewski jest doskonałym pisarzem, jego książka jest znakomicie napisana. Ale wyróżniam ja głównie dlatego, że jest z napisanych w roku ubiegłym - właśnie najciekawsza. Zawiera moc szczegółów, nazwisk, opisów sytuacyjnych, i tzw. postaw ludzkich. Mimo nieobcości tematu, była dla mnie dużą jednocześnie rewelacją. W poznaniu minionej rzeczywistości tzw. "dwudziestolecia".

Między innymi o zasięgu wpływów komunistycznych w sferach intelektualnych, literackich, organizacji młodzieżowych i tych na granicy, popieranych odgórnie i konspiracyjnych oddolnie. W których sam się obracał, zanim wkroczył - jak to nazywa - na "Drogę powrotną".

Nie jest to rzecz wesoła, co napisał Kowalewski. Ale spojrzenie prawdzie w oczy rzadko odbywa się na wesoło.

Na drugim miejscu zgłosiłem ksiażkę Piotra Borkowskiego "O językach i słownikach". Jest to zupełne novum w naszej literaturze. Bo rzecz traktuje o słownikach i językach. I pozornie należałoby odnieść do literatury ściśle naukowej. Tymczasem autor utkał z tego tematu przeciekawe opowiadanie dotyczące masy przedmiotów i spraw, anegdot i historii, naszych i obcych.

Na trzecim miejscu wymieniłem - niejako na przekór sobie i innym - książkę Krystyny Sztrem pt. "Nieznośni cudzoziemcy". Można by poczytać za paradoks, że zgłaszam utwór, który jest mi w gruncie niesympatyczny. Ale w danym wypadku traktuję go jako swego rodzaju historyczne uzupełnienie do zgłoszonej już książki Kowalewskiego. Kowalewski pisał o tym, co było. Sztrem pisze o tym, co jest. Pisze bardzo dobrze, jasno, bez dwuznaczników, bez silenia się na "literackość", a jednocześnie potoczyście. Ale główna zaleta to szczerość. I za tę szczerość bym ją nagrodził.

*

1977: (list) W tym roku zgłoszono do nagrody kilka bardzo dobrych książek. Jak na przykład Wiktora Trościanki "Nareszcie lata pokoju", Franciszka Wysłoucha: "Na ścieżkach Polesia". Bezsprzecznie najlepszą wydaje mi się wszelako Stanisława Swianiewicza: "W cieniu Katynia", i ją zgłaszam do nagrody.

A więc: "W cieniu Katynia". Przy określeniu statutowym "najlepsza" książka, odczuwałem pewne zahamowania. Dobrze, iż zmieniono na: "najwybitniejsza". Gdyż zdarza się, że bywa tylko "najciekawszą", albo "najcenniejszą" z obiektywnej wartości. Do takich właśnie zaliczyłbym "W cieniu Katynia". Z tej obiektywnej oceny wychodzę. Nie z subiektywnego "podobania się" książki. Poglądy Swianiewicza, które rozwija w swej książce, nazbyt często nie są moimi. W wielu wypadkach wręcz przeciwnie. Przyznam nawet, że niekiedy zżymałem się czytając wywody autora. Ale w tej chwili nie piszę recenzji, tylko uzasadnienie kandydatury do nagrody.

Otóż całość dzieła Swianiewicza jest to niewątpliwie najwybitniejsze, najbardziej frapujące z tego, co się na tle mordu katyńskiego napisało dotychczas. Już samą chronologię wypadków czyta się z zapartym tchem. Książka nie ma ambicji literackich i może dlatego jest z większym talentem napisana niż wiele innych.

Treścią książki Swianiewicza jest głównie opis faktów i - powiedziałbym - twarzy ludzkich. Chociaż nieraz nazywamy je dlatego: "nieludzkimi". Przez tę prostotę narracji i jej naturalność, jasność opisu, przeistacza się czasami w wielki epos naszych czasów, który przykuwa z większą ciekawością niż najciekawsza powieść.

"W cieniu Katynia" Swianiewicza to wielka rzecz. To wielkie dzieło, które powinno być przez nas koniecznie wyróżnione i nagrodzone.

*

1978: (list) Właśnie gdy się zastanawiałem kogo z autorów emigracyjnych zgłosić do tegorocznej nagrody "za najwybitniejszą książkę wydaną na emigracji", otrzymałem numer "Wiadomości" (1688/1689), datowany 6-13 sierpnia ub.r., w którym ze zdumieniem przeczytałem, że: "Członkowie jury nagrody..." już zgłosili .kandydatury, a między innymi następujących autorów: Stanisław Barańczak, Tadeusz Konwicki, Wiktor Woroszylski, i że kandydatury te nie zostały z miejsca odrzucone, jako niezgodne z "Regulaminem nagrody 'Wiadomości'".

Regulamin ten, ogłoszony w nr. 41 (706) "Wiadomości", z dn. 11 października 1959 mówi wyraźnie: "...za najwybitniejszą książkę Polaka wydaną na emigracji". Pojęcie "emigracji" nie jest pojęciem geograficznym. Nie określa żadnego terytorium, lecz oznacza pewien status faktyczny - w danym wypadku autora książki - poza granicami komunistycznej Polski, czyli tzw. PRL-u. Ażeby wydać książkę "na emigracji", trzeba samemu być emigrantem.

Ani Barańczak, ani Konwicki, ani Woroszylski nie są emigrantami z Polski komunistycznej, lecz obywatelami PRL-u. Mogą zatem wydać książki poza granicami kraju swego obywatelstwa, np. we Francji, Anglii, Szwecji i ... w Nowym Jorku, czy Moskwie etc., na równi z innymi obywatelami PRL-u - jak powiedzmy przykładowo: Gierek, Jaroszewicz, Putrament, czy Iwaszkiewicz ... etc. - ale w żadnym wypadku, tzn. abstrahując od treści i formy, nie będą to książki "wydane na emigracji", lub za takie poczytywane. Dlatego też kandydatury tych autorów - w myśl regulaminu - nie mogą być zgłaszane do nagrody ich książek, ani rozpatrywane przez jury "Wiadomości".

Wobec tego, że zostały zgłoszone, nie zakwestionowane, a przeciwnie, opublikowane przez "Wiadomości" i przyjęte na równi z kandydatami dziewięciu autorów emigracyjnych do nagrody - uważam obrady Jury wyznaczone na październik 1978 za nieważne jako niezgodne z regulaminem. (I oczywiście sprzeczne z intencją i celem przewidzianym przez twórcę tego jury, nieodżałowanej pamięci Mieczysława Grydzewskiego).

W tych warunkach żadnej kandydatury do nagrody nie zgłaszam i w przewidzianym posiedzeniu jury udziału nie biorę.

*

1979: (list) Uprzejmie proszę o skreślenie mnie z listy członków jury Nagrody "Wiadomości" za najwybitniejszą książkę Polaka wydaną na emigracji.

Jak wiadomo, skład jury powstał z ogłoszonego przez Mieczysława Grydzewskiego plebiscytu: "Kogo wybralibyśmy do Emigracyjnej Akademii Literatury Polskiej, gdyby taka powstała".

Zarówno z litery jak ducha ogłoszonego w "Wiadomościach" z 11 października 1959 Regulaminu jury jasno wynika, że chodziło o nagrodzenie książki wydanej na emigracji, a nie poza krajem. Co nie jest, oczywiście, to samo. Gdyż "emigracja" nie jest pojęciem geograficznego zamieszkania, lecz statusem personalnym autora książki. Tzn. "na emigracji" wydać może książkę tylko emigrant z Polski komunistycznej, nie zaś obywatel PRL, który ogłasza się poza krajem.

Wbrew temu wyraźnemu Regulaminowi, zeszłoroczne jury "Wiadomości" nagrodziło książkę obywatela PRL stale zamieszkałego i piszącego w Warszawie.

Również do tegorocznej Nagrody została zgłoszona i przyjęta. do rozpatrzenia przez jury książką komunisty polskiego, Jacka Kuronia, zamieszkałego i piszącego w Warszawie.

Nie chciałbym więc należeć do zespołu, który może nagrodzić lub chociażby rozpatrywać możliwość nagrodzenia książki warszawskiego komunisty ani peerelowskiej odmiany komunistycznego dysydenta.

 

powrót

strona główna