Józef Mackiewicz (pierwodruk: "Wiadomości", Londyn, 1974, nr 13 (1462) i 14-15 (1463-1464); pisownię i interpunkcję nieco zmodernizowałem – K. K.)

"ARCHIPELAG" ZBRODNI I ZAGADEK

Ostatnia książka Aleksandra Sołżenicyna, Archipelag Gułag, należy dziś w całym świecie do najbardziej głośnych. Ten rekord zawdzięcza okolicznościom, w jakich się ukazała. Jednocześnie wywraca, niejako do góry nogami, niejedną z konwencjonalnych klisz myślowych.

Człowiek pisze z Moskwy. Ale jak pisze!

Znaleźliśmy się nagle w orbicie zagadek, wytworzonych nie tylko przez treść i formę, ale ponadto przez reakcje na tę książkę z tamtej i tej strony. Próby zaklajstrowania popularnym kryterium nie wystarczają w każdym razie.

KRĘPUJĄCE ZESTAWIENIA

Do takich prób zaliczyć by wypadało i utarte oburzenie opinii publicznej Zachodu na nagonkę ze strony sowieckich "środków masowego przekazu", które lżą Sołżenicyna:
"Zdrajca!... Zaprzedany wrogowi... Oblewa błotem ojczyznę sowiecką... Obraża społeczeństwo sowieckie... Zniesławia żołnierzy Czerwonej Armii... ("Prawda", Tass) – Wypacza obraz historii... Ubliża pamięci wodzów rewolucji... Obłąkany pasją nienawiści do narodu sowieckiego... Zohydza, oczernia... ("Litieraturnaja Gazeta") – Paszkwil na wszystko co sowieckie... Sieje nienawiść do naszego narodu... Sprzyja hitlerowcom... Hańbi pamięć poległych ("Sowieckaja Rossija", "Trud", "Komsomolskaja Prawda", "Krasnaja Zwiezda") etc., etc., etc. Artykuły, rezolucje, uchwały, listy do redakcji. I tylko nieliczni w Moskwie ośmielili się wystąpić w obronie Sołżenicyna, jak prof. Sacharow, pisarze Władimir Maksimow, Lidia Czukowska.

Prasa zachodnia dostrzega w tej nagonce niegodne metody zwalczania wolnego pisarstwa w Sowietach. W potępieniu tej nagonki solidaryzuje się z opinią wolnego świata, rzecz naturalna, i nasza prasa emigracyjna. Pamięć bywa krótka, lub nieszczera.

Nie chciałbym w tym miejscu posądzonym zostać o samoreklamę i wywyższanie do koleżeństwa z najbardziej głośnym w tej chwili pisarzem świata. Ale – dla zestawienia, w temacie, któremu poświęcam niniejszy artykuł – pozwolą mi czytelnicy na przytoczenie urywków z innych uchwał, rezolucji, artykułów, listów podobnej nagonki. Moje ostatnie powieści wydane na emigracji spotkały się m.in. z taką reakcją (cytuję):
"...wypacza obraz historii ... przedstawia w sposób poniżający żołnierzy polskich..." (Uchwała Instytutu J. Piłsudskiego) – "Jest paszkwilem wymierzonym przeciwko polskości... Urąga prawdzie i hańbi pamięć młodzieży. Poniża cześć kobiety..." (Uchwała Koła Harcerzy) – Patologiczna nienawiść autora do wszystkiego co polskie... Obraża rodzinę, społeczeństwo... Leje strumienie błota... ("Gazeta Niedzielna") – "Zniesławiający paszkwil"... (Rezolucja Koła AK. która zresztą potępia nie tylko książkę, ale wzywa do potępienia nawet pochlebnych o niej recenzji) – "Ubliża naszej przeszłości... Plugawi, bezcześci, znieważa... Propaguje nihilizm kulturalny... Zohydza Polskę... Jest ciężką obelgą, prowokacją i trucizną..." etc., etc. (Konkluzje Zgromadzenia Dyskusyjnego SPK, w wydaniu Gryf).

Widzimy więc, że rozpętana przeciwko mnie nagonka wyżywa się nie tylko w analogicznych połajankach, ale nawet identycznych nieraz słowach jak w Moskwie. I też tylko nieliczni na emigracji stanęli w obronie wolnego pisarstwa w wolnym świecie, jak Marian Hemar, Adam Pragier, Juliusz Sakowski ("Piętnując brak swobody słowa pod komunizmem, nie naśladujmy złych wzorów, które potępiamy...").

Nie, nie w tego rodzaju nagonkach leży więc cecha rozpoznawcza niewoli słowa pod panowaniem komunistycznym, skoro organizowana być może i w wolnym świecie, nawet wśród "walczących o wolność słowa".

Nie jest też cechą rozpoznawczą sowieckiej metody łamania "inaczej myślących" wsadzanie ich do domu wariatów. Przypomnijmy że największy poeta świata (nie znam się na poezji, ale tak mówią), Ezra Pound, wsadzony został przez Amerykanów do klatki dla zwierząt; a później do domu obłąkanych, gdzie mu zresztą pozwolono tłumaczyć Sofoklesa, Konfucjusza i poezję chińską. A największy prozaik, Knut Hamsun, w wieku lat 87, wsadzony również do szpitala wariatów w Norwegii. Wtedy jeszcze Sowiety nie znały tych zabiegów, wsadzając raczej do łagrów na lat 15 i 25. Już w obecnym roku 1974 sąd włoski w Wenecji – niewątpliwie z łagodnej sugestii Stolicy Apostolskiej – skazał b. zakonnika francuskiego, Michela Collina, który ogłosił się antypapieżem Klemensem XV, na dwa lata zamknięcia w szpitalu wariatów. Przy tym sentencja wyroku wyraźnie mówi, że za obrazę papieża Pawła VI. Collin jest uzurpatorem niepoważnym i niewątpliwie śmiesznym, ale wariatem klinicznym nie jest. (Uszedł tej kary, przebywając we Francji. Francja go jeszcze nie wydała). Wynikałoby z tego że środek szpitalowariatów dla inakomyślaszczich nie jest wymysłem sowieckim. Raczej – obok wymiany kulturalnej – wymianą penitencjarnych wzorów pomiędzy "Wschodem i Zachodem".

COŚ WIĘCEJ NIŻ ZAKAZ WOLNOŚCI SŁOWA

Nie, ustrój komunistyczny jest gorszy od li tylko zakazujących wolności słowa. Gdyż on nie tylko zakazuje mówić i pisać tego, co mu nie dogadza, ale ponadto nakazuje mówić i pisać, co mu dogadza. Prof. Fiodor Stiepun (też swojego czasu wydalony z Sowietów) przeprowadził w tym względzie klasyczne rozróżnienie pomiędzy rosyjską carską cenzurą, która mogła skreślać pewne publikacje, ale nie mogła wyznaczać na ich miejsce odmiennych. Była więc ona taka, jak w innych krajach na świecie gdziekolwiek cenzurę stosowano. Dopiero ustrój komunistyczny zastosował to, czego dotychczas nie było.

Znany jest w Sowietach szeptany żart: "My nie żądamy już prawa do mówienia-pisania tego, co chcemy; gdybyśmy mieli chociaż prawo milczeć o tym, co chcemy!" – Tego prawa nie ma nikt z obywateli sowieckich. Ani pisarz piszący książki, ani dziennikarz piszący artykuły, ani robotnik uchwalający rezolucje na zebraniach fabrycznych, ani kołchoźnik piętnujący dziś Sołżenicyna, o istnieniu którego dowiedział się zaledwie kilka minut przedtem; ani uczeń w szkole, ani komsomolec, ani inżynier; ani dostojnicy Cerkwi wygłaszający na rozkaz z góry bluźniercze przemówienia o rozkwicie i wolności chrześcijaństwa pod władzą sowiecką. Korespondenci zagraniczni akredytowani w Moskwie mają wprawdzie "prawo milczeć" o czym chcą, ale również nie posiadają prawa mówić o wszystkim, o czym by chcieli, bez narażenia się na wyrzucenie ze Związku Sowieckiego. Takie są tamtejsze prawa i obyczaje.

Stąd, nawiasem mówiąc, instytucja zagranicznych korespondentów w Moskwie często myliła opinię publiczną. Z jednej strony mają ci dziennikarze niby tę wyższość nad innymi, iż mogą powiedzieć: "my tu widzimy własnymi oczami", z drugiej nadawać mogą tylko blade relacje, zawierające zaledwie pół, czy ćwierć prawdy, jeżeli się chcą utrzymać na tej posadzie. Przy czym ich organ macierzysty stara się najczęściej, na równi z rządem sowieckim, abv żadna "antykomunistyczna" tendencja (w dzisiejszej terminologii: "zimnowojenna") nie przedostała się na jego poważne łamy w tzw. wolnym świecie, spragnionym Odprężenia.

ZAGADKA NR 1

Jakże wiec doszło do tego, jak mogło w ogóle do tego dojść, aby w świecie tamtych praw sowieckich, kilku obywateli tym prawom podległych, w tym głównie prof. Sacharow i pisarz Sołżenicyn, przebvwając w Moskwie, zdołali przez tak długi czas "bezprawnie", a zatem i "bezkarnie" rozgłaszać na cały świat prawdę o rzeczywistości sowieckiej? W dodatku posługując się korespondentami zagranicznymi dla rozpowszechnienia swych enuncjacji? A ci korespondenci nie doznają w tym trudności na miejscu. Poza tym ich organy na zachodzie, tak niechętne dotychczas do zamieszczania wszelkiej "antvsowietczyzny", poczęły się nagle prześcigać w drukowaniu wszystkiego, cokolwiek Sacharow, a zwłaszcza Sołżenicyn, zechcą powiedzieć. Jest to zagadka nr 1.

Ogłoszony przez Sołżenicyna Archipelag Gułag nie jest ani powieścią, ani rzeczą o tendencji "antvstalinowskiej" jak dotychczas, lecz skondensowanym oskarżeniem ustroju komunistycznego w ogóle. Autor nie zostaje za to aresztowany z miejsca, lecz dopiero po upływie długiego czasu (dłuższych ceregieli, wspomnianej nagonki etc.), co stoi z kolei w jaskrawej sprzeczności z opisanymi w Archipelagu Gułag faktami z praktyki sowieckiej. Dopiero 12 lutego pozbawiony obywatelstwa, deportowany zostaje (za zgodą rządu NRF) do Niemiec. Wzbudza to znowuż szaloną sensację w całym świecie. W zupełnym zapoznaniu rzeczywistości sowieckiej, na tle której prawdziwą sensacją nie jest fakt aresztowania i deportacji Sołżenicyna, lecz odwrotnie: fakt niearesztowania Sołżenicyna w ciągu uprzednich lat, a zwłaszcza miesięcy po ukazaniu się na zachodzie jego Archipelagu Gułag. Trudno się dziwić że w tumulcie tych niespodzianek zachodzić może nieraz gruntowne pomieszanie pojęć.

Zanim jednak przejdziemy do zastanawiania się nad tymi zagadkami, czas już chyba wyłożyć, co jest właściwie powiedziane w tym Archipelagu Gułag.

TREŚĆ

Książka bynajmniej nie jest poświecona ani wyłącznie, ani nawet w większości, łagrom "stalinowskiej" ery. Wręcz przeciwnie, era "leninowska" przedstawiona jest w niej w sposób może bardziej wstrząsający. Są tam też wspomnienia osobiste o wysokiej wartości artystycznej. Autor aresztowany został w Prusach za prywatny list do przyjaciela, takiegoż jak on oficera na froncie wygasającej już wojny. Znakomity jest opis doznań bezpośrednich. Niewygasłe jeszcze dostojeństwo oficerskiej rangi w zetknięciu z deptającym wszelką godność losem aresztowanego. W pierwszym odruchu autor woła: "Niech Niemiec niesie moje rzeczy, ja oficer!" I stary Niemiec niósł w szeregu. A jak zabrakło mu sił, to niósł, pomagał Niemcowi jeniec sowiecki, jeszcze z literami SU (Sowiet-Union) na plecach, z b. obozów niemieckich... Tych osławionych z głodu i nędzy. Bo hitlerowcy uznali żołnierzy Armii Czerwonej za "Untermenschów", a "ojczyzna" sowiecka wyrzekła się ich i za zdrajców uznała, kto wpadł do niewoli. Wiec po "wyzwoleniu" poszli znowu do łagrów. Ten akt, wtedy własnej, ludzkiej pyszałkowatości, w zestawieniu z ludzką solidarnością ledwo włóczącego nogi żołnierza, na tle ludzkiego okrucieństwa, nęka we wspomnieniu. Sołżenicyn raz jeszcze, po latach, spotyka się z tym Niemcem w jednej celi, i znów wstydzi się za siebie. Tak jak wstydzi się wspomnienia że przeszedł kiedyś obok, okazując obojętność, on w szlifach oficerskich, gdy wołał, błagał go o ratunek katowany przez sierżanta "własowiec" wzięty do niewoli. Akt wyznanej skruchy nie jest tu upiększeniem literackim chrześcijańskich uczuć. Widać że jest szczerym u autora poznaniem Człowieka. Takim, jakiego się nie osiąga w horyzontalnej płaszczyźnie poznania narodów, lecz w prostopadłym zgłębieniu w dół, aż na samo dno ludzkiego losu.

Tylko w ten sposób można oddać prawdę, gdy się pisze o przeżyciach, przezywanych często "nieludzkimi", a będących w istocie na wskroś właśnie – ludzkimi. Sołżenicyn konfrontuje siebie z otoczeniem. Dlaczego inni się nie przeciwstawili?! Chwileczkę, a co ja bym zrobił na miejscu tych innych? Pytanie to stawia często, mówiąc o braku oporu. Sołżenicyn "nie rzuca kamieniem". Rzucanie kamieniem jest reakcją łatwą i dlatego może rozpowszechnioną. Prawdziwe rozpoznanie natury ludzkiej wymaga dużego wysiłku. Mimo pozornej jednolitości losu. W Sowietach jest on naprawdę jednolity. Panuje bezwzględna równość w komunizmie. Bajeczki o nierówności pomiędzy warstwą górną i dolną sprowadzają się w istocie do pożerania tradycyjnego "kawioru" przez dygnitarzy. W rzeczywistości nie zdąży on czasem tego kawioru jeszcze przełknąć, gdy raptem spada z wysokiej drabiny pod najplugawszą narę w celi więziennej. Sołżenicyn przytacza masę przykładów tego kolektywnego równania w dół. W nędzę, upokorzenie, śmierć. I tak się zaczęło od pierwszych dni leninowskiego bolszewizmu.

"INTELIGENCJA TO GÓWNO" – POWIEDZIAŁ LENIN

Sołżenicyn pisze: "Gdy teraz wymyśla się na bezprawia Kultu, to ciągle i ciągle wypomina lata 37-38, jakby ani przedtem, ani potem nie wsadzano"... W 1929/30 w tajgę i tundrę "wpakowano dobrych 15 milionów chłopów. Stalin nie zrobił (i u nas z wami) przestępstwa gorszego"... Ale dziesięć lat wcześniej, w styczniu 1918 Lenin proklamował "czystkę ziemi rosyjskiej ze szkodliwych owadów"! Sołżenicyn cytuje słowa Lenina w liście do Gorkiego z 15 września 1919. Gorkij wstawiał się wtedy za aresztowanymi członkami tzw. "wokółkadeckiej inteligencji" ("kadeci" – konstytucyjni demokraci). Lenin odpowiedział: "W rzeczywistości to nie jest mózg narodu, a gówno" – Niebawem, 16 do 26 sierpnia 1920 toczy się sprawa 28 członków tzw. Taktycznego Centrum. Króluje wtedy leninowski prokurator Krylenko, który więcej ludzi posłał na śmierć, niż stalinowski Wyszynski. Ale o Krylence dziś zapomniano. Pierwsze obozy koncentracyjne stworzone zostały przez Lenina. Sołowki tamtego czasu byty tak słynne jako symbol terroru, że ich imię przetrwało do dziś, po wszystkich stalinowsko-hitlerowskich łagrach.

W r. 1921 proces "Gławtapa"; na ławie oskarżonych inżynierowie specjaliści. Przez Lenina stworzona zasada prawna: ustrój nie może być niczemu winien – winni są wyłącznie "szkodnicy", przetrwała i trwa. Lenin był twórcą najstraszniejszego artykułu kodeksu – 58-go. Z tego artykułu, za "antysowiecką działalność", "antysowiecką propagandę" itd. skazano na śmierć i zesłano do łagrów nieskończenie więcej milionów ludzi, niż to zdążył uczynić Hitler podczas wojny. W r. 1922 "Moskiewski Proces Cerkiewny" i analogiczne na prowincji. W Piotrogrodzie oskarżyciel Smirnow żądał "szesnastu głów". Rozstrzelano tylko dziesięciu. – "Towarzyszu Karski! – pisze Lenin – według mnie należy rozszerzyć rozstrzeliwania". – Proces "eserów" od 8 czerwca do 7 sierpnia 1922. Chociaż w początkach r. 1919 eserzy (socjal-rewolucjoniści) zaprzestali walki z bolszewikami, aby "ratować rewolucję i nie pomagać Kołczakowi i Denikinowi" (akurat w czasie, gdy i Piłsudski wstrzymał swą ofensywę). W r. 1924 proces Sawinkowa ("wyskoczył" oknem).

W tym czasie ugruntowało się ostatecznie sowieckie prawodawstwo, w którym sprawdzianem winy i sprawiedliwości jest wyłącznie dobro partii. (Nie "wina osobista", lecz "zagrożenie socjalne"). "Sprawa Szachtyńska", "Sprawa Prompartii" – już wtedy oskarżeni prześcigali się w samooskarżeniach. Tryumfy Mikołaja Wasiljewicza Krylenki: "Rozstrzelać, rozstrzelać, rozstrzelać!" W r. 1931 "proces mienszewików"... Trudno wyliczać wszystkie procesy, chociażby pokazowe tylko. Miliony skazywane były przez "trójkę GPU". Aż wreszcie i sam Krylenko został skazany!

A my wciąż w prasie naszej, emigracyjnej, w kółko: "Bolszewicy przejęli carskie metody"... Kto nam to każe powtarzać tę katarynkę?

Sołżenicyn przytacza porównania: w ciągu 80 lat szczytowej działalności Inkwizycji w latach 1420 do 1498 spalano na stosie około 10 ludzi miesięcznie. W Rosji carskiej od r. 1876 do 1905 stracono ogółem 486, czyli 17 ludzi rocznie. W dobie szczytowego terroru bolszewickiego rozstrzeliwano z art. 58 przeciętnie 28 000 (dwadzieścia osiem tysięcy) ludzi miesięcznie!

Te różnice w ilości nie mogą nie świadczyć o różnicy w jakości. Niech mi wolno będzie jednak na dygresyjnie wtrącone pytanie: kto nam każe kręcić od lat tę "carsko-rosyjską katarynkę"? – odpowiedzieć wyrażeniem obawy, że rosnąca kapitulacyjna tendencja wobec komunizmu, przy nader skutecznej frazeologii nacjonalistycznej; plus "realizm" katolicki ("Tygodnik Powszechny" oświadczył że pierwszym realistą był Chrystus) daje w sumie: komunizm nie jest już taki zły, niech będzie tylko nasz – "polski". Ale nie narzucony, "moskiewski"!

Sołżenicyn wskazuje że osławiony "stalinizm" był tylko dalszym ciągiem "leninizmu". Sołżenicyn szczerze nienawidzi CZEKA, GPU, NKWD. NKGB. KGB. Nienawidzi Abakumowa szczególnie. O Berii pisze mało. O Mierkułowie, dlaczegoś, wcale. Daje oblicza Korolenki, Jagody, Jeżowa, tych wszechpotężną "włast'-imuszczich", których jeszcze potężniejsza władza unicestwiła za pociśnięciem guzika. O Dzierżyńskim pisze mało. O Stalinie z obrzydzeniem. O Chruszczowie raczej przychylnie. O Breżniewie i Kosyginie – ani słowa. Archipelag Gułag (Gławnoje Uprawlenije Łagierej) podobny jest raczej do polipa, który swoimi mackami wysysa krew, niźli do wysp archipelagu. Więzienia, zsyłki, etapy, łagry, baraki i – Metody. To wszystko znane. Na każdego w życiu, jak i w czytaniu, działa coś innego. Na mnie np. transporty, deportacje. Można szukać słów, ale wszystko mieści się w jednym: straszne. Przytoczone mnogie przykłady. Mną wstrząsnął z mnogich strasznych, nie wiem dokładnie dlaczego, ten jeden szczególnie: wagon z transportem deportowanych do łagru był tak ciasno nabity ludźmi, że człowiek w tym ścisku stojących ciał zawisł między nimi, i jechał przez kilka dni i nocy nie mogąc sięgnąć nogami podłogi. Brrrrr... Jestem pewien że Sołżenicyn tu czut' przesadził. Tak nie może wytrzymać człowiek nieskolko sutok (kilka dób). Ale wystarczy, że może zaistnieć coś podobnego, gdzie taka przesada jest możliwa, dopuszczalna w opowiadaniu...

I CIĄG DALSZY

I raptem cały świat, tzw. zachodni, czyli wolny, rozdziera szaty, że Sołżenicyn deportowany został z tego piekła na wolność w miękkim fotelu "Aerofłotu". Zamiast się cieszyć i gratulować Sołżenicynowi jego szczęśliwego losu. Powstaje wiec pytanie: czy ta protestująca dziś opinia publiczna Wolnego Zachodu czytała Archipelag Gułag? A jeżeli czytała, czy uwierzyła w to, co jest tam napisane? Jeżeli czytała i uwierzyła Solżenicynowi, dlaczego nie rozdziera raczej szat nad tamtym deportowanym, którego nogi w ścisku nie sięgały podłogi wagonu?...

Coś tu nie klapuje z tym ubolewaniem nad karą skazującą pisarza na – nostalgię... Bo w takim razie po cóż jest książka napisana? Żeby pokazać, jak kiedyś było strasznie, źle, a teraz jest dobrze? Aż do tęsknoty za tym włącznie? – Nie, nie twierdzi tego Sołżenicyn. Nie podkreślają też spikerzy Kremla. Nie wskazują również publicyści zachodni wprost. Czy znaczy, że ma to się samo przez się rozumieć? I że każdy chciałby powrócić do tamtych "ojczyźnianych" warunków? Coś tu się nie rymuje.

Kara wyrzucania z granic Sowdepii była kiedyś najwyższą, obok kary śmierci, karą przewidzianą przez odnośny artykuł kodeksu sowieckiego. I wszyscy się śmieli (komu jeszcze śmiech nie zamarł na ustach), że na taką karę chciałaby zostać skazana co najmniej połowa ludności! Połowa – nie-połowa, ale z chwilą otwarcia odrutowanych bram, zapewne wiele milionów opuściłoby terytorium Związku Sowieckiego. Chóralny płacz nad banicją Sołżenicyna (nawiasem, tak materialnie zabezpieczonego na Zachodzie) jest czymś sprzecznym z naturą rzeczy.

W chwili gdy to piszę, stoimy jeszcze wobec szeregu zagadek. Władze sowieckie ze wszystkich portów lotniczych na świecie wybrały dla wyrzucenia Sołżenicyna właśnie ten we Frankfurcie nad Menem. Niewątpliwie w złośliwej intencji demonstracyjnej. Frankfurt jest bowiem siedzibą rosyjskiego NTS, "Solidarystów", centralą politycznego ruchu b. własowców, (którym rząd niemiecki, w trosce o "odpreżenie", zamknął akurat ich radiostację). Z moskiewskiego punktu widzenia – i nie tylko moskiewskiego – "zdrajców", "kolaborantów", do których w prasie sowieckiej zalicza się teraz Sołżenicyna. Ale Sołżenicyn, który jeszcze w r. 1968 w piśmie do gazet sowieckich i Związku Pisarzy publicznie protestował i piętnował drukowanie jego powieści Oddział chorych na raka, w rosyjskim, frankfurckim czasopiśmie "Grani", wydawanym przez NTS – nie jedzie z lotniska do tego ośrodka emigracji rosyjskiej, lecz do willi prezesa PEN-Klubu, którym jest Heinrich Böll, znany prokomunista, do niedawna persona grata w Moskwie. Nawiasem przypomnijmy, że określenie "wybrać wolność" pochodzi z książki Wiktora Krawczenki, wydanej na Zachodzie 30 lat temu (i dawno zapomnianej). Czy od tego czasu wolności już nie ma na Zachodzie? Czy też w międzyczasie zapanowała w Sowietach? Może kiedyś dowiemy się o tym.

Na razie czytam, czytam Archipelag Gułag; bardzo długa książka, przeszło 600 stronic. Jest jeszcze w niej kilka rzeczy o dużej wartości artystycznej, i czym dalej tym więcej wstrząsających opisów. Czytam, i nagle chce się – ziewać... Nie ma w całej książce ani jednego, dosłownie, faktu nowego, który by nie był już ogłoszony drukiem. Niektóre pamiętam jeszcze z dawnej młodości, rozsiane po emigracyjnej prasie rosyjskiej. Jest natomiast trochę niedokładności i opuszczeń.

HEINRICH BÖLL

Pamiętam – piętnaście lat temu – piękną wycieczkę z Karolem Zbyszewskim do Włoch. Ponieważ po powrocie miałem wykończyć spiesznie pracę, do której potrzebne były ścisłe dane o GUŁAGu sowieckim, zabrałem do wieczornej lektury na postojach hotelowych obszerne dzieło wydane w r. 1955 przez Instytut do Badania ZSSR, po rosyjsku: Koncentracyonnyje łagieri SSSR. Wieczorem zaszedł do pokoju Karol, spojrzał na moją lekturę i wykrzyknął: "Boże, co za nuda! Że też się tobie chce!" Istotnie, lektura nie pasjonująca. Dzieło, mimo przetłumaczenia na wiele języków, nie było nawet sprzedawane w księgarniach – bo kto by tam interesował się takim tematem – a rozprowadzone jedynie po ośrodkach naukowych. Raptem dziś temat podniecający cały świat. Jak to się stało?

Że nie ważne jest, co się pisze (i mówi), a ważne jest, kto pisze (i mówi), bywało zawsze. Dziś wszelako przybrało formę w publicity szczególną. Graniczącą z paradoksem.

Pisarz niemiecki Heinrich Böll, laureat Nagrody Nobla i prezes międzynarodowego PEN, który w prasie polskiej uchodzi za typ pozytywny – bo "katolicki" – należy do najbardziej skrajnych markso-progresistów tego kierunku. W r. 1970 wystawia sztukę Aussatz (Trąd), pełna świętokradczych wypadów i diabolizowania instytucji Kościoła. Böll staje w obronie zbrodniczej, komuno-kryminalnej organizacji w Niemczech, osławionej Baader-Meinhof-Bande. Na to prezes austriackiego PEN, Lernet-Holenia ustępuje ze stanowiska na znak protestu przeciwko wybraniu takiego Bölla na prezesa międzynarodowego PENu. Böll odwiedza ciągle Moskwę, gdzie mu chętnie wydają jego książki. W październiku 1972 Böll oświadcza: "Być może jestem niedoszłym komunista, ale chciałbym żeby komunizmowi dano co najmniej tyle wieków panowania nad światem, ile miał kapitalizm". W r. 1974 Böll jest pierwszy, który udziela gościny Sołżenicynowi i staje się jego rzecznikiem. A z nim razem tacy pisarze niemieckiej ultra-lewicy jak Günther Grass, czy Hans Werner Richter z prokomunistycznego Klubu-47. Dziwne, nie?

Z kolei wyobraźmy sobie taki fantazyjny obrazek: przychodzę do Bölla, powiedzmy rok temu, i powiadam mu: "Panie Böll, pomóż mi pan do wydania pewnej książki i zrobienia na niej fortuny, przez opublikowanie tego wszystkiego o rewolucji bolszewickiej, co było już opublikowane w starych artykułach rosyjskiej prasy emigracyjnej od r. 1920, w Helsinkach, w Tallinie, w Rydze, Kownie, Wilnie, w Warszawie, Belgradzie, w Pradze, w Berlinie, Frankfurcie, w Brukseli, w Paryżu! W Stanach Zjednoczonych i Argentynie, i Australii, w Szanghaju i Charbinie. Panie Böll, ale głównie z tego wszystkiego, co się ukazało w całym świecie w niezliczonych językach, kładę nacisk na słowo: niezliczonych – co mnie zwalnia od wyliczania chociażby najbardziej ważnych, o największym talencie, prawdzie, rzeczowości, głębi, znajomości przedmiotu – dzieł naukowych, literackich, wspomnień; książek, broszur, traktatów. Jeszcze raz powtarzam: niezliczonych od pięćdziesięciu z górą lat! Wobec których Archipelag Gułag jest tylko drobinką" – Ale stop! Tego nie mógłbym powiedzieć bo – jak się rzekło – rozmowa miała się toczyć rok temu, gdy Archipelagu Sołżenicyna jeszcze nie było. Za to było to, co trwa od lat, że wszelki temat antykomunistyczny w snobistycznym środowisku literackiego high life'u uchodzi na Zachodzie za rodzaj kiczu.

Sądzę, że Heinrich Böll na taką moją propozycję rok temu odpowiedziałby propozycją udania się do Haar, tj. szpital dla wariatów (nerwowo-chorych) pod Monachium. I jego koledzy z lewicy intelektualnej i paxistów wszystkich krajów uznaliby jego odpowiedź za zgodną z Duchem Czasu, którego tylko wariaci mogą nie rozumieć.

MAXIMILIEN DE SANTERRE

Na str. 513 swego Archipelagu Gułag Sołżenicyn pisze: "A oto Francuzik ruchliwy koło kraty – czego się ciągle kręci? Czemu się dziwi? Czego do tej chwili jeszcze nie rozumie?... Maks Santerre, żołnierzyk francuski... Mówiono mu po dobremu: nie kręć się w swoiej douce France koło punktu etapowego dla repatriowanych do Sowietów Rosjan. Dali mu wypić... Ocknął się w samolocie na podłodze, ujrzał nad sobą but konwojenta... Teraz 10 lat łagrów, ale to zły żart naturalnie, wyjaśni się?... O tak, czekaj!" – I w odnośniku dodaje: "On będzie oswobodzony dopiero w r. 1957". Zgadza się, choć niezupełnie w personaliach. De Santerre przesiedział 12 lat. Oswobodzono go w r. 1958.I ja go spostrzegłem też nagle, kręcącego się, ruchliwego, małego wzrostu – było to w r. 1965 chyba – w "Cafe" nad Izarą. Przysiadł się. Rozmawialiśmy. Później zawdzięczałem mu protekcję umieszczenia jednej z moich powieści w Pfeiffer-Verlag w Monachium, gdzie on w r. 1962 wydał swoją książkę pt. Ihr Name ist Legion (Ich imię jest legion). Książka o łagrach sowieckich. Nieźle nawet poszła. Również w jęzvku francuskim, angielskim i szwedzkim. Z rysunkami (De Santerre sam jest malarzem), fotografiami, wykresami etc. Autor, w skali światowej, pozostał nieznany. Miałem autorów tego typu nie wyliczać, powołując się na ich dosłownie niezliczoną ilość (w tym wielu doskonałych Polaków). Czynię tu wyjątek sprowokowany przez samego Sołżenicyna. Słyszałem teraz że książka Sołżenicyna wychodzi np. w Niemczech (Schütz-Verlag) w pierwszym nakładzie w ilości 800 tysięcy egzemplarzy. Jego kolegi z łagrów, de Santerre'a, osiągnęła przed laty zdaje się 8 tysięcy. Jest inna, nie powiedziałbym jednak, że jest mniej ciekawa. Ale Sołżenicyn pisał z Moskwy. De Santerre – z Monachium. Teraz, gdy Sołżenicyn de Santerre'a wymienił, powiadają mu – "Panie! Leć pan i udzielaj wywiadów! Zrobisz karierę!"

Nie co, ale kto pisze było – jak już wspomnieliśmy – zawsze decydujące w handlu rozgłosem. Dziś doszło: skąd pisze! Temu nadrzędnemu kryterium ulegają, naturalnie, wszyscy.

Czytam np. w centralnym organie emigracji polskiej w Londynie z 23 stycznia 1974. taki sensacyjny tytuł na pierwszej stronie: "Ostatnia Tajemnica II Wojny. Alianci wydali Kozaków Stalinowi". Moja książka o tym wydaniu kozaków, pt. Kontra, wyszła po polsku w r. 1957, czyli siedemnaście lat temu. W r. 1970 ukazały się w Ameryce dwa tomy monumentalnego dzieła atamana Naumienki po rosyjsku pt. Wielikoje Priedatielstwo. A na temat wydawania przez Aliantów b. obywateli sowieckich w ręce Stalina ukazało się na zachodzie publikacji drukiem w języku rosyjskim – 383; w językach angielskim, niemieckim, francuskim, holenderskim i włoskim łącznie – 68. To wszystko nie warte było pamięci. Wystarczy natomiast, że Sołżenicyn napisze w Moskwie, w odnośniku, petitem kilkanaście wierszy o wydaniu kozaków - (nb. z błędami) – aby historyk brytyjski Nicholas lord Bethell poświecił temu cały artykuł w "Sunday Times" (przy tym też z błędami: m.in. że ze strony brytyjskiej nie użyto rzekomo podstępu przy wydawaniu, podczas gdy podstęp dawno już został ujawniony w detalach, omówiony etc.). I emigracyjne pismo przedrukowuje to jako rzeczową sensację. To jest, naturalnie, drobny tylko przykładzik powszechnie znanego zjawiska.

WIARA, NADZIEJA, MIŁOŚĆ

Aleksander Sołżenicyn to wielki talent, o którym świadczy przed innymi jego książka Krąg pierwszy. Laureat Nagrody Nobla. To wystarcza do słusznego rozgłosu. Ale dopiero fakt, że książki jego o tendencji opozycyjnej, czy zgoła "antysowieckiej" – pisane były z Moskwy, przydał na zachodzie rozgłosu ponad stan. Ta rzecz nie należy do zagadkowych. Tłumaczy się w sposób raczej prosty. Świat zachodni wierzy że kolos sowieckiego Bloku przejdzie ewolucje i stanie się tworem podobnym do państw ,,normalnych". Wyrzeknie się swego celu obalenia wolności na globie. Wierzy się w to mocno, gdyż w przeciwnym wypadku pozostawałaby tylko wyprawa wojenna dla zgniecenia nieustannego zagrożenia.

Ma nadzieję, że nastąpi to rychlej niż konieczność "konfrontacji". Nadzieja jest matką... optymistów. Łączy w sobie wszystkie wishfulthinking, wszystkie Wunschträume, jak kiedyś pod sztandarem socjalizmu łączyć się mieli proletariusze wszystkich krajów. Wyłapuje, gromadzi każdy objaw tę Nadzieję potwierdzający. Zjawienie się w Sowietach otwartej krytyki, opozycjonistów o tendencjach liberalnych, słowem czegoś w rodzaju opinii publicznej, której tam dotychczas nie było wcale, a dziś występuje chociażby w tak dwuznacznej formie, jak przezwani tu "dysydenci", stało się – rzecz zrozumiała – bodaj największym z dotychczasowych oparciem Wielkiej Nadziei. Stąd "dysydentyzm" w Sowietach przyjęto po tej stronie barykady bezkrytycznie, kurczowo, i mimo widocznych sprzeczności i paradoksów, nieomal kanonicznie. Ekskomunikuje się tych, którzy mieliby pod tym względem chociaż drobne wątpliwości.

Trudniejsze byłoby wytłumaczenie wspomnianego powyżej stanowiska Lewicy Intelektualnej na Zachodzie, która ze swej wielkiej Miłości do wszystkiego, co sowieckie, potrafi ją połączyć z przychylnością do sowieckich "dysydentów", jak w wypadku Sołżenicyna. Być może rozwiązanie zagadki leżałoby tu w dostrzeganiu "rewolucyjności" (niech Bóg uchowa, nie w "kontrrewolucyjności"!) tego ruchu, który nie obalając socjalistycznego ideału, dąży do jego poprawienia, udoskonalenia, wzmocnienia i wywyższenia, a nawet – jak to mruknął kiedyś tenże Böll – może wpłynąć i na oczyszczenie kapitalistycznych demokracji zachodnich.

W wypadku ostatniej książki Sołżenlcyna zachodzi co prawda contradictio in adiecto, gdyż autor wykazuje w niej bez ogródek, że zło nie przyszło ze Stalinem, lecz leżało u podstaw leninowskiej rewolucji bolszewickiej. Jak dają sobie z tym radę? Nie mam żadnych dowodów, ale przypuszczam że po prostu Archipelagu Gułag nie mieli czasu przestudiować. Decydującym jest dla nich fakt, że jest to w każdym razie głos "Stamtąd", z Sowietów. Dopóki, oczywiście, Sołżenicyn nie przystanie, po wypędzeniu, do emigrantów z prawa, do zewnętrznych wrogów komunizmu.

W sumie wszystkie te Wiary, Nadzieje i Miłości w ich stawce na "sowieckiego człowieka" nie są nowe. Hitler, jakkolwiek w odmiennych celach końcowych, również – w swej nadrzędnej nienawiści do wszelkiej kontrrewolucji – zezwalał wyjątkowo, ale wyłącznie stawkę na człowieka sowieckiego. Myli się Sołżenicyn pisząc w Archipelagu że emigracja rosyjska nie chciała przystępować podczas wojny do ruchu Własowa i pokrewnych. Nawet żeby chciała, nie wolno jej było. Podlegała dyskryminacji ze strony partii hitlerowskiej. Istniała nawet instrukcja zakazująca surowo wstępu kontrrewolucyjnej emigracji rosyjskiej na tereny okupowane w Rosji! Dozwolony byl (od biedy) tylko rosyjski ruch "antystalinowski".

Nie ma i nie było w tym nigdy nic oryginalnego, że piszący na emigracji spada poniżej wartości. Mówi się wprawdzie, że wykorzeniony z gruntu, sam się gubi. To nieprawda. Nieraz największe dzieła literatury narodowej powstają właśnie na emigracji. Nie twórca się deprecjonuje, tylko po prostu traci znaczenie w oczach obcego otoczenia. A w dobie politycznej "wymiany kulturalnej" bywa zawadą, czy jak w stosunkach ze światem komunistycznym, nawet przeszkodą w "odprężeniu". Przypuszczalnie, po upływie pewnego czasu, taki też los czeka Sołżenicyna na Zachodzie.

Dzisiejsze nastawienie świata wolnego do świata niewoli komunistycznej można by porównać do szukania: "całego w dziurach" ... mostu, który się pragnie przerzucać. I jeżeli w tej chwili robi się wielki krzyk oburzenia z powodu banicji pisarza, to tym samym jakby się traktowało ją za szczytowy akt terroru, w porównaniu do którego inne akty sowieckie – skoro oburzenia nie wywołują – są, znaczy, łagodniejsze...Tak się przedstawia, jak mi się zdaje, "archipelag" zagadek od strony Zachodu.

TAJEMNICA

Natomiast nierozwiązaną tajemnicą wydaje mi się niezwykły w dziejach komunistycznego państwa uprzedni kompleks tolerancji sowieckiego CK i Politbiura w stosunku do Sołżenicyna i Sacharowa. Wskazywałem już na to kiedyś w artykule Nierozwiązana zagadka Sołżenicyna ["Wiadomości", 1972, nr 1366]. W Sowietach nie egzystują normy sprawiedliwości oparte na kryteriach przyjętych w państwach praworządnych. Słusznie pisze w paryskim "Est et Ouest" Boris Litwinow, że panująca tam w tej dziedzinie arbitralność absolutna Partii prowadzi nieraz do sytuacji najbardziej paradoksalnych i groteskowych. W ten sposób wsadza się do więzienia ludzi, którzy rozpowszechniają pisma Sołżenicyna i Sacharowa, ale nie rusza się tych, którzy je piszą i ogłaszają... Dochodziło do zupełnie niebywałych zjawisk. Sacharow godzinami wisiał przy telefonie zagranicznym wymyślając na rząd sowiecki i przestrzegając polityczne czynniki zachodnie przed ustępstwami na rzecz Sowietów. (Za co, tak z ręką na sercu, i u nas mógłby trafić do Berezy). Ale łączący go z zagranicą urzędnicy telefonów w Moskwie nie byli pociągani do odpowiedzialności za "współudział w antysowieckiej akcji", jak przenoszący rękopisy, z artykułu 58 k.k. Znaczy, za zezwoleniem władz Sołżenicyn wzywał co chwilę dziennikarzy zagranicznych, telefonował, krytykował co i jak chciał. Znaczy, swoboda najwyższej kategorii, taka, która pozwala obywatelowi wymyślać na własne państwo nawet przed obcymi?! Jak to komponował Dunajewskij za Stalina: Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszet czełowiek!... Tak? Pakuję walizki i jadę jutro do Moskwy, żeby móc pisać wszystko, co mi do głowy przyjdzie, a co na emigracji mi pisać przeszkadzają!... – "Oj, niech pan ją rozpakuje, tę walizkę, i nie jedzie lepiej – doradzali mi ludzie życzliwi (dobrożełatielny) – Tam się akurat powiesiła jakaś, przy której znaleziono rękopisy Sołżenicyna, w Leningradzie". Z ręką na sercu: też nie bardzo w to powieszenie wierzę. Ale istotnie, to wszystko razem wydaje się trochę za dziwne.

"Samizdat" wychodzi prawie jawnie, gdzie dotychczas na dwóch spiskowców, drugi mógł być szpiclem, ale już trzeci – powiadają – prawie na pewno. Niewątpliwie gruba przesada, dla straszenia ludzi. Ale co to wszystko znaczy? Siniawskij był bohaterem nr 1 przez długi czas. Teraz siedzi we Francji, nie odzywa się i nikt o nim się nie odzywa. Jakira i Krasina noszono na Zachodzie na rękach całej prasy, też za bohaterów. Ich zeznania publiczne okazały się cyniczne. Jaures [Żores] Miedwiediew dal do zrozumienia, że Jakir byl agentem od początku. Że niektóre "grupy dysydentów" istnieją tylko w fantazji. Roya i Jauresa Miedwiediewych też noszono na rękach, cytowano masami za granicą. Obydwaj szczerzy komuniści. Jeden z nich zasugerował że "Samizdat" fałszowany jest częściowo przez frankfurcki "Posiew" NTS, przeciwko któremu rozwinął całą kampanię, oskarżając o prowokację. Moskiewski "Trud" ogłosił że "Samizdat" robiony jest przez CIA w Rado-Swoboda w Monachium. Rosyjscy pisarze emigracyjni Uljanow, Wojciechowski i inni, podejrzewają że istnieją powiązania do KGB w Moskwie. Pisarz Władimir Maksimow, obrońca Sołżenicyna w Moskwie, ogłosił list otwarty: "Bracia Miedwiediewy! Komu służycie?!.." Dając do zrozumienia, że służą raczej KGB. Lidia Czukowska, wyrzucona ze Związku Pisarzy Sowieckich, ku największemu oburzeniu opinii zachodniej, za obronę Sacharowa i Sołżenicyna, broniła ich w ten sposób: "Sacharow, trzykrotny Bohater Socjalistycznej Pracy, dwukrotny laureat Państwowej Nagrody! Dał naszej sowieckiej ojczyźnie bombę wodorową! Sto pięćdziesiąt tysięcy rubli ze swej nagrody ofiarował państwu sowieckiemu! Czyście o tym słyszeli?... A teraz zarzucają mu, że jakoby namawia imperialistów do ingerencji w sprawy naszego kraju i braterskich socjalistycznych republik... Jakże nie oburzać się na takie straszne oszczerstwo!!". Istotnie, za co taką szczerą patriotkę sowiecką wyrzucać było ze związku sowieckich pisarzy? W dżunglę samizdacko-dysydencką nie będę się tu zagłębiał! Przyznam otwarcie że ciągle jeszcze nie mam wyrobionego zdania.

Na Zachodzie postawiono diagnozę: Sacharowa i Sołżenicyna dotychczas nie ruszano w obawie przed opinią publiczną zachodnią. Jest to w tej chwili jedyne tłumaczenie obowiązujące. Osobiście głęboko w tę diagnozę nie wierzę. Ale znów nie będę tu swej niewiary uzasadniał. Po 50 z górą latach praktyki sowieckiej, wydaje mi się jawną bzdurą.

Czymże więc tłumaczę – zapytają – dotychczasową (przed banicją) tolerancję wobec Sołżenicyna? Powtórzę: dla mnie pozostaje to ciągle jeszcze tajemniczą zagadką. Barbara Szubska, jedyna, kto wie czy nie była najbliższa jej rozwiązania w doskonałym artykule w "Wiadomościach", wtedy gdy się pojawiła powieść Sołżenicyna Krąg pierwszy. Tak jak Dostojewski, powiedzmy – gdyby go brać z punktu analizy "polityczno-społecznej" – w istocie w czarnych barwach przedstawiał Rosję, a mimo to on, a nie urzędowe prospekty propagandowe, przyczyniły się do rozsławienia jej na świat cały! Dlaczego by takiego eksperymentu nie powtórzyć z talentem Sołżenicyna, rozsławiając w ten sam sposób Związek Sowiecki? Tym bardziej bez ryzyka, gdyż książki publikowane wyłącznie za granicą, z jednoczesnym zakazem ich w granicach bloku socjalistycznego. Teoria niepewna, ale nie niemożliwa. Tym bardziej, że w poprzednich książkach i znakomitym Kregu pierwszym, daje się do zrozumienia, że chodzi o przeszłość minioną, o czasy "stalinowskie". Dla takich manipulacji zagranicznych istnieją w Moskwie specjalne organizacje, jak np. "Mieżdunarodnaja Kniga", albo APN (Agientstwo Pieczati Nowosti). I wreszcie słynny Mr. Wiktor Luis.

Ale teorii tej nie da się już dopasować do Archipelagu Gułag. Ta ostatnia książka jest celnie wymierzonym, sumarycznym uderzeniem w zęby bolszewizmu, sowietyzmu, komunizmu, socjalizmu w ogóle. Wszelki więc rodzaj manipulowanego porażania [chyba: pobłażania] (popustitielstwa) okazałby się w tej płaszczyźnie co najmniej przeciągnięciem struny. Znaczyłoby, że się "planiści" przeliczyli (prosczitalis'!) w efekcie. Możemy tylko rejestrować fakty, w nadziei, że przyszłość rozwiąże te zagadki.

Mieszanie się "w wewnętrzne sprawy" sowieckie jest trudne. Tak jak trudno byłoby mieszać się w prawa i obyczaje ludożerców, ustanowione w tym kraju przez klikę czarowników, skoro się z tą kliką zawarło umowę o wzajemnym poszanowaniu i pokojowej koegzystencji. Nie przez mieszanie się w wewnętrzne rutyny, lecz przez usuniecie przemocą kapłanów ludożerstwa wyzwolić można by dopiero taki kraj z narzuconych mu ohydnych praw i dogmatów antyczłowieczej moralności.

Archipelag Gułag Solżenicyna jeszcze raz przypomina światu o tych "prawach i obyczajach" narzuconych Rosji i całej wschodniej Europie przez komunistów. O czym świat ma dokładne informacje od przeszło pół wieku, ale udaje, że został raptem zaskoczony rewelacjami Scłżenicyna. I do głębi wzruszony, zdobywa się na – potępienie banicji pisarza.

 

Zob. polemikę Józefa Łobodowskiego

 

powrót

 

strona główna