Józef Mackiewicz (pierwodruk: "Wiadomości", Londyn, 1972, nr 23 (1366); pisownię i interpunkcję nieco zmodernizowałem – K. K.)

NIEROZWIĄZANA ZAGADKA ALEKSANDRA SOŁŻENICYNA

Rejestruję fakt: różne można mieć zdanie o Sołżenicynie i jego twórczości. Natomiast musimy się chyba wszyscy zgodzić, że sama istota jego zjawiska w granicach Związku Sowieckiego jest zagadką. Niewątpliwie mniej dla ludzi Zachodu, zwłaszcza z młodszego pokolenia, którym psychiczny mechanizm komunistycznego ustroju nie jest znany bezpośrednio, a jego specyficzna odrębność w znacznym stopniu stępiana przez polityczne Wunschtraumy. Dla ludzi jednak wyrosłych z. bezpośredniego kontaktu z praktyką ustroju sowieckiego – nie może nie być zagadką.

W dniach od 14 do 25 lutego 1956 obradował w Moskwie XX Zjazd Partii, na którym Nikita Chruszczow – po obaleniu Malenkowa i zamordowaniu Berii, Mierkułowa i Abakumowa – wystąpił przeciwko "kultowi jednostki", tzn. wygłosił swą słynną "antystalinowską" mowę. Był to w tamtym czasie szczytowy punkt (jeszcze przed encykliką papieską Pacem in terris) nadziei na moralne wyrównanie pomiędzy "chrześcijańskim Zachodem" i "komunistycznym Wschodem". Zdawało się, spełniają się te pragnienia "ewolucji" bolszewizmu, które Lloyd George dostrzegał już od r. 1918..., a które spełniały się następnie w leninowskim NEP-ie; które pokładano w stalinowskim "bonapartyzmie", a później widziano nieomylnie w przywróceniu epoletów i rang oficerskich, zniesieniu Kominternu i "odrodzeniu" Cerkwi przez Stalina w drugiej wojnie... By wreszcie oto urzeczywistnić się w zniesieniu "stalinizmu" przez Chruszczowa! Wprawdzie to "nieodwracalne" (jak zawsze) Alleluja nie trwało zbyt długo – (i nie przybrało takich rozmiarów, jak np. kult Gomułki podczas "polskiego październiki", i "polskiej drogi do..." komunizmu) – wystarczająco jednak by zjednać Zachód dla nowej "realnej polityki", znanej pod nazwą: pokojowej koegzystencji.

Takie było tło, gdy Aleksander Isajewicz Sołżenicyn wystąpił ze swym słynnym utworem pt. Odin Dien' Iwana Denisowicza, na temat łagrów... "stalinowskich", w czasopiśmie "Nowyj Mir" (nr XI, listopad, 1962) Redaktorem tego miesięcznika był stary komunista Twardowski.

ALEKSANDER TWARDOWSKI

Niedawno zmarły poeta i pisarz Twardowski, w ostatnim dziesięcioleciu sławiony przez prasę zachodnią i radia amerykańskie jako "liberał", symbolizujący ewolucję intelektualną w Sowietach, urodził się w r. 1910 w gubernii smoleńskiej. Pochodził z rodziny chłopskiej. W początkach lat trzydziestych, gdy pięciolatka stalinowskiej kolektywizacji zniszczyła około 6 milionów gospodarstw "kułackich" i, według niektórych obliczeń (niewątpliwie przesadzonych), kosztowała życie ok. 20 milionów chłopów – syn chłopski, Twardowski, robi zawrotną karierę jako znakomity w literaturze sowieckiej chwalca Stalina i jego "kołchoźniczej rewolucji z góry". Zasłynął poematem Droga do socjalizmu w r. 1931. Zwłaszcza jednak poemat Twardowskiego Kraj mrówki zostaje wyróżniony i nagrodzony wielką "Stalinowską Nagrodą Literacką". Na równi z Zoranym ugorem Szołochowa i z poematem Pawlik Morozow Szczipaczowa, sławiącym syna chłopskiego, który złożył donos na rodzonego ojca-kułaka.

Członek partii, w następnych latach kilkakrotny jeszcze laureat nagród stalinowskich, Twardowski osiąga najwyższą rangę w literaturze sowieckiej. Dnia 21 grudnia 1949 w "Bolszom" teatrze w Moskwie, na uroczystym posiedzeniu z okazji siedemdziesięciolecia urodzin Stalina, odczytana zostaje oda Twardowskiego ku czci dyktatora:

[...]
Wielki Wodzu, ukochany nasz Ojcze,
Nie, nie słowa zwrócone są do Was,
Lecz miłość prostych, ludzkich serc,
Której nie dorówna nic na świecie...
[...]
Przyjacielowi i Wodzowi oddana,
Przez którego staliśmy się
najszczęśliwsi na świecie.
[...]
Synowski pokłon Wam wdzięczności
Wielkie synowskie podziękowanie...
[etc., etc., etc.]
Całość przelicytowała, jak twierdzili eksperci, wszystko co mogło zrodzić się z lokajskiego upodlenia duszy ludzkiej. Nie dziw więc, że właśnie odę Twardowskiego na tę uroczystość wybrano.

Tym większa była "ewolucja", jaka dokonała się w Twardowskim po XX Zjeździe Partii. Nikt lepiej nie potrafiłby jej ocenić niż sam Nikita Chruszczow, który w okresie "kultu jednostki" nie tylko piał hymny na cześć Stalina, ale – jak sam przyznał – tańcował dla niego "hopaka". Najwybitniejszym osiągnięciem tej "ewolucji" było właśnie opublikowanie przez Twardowskiego pierwszego dzieła Solżenicyna demaskującego koncentracyjne łagry "stalinowskie".

Wydaje się nie ulegać wątpliwości, że jedna z dwóch wersji musi być prawdziwa: albo Chruszczow sam zamówił u Twardowskiego wyszukanie utalentowanego pisarza, który by taką rzecz napisał, albo Twardowski wpadł przypadkowo na takiego pisarza (wg pewnej wersji, znał Sołżenicyna dawniej i wiedział, że wypuszczony z łagru) i pobiegł do Chruszczowa z inicjatywą, którą ten natychmiast akceptował.

SŁAWA "POMOCNIKA PARTII"

Jeden dzień Iwana Denisowicza, napisany ze szczerym talentem, wysunął się od razu na sztandarowe miejsce w nowej, antystalinowskiej, generalnej linii partii, obok poezji Jewtuszenki o mauzoleum Stalina. Partyjna dyrektywa w planie "na danym etapie rozwojowym" była wyraźna. W "Nowym Mirze" Twardowski zaopatrzył utwór odpowiednią przedmową: "Materiał stanowiący podłoże powieści Sołżenicyna jest niezwykły w sowieckiej literaturze... Ale ta surowa ocena rzeczy w powieści jest jeszcze jednym przykładem tego, że nie ma takich odcinków i zjawisk rzeczywistości, które by w naszym czasie wykluczane były ze sfery sowieckiego artysty!... Gorycz i ból tchnące z tej powieści, nie mają nic wspólnego z uczuciem beznadziejnego przygnębienia... Przeciwnie, umacnia wysokie uczucie męstwa..." itd., słowem: partia, po obaleniu kultu jednostki, kroczy w wolności ku lepszemu jutru pod przewodem nowego generalnego sekretarza!

Urzędowe "Izwestia" nazwały Sołżenicyna: "autentycznym pomocnikiem partii w świętym i koniecznym jej dziele...". Organ oficjalny partii, "Kommunist", nazwał tę powieść: "aktywnym potwierdzeniem tego Nowego, co wniosły w nasze życie XX i XXII Zjazdy KPZS, a w tej liczbie zdecydowane zdemaskowanie kultu jednostki". Sam Sołżenicyn powie już później, na posiedzeniu Sekretariatu Związku Pisarzy w Moskwie 22 września 1967: "Zostałem zwolniony z łagru zawdzięczając XX Zjazdowi... W tamtych czasach, gdy wszystkie gazety sowieckie trąbiły pochwały dla Jednego dnia Iwana Denisowicza"... A o rok wcześniej, na posiedzeniu Biura Sekcji Prozy Związku Pisarzy, 17 listopada 1966, oświadczy J. Karjakin: "Przytłaczająca większość pozytywnych ocen Jednego dnia... padła z ust kierowników największych kompartii, najwybitniejszych marksistów współczesności. Przez opublikowanie tej powieści zdobyliśmy ogromną ilość sojuszników, gdyż ludzie uwierzyli, że wróciły czasy autentycznej idei..." – Jeden z komunistów francuskich, który jeszcze w r. 1950 występował w Paryżu z oświadczeniem, że w Sowietach nie ma i nigdy nie było koncentracyjnych łagrów, teraz napisał entuzjastyczną przedmowę do francuskiego wydania Jednego dnia...

ISTOTNE PRZYCZYNY POWODZENIA NA ZACHODZIE

Rzecz wymaga wyłożenia kart. Jeden dzień ... napisany jest z dużym talentem literackim. Treść jego jednak – jak słusznie zauważył Roman Gul, redaktor kwartalnika "Nowyj Żurnał" w Nowym Jorku (w księdze 71, z marca 1963) – nie stanowi nic nowego. Zdecydowanie nie demaskuje niczego, co by na Zachodzie nie było już znane od dawna. Gul wymienia książki: J. Margolina Putieszestwije w stranu zeka, J. Sołoniewicza Rossija w koncłagierie, G. Andriejewa Trudnyje dorogi,. Iwana Razumnika Tiurmy i ssyłki. Książki o sowieckich koncłagrach napisane przez Bezsonowa, Nikonowa-Smorodina, Czernawina. Bojkowa. Rozanowa, Szyriajewa, Pietrusia. W językach obcych wymienia Gul: Józefa Czapskiego, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, W. Pietrowa, Buber-Neumanna, J. Bergera i innych. O łagrach sowieckich mówiła słynna swojego czasu w całym świecie książka Wiktora Krawczenki Wybrałem wolność. Słowem, zwraca uwagę Gul, "o masowych morderstwach i łagrach sowieckich, o niewolniczej pracy, dawno już wiadomo na Zachodzie, i pod tym względem powieść Sołżenicyna jest raczej wyjątkowo spóźniona".

Dla jakich więc przyczyn tak szczególną uwagą obdarzona została w wolnym świecie, tłumaczona, wychwalana? Byłoby paradoksem, gdybyśmy chcieli założyć, że tzw. wolny świat, na wskroś przepojony hasłem "pokojowej koegzystencji" i myślą uniknięcia wojny za wszelką cenę – miałby się raptem ucieszyć z odsłonięcia wstrząsającej prawdy o systemie największego podeptania godności ludzkiej, który chyba tylko przy pomocy wojennej krucjaty może być obalony...

Oczywiście że takiego paradoksu założyć nie można. Świat zachodni (opinie, rządy etc.) ucieszył się nie z prawdy, jaką Jeden dzień... Sołżenicyna zawiera, lecz odwrotnie: z nieprawdy, jaką ten utwór sugeruje. Że mianowicie: 1) System koncłagrów sowieckich nie jest wytworem ustroju komunistyczno-sowieckiego, lecz wyłącznie epoki "stalinowskiej". 2) Że w Sowietach nastąpiła zmiana, która potępia poprzedni system, czego najlepszym dowodem jest opublikowanie Jednego dnia.... Bo przecież nie mógłby zostać opublikowany w Sowietach, gdyby miało tam pozostać po staremu... itd. – Słowem nie treść ani literacka forma powieści Sołżenicyna, lecz fakt opublikowania w Sowietach rozstrzygnął o niezwykłym jej powodzeniu w całym świecie. Jak to się zdarza, gdy coś pokrywa się nagle z powszechnym pragnieniem.

NAŚWIETLANIA INFANTYLNE

Dodać wypada, że w ocenie zdarzeń sowieckich od dawna skazani jesteśmy na przewagę interpretacji i naświetleń korespondentów zachodnich, w większości nie znających kraju ani języka. Często młodych ignorantów, z przedmiotem, istotą i historią, zarówno Rosji jak Bolszewii, obeznanych zaledwie powierzchownie. Stąd skłonnych do przykładania "normalnej" miary zachodniej do zjawisk zachodzących w Sowietach. Przez powtarzalność, mimo woli ulegamy jednak presji tego monopolu informacyjnego.

Tymczasem naświetlenia takie, jak np. "Twardowski miał odwagę, zamieścić..." lub "Sołżenicyn, który pierwszy odważył się napisać prawdę..." itp., stwarzają obraz dezinformacji. Wynikałoby bowiem, że wystarczy mieć trochę odwagi, a można w Sowietach powiedzieć całą prawdę, i na dodatek zaskarbić największe pochwały najwyższych sekretarzy partii i najwyższych organów prasowych partii!... Kto zna system sowiecki, wie że to nieprawda. Że w ten sposób ani napisana, a już na pewno opublikowana powieść Sołżenicyna być by nie mogła nigdy. Gdyż nic nie dzieje się tam za sprawą "oddolną", lecz wszystko "odgórnie". Tym bardziej rzecz tak doniosła, jak przełamanie milczenia wokół łagrów, powstałych mocą dekretu Lenina z 15 kwietnia i 17 maja 1919 o "utworzeniu obozów pracy przymusowej". Powstrzymamy się więc od polemiki z tymi naświetleniami, które chodzą po prasie zachodniej, lecz skonfrontowane z rzeczywistością brzmią wręcz – infantylnie.

Jak wspomniano, Jeden dzień... Sołżenicyna – tak czy inaczej – mógł ukazać się wyłącznie na zlecenie pierwszego sekretarza, Nikity Chruszczowa. W r. 1964 Chruszczow, również odgórnie, obalony zostaje przez wierchuszkę partyjną. Normalnym więc biegiem, jego kreatury musiały popaść w niełaskę. Sytuacja zatem w jakiej znalazł się po r. 1964 Twardowski i Sołżenicyn nie może budzić zaskoczenia. Można powiedzieć, że dotychczas wszystko jest jasne. I dopiero od tej daty zaczyna się właściwa zagadka Sołżenicyna.

NIEBYWAŁY WYJĄTEK

Soiżenicyn po upadku Chruszczowa nie jest więcej wydawany w Sowietach. Wkrótce usunięty też zostaje ze Związku Pisarzy. Ale – pisze w dalszym ciągu. I oto jego, zarówno krótkie opowiadania jak grube tomy, wydawane są masowo za granicą, w pozakomunistycznym świecie, osiągając nieraz rekordowe nakłady w obcych tłumaczeniach, zdobywając sławę "światową" w pełnym tego słowa znaczeniu. Aż do nagrody Nobla włącznie w r. 1970. Kolejno ukazują się powieści, Rakowyj korpus (Oddział chorych na raka), W krugie pierwom (Krąg pierwszy). O pierwszeństwo wydania jego najnowszej książki Awgust 1914 (Sierpień 1914) toczą miedzy sobą procesy wydawcy zachodni, angażując wielkie kapitały. Przy tym nie wiadomo jest do dziś z całą pewnością, w jaki sposób foliały rękopisów tych grubych książek przedostają się z Sowietów do zachodnich wydawców poprzez granicę tak w innych wypadkach szczelnie strzeżoną. Dotychczasowe wersje na ten temat są niedomówione, czasem sprzeczne, a czasem naiwne.

Nie piszę tu recenzji. Zwrócić jednak należy uwagę, iż książki Sołżenicyna, pomijając już stronę talentu pisarskiego, wykraczają daleko poza ramy wciąż obowiązującego w Sowietach socrealizmu, sięgając często do najlepszych wzorów starej rosyjskiej literatury. Nie w formie tkwi jednak sedno fenomenu na dzień dzisiejszy, lecz w treści! O ile Oddział chorych... po zastosowaniu nieznacznego retuszu mógłby ukazać się i w Sowietach, o tyle Krąg pierwszy wypadałoby już zaliczyć do utworów, które potocznie określa się jako "antysowieckie", "antykomunistyczne" tout court.

Krąg pierwszy opisując system sowieckiego łagru przeznaczonego dla wykwalifikowanych specjalistów, "szaraszka" przedstawia niejako w mikrokosmosie cały system sowieckiej rzeczywistości. To prawda, że formalnie rzecz się dzieje za "czasów stalinowskich". Pokazany jest też sam Stalin od jego ujemnej strony. W postaci jednak płaskiej malowanki, graniczącej z grafomańskim kiczem, jakby zrobionej przez innego autora. Ten wszakże wkroplony fragment "antystalinizmu" jest zbyt marginesowy, aby mógł zatrzeć wstrząsające wrażenie całości obrazu: strasznej, perfidnej, ponurej, załganej i beznadziejnej "sowieckości"...

I cóż się dzieje! Kiedyś za takie rzeczy rozstrzeliwano obywatela sowieckiego lub wsadzano do łagru na 25 lat, z przedłużeniem na 25 następnych. Dziś, jak wiadomo, za przekroczenia mniejszej z ciężaru gatunkowego wagi, pakuje się do domu wariatów; wytacza procesy i skazuje na ciężkie kary. Nawet za samo podejrzenie przemycania bardziej łagodnych rękopisów na Zachód dostaje się do 10-ciu lat. To prawda, że sprawozdania z tych procesów, i zwłaszcza słowa oskarżonych, że wiele szczegółów i jeszcze więcej szczególików na ten temat w prasie zachodniej, wydają się wątpliwe, nieraz podane w relacjach sprzecznych. Niemniej jest faktem, że ,,wariatów" w Sowietach się tępi, i że łagry koncentracyjne, jak były zadekretowane przez Lenina, przetrwały Stalina, Malenkowa, Chruszczowa i trwają za Breżniewa. Tyle że propaganda zachodnia, przez koegzystencjonalną uprzejmość, poleciła swoim "research"om nie dostarczać o nich informacji... Tymczasem z Sołżenicynem dzieje się tak, że nie wydawany w kraju, ale podpisując swe książki za granicą pełnym imieniem i nazwiskiem, siedzi w Sowietach w niełasce... szczególnego przywileju: pisania i mówienia co mu sie żywnie podoba! – Przyznam osobiście że siedząc w wolnym świecie, i sądząc na podstawie tych informacji jakie do nas docierają z Sowietów o Sołżenicynie, doprawdy zazdroszczę mu niekiedy tej tolerancji, z jakiej może korzystać.

Od kilku lat ukazują się w prasie zachodniej różne jego oświadczenia. A m.in. "rugające" władze i system sowiecki. Również w "samizdacie" krążącym rzekomo po Sowietach. Wprawdzie wiemy o tym także li tylko ze źródeł zachodnich korespondentów, gdyż słynny dziś "samizdat" w oryginale do nas nie dociera. Ostatnio była np. wiadomość, że wydrukowano tam obronę amerykańskiej stacji radiowej "Liberty" nadającej z Monachium. Zaraz potem inna, że było to wystąpienie Sołżenicyna. przez niego podpisane. Prawie jednocześnie ukazała się miażdżąca krytyka działalności Cerkwi prawosławnej w Moskwie, w której Sołżenicyn zarzuca Patriarchatowi, że jest zaprzedany władzom, że nie broni prześladowanej wiary, lecz pozostaje ślepym narzędziem partii... Choć za podobne wypowiedzi aresztowano niedawno i surowo ukarano kapłanów prawosławnych w Sowietach... Szczególnego rozgłosu nabrały oczywiście okoliczności związane z nadaniem Sołżenicynowi literackiej nagrody Nobla.

DZIWNA PLĄTANINA...

Ogromna nagroda pieniężna skierowana została na życzenie laureata do banku szwajcarskiego. Natomiast dyplom i medal miał przywieźć do Moskwy (czy Riazania?) stały sekretarz szwedzkiej akademii, Gerow, i tam wręczyć laureatowi w jego prywatnym mieszkaniu. Niespodziewanie rząd sowiecki odmawia panu Gerow[owi] wizy wjazdowej.

Dzieje się to w r. 1972, czyli dwa lata po głośnym odznaczeniu Sołżenicyna. Wywołuje kolejną sensację. Odmowa wizy jest zupełnie niezrozumiała z ewentualnego stanowiska rządu sowieckiego. A raczej: paradoksalna. Jeżeli bowiem chciał uniknąć rozgłosu wokół nazwiska "Sołżenicyn", i obawiał się jego popularności w Rosji, posiada w ręku wszystkie środki, ażeby temu zapobiec. Po prostu wystarcza naciśnięcie guzika odnośnej kontroli prasowej i żadna gazeta sowiecka nie piśnie słówka ani o przyjeździe p. Gerowa, ani o Sołżenicynie, ani o wręczaniu mu czegokolwiek. Natomiast idealnie przemilczanej ceremonii staje się zadość i – "po całym krzyku"... na Zachodzie. Po dwóch dniach nie byłoby o czym mówić.

Rząd sowiecki postępuje odwrotnie. Przez odmowę wizy rozpętuje dopiero "krzyk" prasy i radia całego świata! Sołżenicyn jest znów na ustach wszystkich. Sam on wysyła depeszę do Sztokholmu... – nawiasem, trudno sobie nawet wyobrazić: idzie na pocztę, płaci i wysyła tekst zagranicę, że: "Związek Sowiecki okrywa się hańbą przez tę odmowę wizy!"? Ale zaraz ogłasza nowe oświadczenie zagranicą, że przekazanie dyplomu jest pokrzyżowane ostatecznie ,,i nieodwołalnie", wobec czego zapisuje go w testamencie synowi... Akademia Szwedzka proponuje w zamian wręczenie dyplomu i medalu w siedzibie ambasady szwedzkiej w Moskwie. Wówczas Sołżenicyn znowu depeszuje do Sztokholmu. Tym razem jednak jakby sam był – rządem sowieckim... Bo oto nazywa, ni stąd ni zowąd, tę propozycję: "obraźliwą i nierealistyczną", a rząd szwedzki oskarża, iż widocznie ma na względzie "cele polityczne, a nie artystyczne"... Doprawdy trudno się jest połapać w tej plątaninie.

Dlaczego jednak zamiast tego całego gwaru, Sołżenicyn już w r. 1970 nie pojechał zwyczajnie sam do Sztokholmu, abv otrzymać własnoręcznie i nagrodę pieniężną, i dyplom, i medal? Rząd sowiecki mu tego nie wzbraniał.

UKOCHANY SSSR!

Z czego właściwie Sołżenicyn żyje? Tego nikt nie wie dokładnie. W gazetach zachodnich były słuchy, że gnieździ się w garażu. Prawie jednocześnie, że sprowadza z zachodniej Europy części zapasowe do swego prywatnego samochodu. Potem, że jest nauczycielem matematyki w Riazaniu. Żyje, wykłada i pisze książki w najgorszych z wyobrażalnych warunków biedy, wystawiony na ciągi; szykany władz. Ale ponoć dawno już przestał być nauczycielem. Z czego żyje? Książek mu w Sowietach nie wydają, w czasopismach nie drukują. Honorariów gromadzących się na Zachodzie nie rusza. Więc? Tylko z pomocy przyjaciół. Pracuje, masę czyta, tworzy jedno po drugim obszerne dzieła. Z tego by wynikało, że w Sowietach jest dużo ludzi niezależnych, bogatych, samodzielnych, a nade wszystko odważnych. Którzy nie obawiając się żadnych represji wspierają go, nie przymierzając coś, jak Józefa Mackiewicza na emigracji polskiej...

Ale poza wszystkim fenomen Sołżenicyna nie ma sobie równego w półwiecznej praktyce historii sowieckiej. Oto szykanowany pisarz, nie mogący w swej sowieckiej ojczyźnie wydawać książek, .prześladowany na każdym kroku, przedstawiający upiorne oblicze tej ojczyzny w dziełach wydawanych na Zachodzie – jednocześnie kocha to sowieckie więzienie do tego stopnia, że nie zamieniłby [go] na wszystkie skarby wolności. Woli w nim cierpieć upokorzenia i nędzę, niż być milionerem w wolnym świecie. Bo w międzyczasie, pomijając już nagrodę Nobla, gromadzące się w szwajcarskich bankach honoraria jego, sięgają ponoć milionów. Nie, on woli wyrzec się tych milionów i pozycji czczonego pisarza, i samego pisania, tworzenia na wolności – byle nie wyjeżdżać za granicę Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich... I do tego stopnia boi się tej zamiany, że choć nie robiono mu przeszkód i nigdy nie powiedziano, iż mu się cofnie za to pozwolenie powrotu – odmówił wyjazdu do Szwecji tylko ze strachu przed wyimaginowanym widmem takiego cofnięcia. Jeżeli się zestawi nieprzeliczoną liczbę tych wszystkich, którzy ,,wybierali wolność" nieraz z narażeniem życia, za cenę jednej tylko, nagiej wolności od bolszewizmu, z ceną jaką płaci Sołżenicyn byle w nim pozostać – musimy się zgodzić, iż mamy do czynienia z objawem patriotyzmu sowieckiego o nasileniu fenomenalnym. Nie ma też analogii do postawy Pasternaka. Pasternak był człowiekiem starym i można od biedy (choć z trudem) zrozumieć jego niechęć do "tułaczki", do samej procedury pakowania walizek. Sołżenicyn jest bez mała o 30 lat od niego i młodszy.

Wolno wszystkim, kto chce, podziwiać to "patriotyczne" zaparcie. Osobiście upraszam tylko o mały dla siebie margines, iżby mi wolno było dostrzegać, że – "coś jest tu nie i tak"... Konkretnie: widzieć w tym splocie raczej zagadkę.

Naturalnie, nie mnie prawować się z Sołżenicynem. Gdyby o mnie chodziło, wyrzekłbym się wszystkich jego milionów, byle nie wracać do komunistycznej ojczyzny. Wyrzekłbym i się i widoku zsowieciałego Wilna, i uregulowanej Wilii, i zelektryfikowanych kołchozów, i znacjonalizowanych lasów, i nawet szemrzących, chyba po staremu, kłosami żyta skolektywizowanych pól; a nawet, nawet tego jedynego u nas powietrza ( tchnącego zapachem sosny i wrzosowisk, które ostało w marzeniach... Czy śp. Hemar nie kochał ponad wszystko Lwowa? A przecież za nic na świecie nie zamieniłby Londynu na sowiecką karykaturę rodzinnego miasta. Chcą nam w prasie zachodniej wmówić, że Sołżenicyn tak kocha "Rosję". Której nigdy nie widział, znając jedynie ten "raj" (pamiętam popularne od r. 1920 tytuły w gazetach), w który przeistoczył ją bolszewizm. Czy Bunin, sam laureat Nobla, czy inni wielcy pisarze, artyści, uczeni rosyjscy – jeżeli o wolność Rosji chodzi – nie uważali, że więcej można dla niej zdziałać na emigracji, niż gnijąc w Sowietach...Ale to już temat zahaczający o politykę. A chcemy mówić wyłącznie o "zagadce".

CIOTKA SZCZERBAKOWA

Nie, o gniciu nie ma mowy. Sołżenicyn ze środków, nad źródłem których prasa zachodnia się nie zastanawia, dysponuje z Moskwy, administruje, rozporządza, depeszuje, telefonuje, koresponduje intensywnie. Swemu adwokatowi w Zürichu, panu Fritz[owi] Heeb[owi], poleca interweniować u Macmillana w Londynie, aby ten nie wydawał jego "Biografii", której autorami są David Burg i George Feifer. Wkracza w spór pomiędzy wydawcami monachijskimi: Langen Müller Verlag i Luchterhand Verlag, przyznając temu ostatniemu prawa pierwszeństwa na wydanie swej książki Sierpień 1914.

Dieter Steiner, reporter hamburskiego "Sterna", podejmuje w r. 1971 poszukiwania w Sowietach. Nie pisze, dlaczego nie udało mu się zobaczyć z samym Sołżenicynem. Ale dotarł aż w pobliże Kisłowodzka, do miejscowości Gieorgijewsk, gdzie mieszka 82-letnia Irina Szczerbakow, ciotka Sołżenicyna. Samotna, zgarbiona, prawie oślepła. Izba 2 na 3 metry, podłoga z klepiska, wapnem bielone ściany. Żelazne łóżko, ikona w rogu, pies "Drużok" śpi pod łóżkiem. Olbrzymi, "ruski" piec, blaszane naczynia, stołek. Z zasiłku państwowego otrzymuje ona 10 rubli miesięcznie. Sania, tzn. Aleksander – powiada – dosyła jej jeszcze 15 rubli. W rogu stoi woreczek mąki. Steiner, co widać z jego relacji, nie bardzo się orientuje w rosyjskiej przeszłości. Trochę plącze pojęcie wzbogaconych kułaków i kupców milionerów z "wyższymi sferami" dawnego stanu szlacheckiego Rosji. Mieli pieniądze, dużo pieniędzy kiedyś, opowiada ciotka Irina. Rodzinne stosunki opisane w Sierpniu 1914, to stosunki ich rodziny. Mieli rolls-royce'a, a jakże, których w Rosji było wtedy dziewięć sztuk. Ale Sania urodził się dopiero w r. 1918. Żona, Natasza, Żydówka, porzuciła go, gdy został aresztowany. Później, w r. 1956, znowu się mu narzuciła, i zwaliła na kark razem ze swoją matką i siostrą. Ale on ostatnio znalazł sobie młodszą i z nią się żeni, a z tamtą rozwodzi. W r. 1970 mieszkał istotnie w Riazaniu. 180 km od Moskwy. – "Tego, aby znajdował się on w ciężkich warunkach materialnych – pisze Steiner – Irina Szczerbak [Szczerbakow?] potwierdzić mi nie może. Przeciwnie, żyje, mówi, jak kiedyś żyli zamożni mieszczanie. Regularnie jeżdżą z żoną do Moskwy na koncerty i do teatrów".

Sołżenicyn ma widocznie łatwy dostęp do czasopism zagranicznych, którego przeciętny obywatel nie ma. Bo zaraz po tym dowiadujemy się o jego nowym, kolejnym oświadczeniu: Wszystko łgarstwo! Żaden reporter "Sterna" z moją ciotką nie rozmawiał! Zresztą miejscowość jest zakazana i niedostępna dla cudzoziemców. Byli u niej ubiegłej jesieni pracownicy sowieckiej agencji prasowej "Nowosti", od których reporter "Sterna" coś zapożyczył. Oświadczenie jest zresztą dosyć mgliste, a zakończone zapowiedzią, że teraz zbiera materiały i opracowuje nową książkę: Październik 1916.

WYWIADY AMERYKAŃSKIE

"Po raz pierwszy od dziesięciu lat – głosi reklama – Sołżenicyn złożył osobiste oświadczenie", udzielając wywiadu "Washington Post" i "New York Times". "Wokół mojej rodziny – oświadcza Sołżenicyn – utworzono rodzaj zabronionej, zatrutej strefy". Z instytutu wyrzucono jego żonę z posady; wbrew prawom, gdyż była w ciąży. Ktokolwiek do niego zajdzie czy zajedzie, jest później inwigilowany. Gdy odwiedził go Heinrich Böll z zachodnich Niemiec (nawiasem dodać wypada: persona grata w Sowietach), to samochody z agentami "Bezpieczeństwa" stały po dwóch stronach ulicy. Przez 24 godziny na dobę podsłuchiwany jest jego telefon... – (Więc jednak Sołżenicyn posiada mieszkanie z prywatnym telefonem... Okoliczność, która w dziennikarzach amerykańskich nie budzi, oczywiście, zastanowienia.) Kontrolowana jest cała jego korespondencja. Wysyła się agentów za granicę, ażeby przeszkodzić wydawaniu jego książek... Przyaresztowano i skonfiskowano wszystkie jego archiwa...

To oświadczenie Sołżenicyna wydaje się znów zagadkowe. Dlaczegoż nie skonfiskowano raczej wszystkich rękopisów, co by niewątpliwie opłaciło się taniej, niż wysyłanie następnie agentów za granicę dla przeszkodzenia w publikowaniu?... Okazuje się jednak z dalszych słów Sołżenicyna, że tajna policja sowiecka, rozporządzająca taką masą agentów, szpiclów i konfidentów, jest wobec niego bezradna. Bo nastały czasy "samizdatu", bo jego książki ukazują się w całym świecie... Tak jest, "po XX i XXII Kongresie Partii jest inaczej niż było..."

Wobec tego postanowiono go zniszczyć metodą "szeptanych oszczerstw za zamkniętymi drzwiami". Ale, powiada, "żyjemy w nowych czasach, innych czasach"... I Sołżenicyn dowiaduje się o tych oszczerstwach, z których najpopularniejszym sformułowaniem jest: "zdrajca ojczyzny"... Tak np. oskarżono go, iż rzekomo przemycił na Zachód rękopis książki Oddział chorych na raka w podwójnym dnie walizy. Ten "nonsens", jak go nazywa, ma służyć za dowód, że jest "zdrajcą ojczyzny". I że dostał Nobla jako judaszowe za to srebrniki. A przecież przez to samo, powiada, obniża się wartość tej samej nagrody dla takiego komunistycznego pisarza, jak Pablo Neruda, który dostał Nobla w r. 1971...

Najbardziej zaskakujące wydaje mi się znowu oświadczenie Sołżenicyna na zapytanie o jego pieniądzach na Zachodzie. Odpowiada bowiem, że ministerstwo handlu zagranicznego zawiadomiło go, iż wszelkie zawierane przez niego transakcje zagraniczne podlegają temu ministerstwu, a on ma otrzymywać z tego jedynie pewien procent... – Jakże to? Książki zakazane, napiętnowane jako "zdrada ojczyzny sowieckiej", będą administrowane, manipulowane za granicą przez sowieckie ministerstwo?!

CZY ISTNIEJE SOŁŻENICYN?

Z niezwykłą tezą, że "Solżenicyna" nie ma w ogóle na świecie, wystąpił wybitny pisarz i historyk rosyjski, Mikołaj Uljanow, w wielkim artykule w "Nowym Russkim Słowie" z 1 sierpnia 1971, w Nowym Jorku – o czym wspominał już M. K. Pawlikowski (Patrz "Okno na Rosję", nr 1348 "Wiadomości"). Uljanow twierdzi, iż rzekoma "autobiografia" Solżenicyna jest fałszywa. Oficerów podczas wojny nie zsyła się za przestępstwa do łagru, lecz do "karnych rot". Nie mógł być wiec w łagrze, o którym napisał w Jednym dniu... Nie leczył się na raka w Taszkiencie. Nie był w "szaraszce". którą opisuje w swej książce Krąg pierwszy, gdyż trafiali tam wyłącznie specjaliści o najwyższych kwalifikacjach, a on był zaledwie ukończonym studentem. – Kto widział w ogóle żywego Sołżenicyna? – zapytuje Uljanow.

Pytanie ryzykowne. Zgadzam się że fotografie niczego nie dowodzą. I że cała strategia, która uniemożliwiła konfrontację w Sztokholmie, może wzbudzać poważne wątpliwości. Ale trzeba by zapytać wspomnianego korespondenta "Washington Post". A Heinrich Böll, o odwiedzinach którego wspomina sam Sołżenicyn? A sprawozdanie z obrad Związku Pisarzy Sowieckich, w których Sołżenicyn brał osobiście udział? Wprawdzie przedostało się ono drogą bardzo okólną – to prawda – jednak, czy Uljanow uważa je również za fałszywe? Ze względu właśnie na tę "drogę" rzecz nie byłaby, w zasadzie, wykluczona. Ale to jeszcze nie dowody, że Sołżenicyn nie istnieje. Wiele z refleksji Uljanowa wydaje mi się słuszne. Podzielam w zupełności jego sceptycyzm, jeżeli chodzi o nieomal histeryczne przywiązanie Sołżenicyna do Związku Sowieckiego, którego nie chce opuścić za żadne skarby świata. Słusznie też Uljanow przypomina: Terc, Arżak. Amalrik i inni, za wydawanie za granicą książek bez sowieckiej cenzury, zostali aresztowani, skazani i uwięzieni. Podczas gdy Sołżenicyn...

Natomiast trudno się zgodzić, że książki Sołżenicyna zawierają szczegóły, które opisać by mógł tylko specjalista danej dziedziny. Stąd Uljanow wyprowadza wniosek, że ,,Sołżenicyn" to nie autor, lecz instytucja kolektywna, w której strona fachowa powieści opracowywana jest przez grono specjalistów różnych dziedzin. Są jednak błędy w książkach Solżenicyna, których "ekspert" nie powinien był popełniać. Niektóre prawie "sienkiewiczowskie". Ale Sienkiewicz dalekim był fizycznie od wojen XVII w. Podczas gdy Sołżenicyn był cztery lata oficerem na froncie!

W opowiadaniu Sołżenicyna Zdarzenie na stacji Kreczetowka nie tylko "ostatnie liście dębu" spadają w październiku, choć jak wiadomo, na dębie trwają zwiędłe przez całą zimę i opadają dopiero na wiosnę... Ale ponadto konie wojskowe w wagonach towarowych ustawiane są nie łbami, lecz zadami do środka wagonu. Natomiast każdy, włącznie do 10-letniego chłopca, który kręcił się kiedykolwiek "przy wojsku", wiedzieć będzie, że to szczery absurd. Nie mówiąc już o oficerach kawalerii, artylerii, czy konnych taborów piechoty.

W ostatniej powieści Sierpień 1914 generał niemiecki siedząc głęboko w aucie – gdy raptem wyskakuje na wzgórze przed nim konno oficer rosyjski – od razu ze swej pozycji i odległości dostrzec może na jego naramiennikach dystynkcje rangi, i z miejsca przemawia doń per: "panie pułkowniku"... Abstrahując już od reszty sceny zupełnie nieprawdopodobnej Takich niefachowych epizodów jest u Solżenicyna dużo.

Być może szczytowym przykładem naiwności jest w tej samej powieści tenże młody pułkownik Worotyncew. Przedstawiony jako główny bohater-rezoner, jedyna trzeźwa i światła głowa w chaosie klęski 2-giej armii Samsonowa. Jest wszędzie, widzi wszystko. I oto już po klęsce, Worotyncew bierze udział w naradzie w głównej kwaterze naczelnego wodza, w. ks. Mikołaja Mikołajewicza. Wykładając przyczyny pogromu armii, dostrzega je w wyczerpaniu długimi marszami i w braku zaopatrzenia – zanim jeszcze weszła do akcji. I powiada: trzeba było przed wybuchem wojny, skoro z tego miejsca zaplanowano uderzenie, zbudować szosy do punktu wyjściowego, i na samej granicy skomasować zawczasu wielkie składy zaopatrzenia i amunicji. Że to by zdradzało przed nieprzyjacielem, również "zawczasu", cały plan strategiczny i główny kierunek zamierzonego uderzenia, nie przychodzi temu strategowi do jego jasnej głowy. Osobiście, czytając, odczułem niejaką ulgę, gdy w końcu w. książę wyprosił tego młodego geniusza za drzwi. W powieści wszakże miało to oznaczać zlekceważenie przez starych pryków-generałów ożywczej inwencji młodego ducha... Nie, w trust mózgów opracowujących książki Sołżenicyna nie wierzę. Jakże jednak tłumaczy to Uljanow?

Wszystko dla pieniedzy?

Po krotce tak: w głębinach KGB powstał pomysł stworzenia, na podobieństwo innych specjalności, "literackiej szaraszki" o zasięgu światowym. Np. pracuje już taka w dziedzinie jurydycznej: "Injurkollegium". łączące najwybitniejszych prawników, którego macki sięgają do wielu krajów świata. Działa w "obronie" sowieckich obywateli i sowieckich interesów cywilnych. głównie w sprawach spadkowych itp. Wypompowuje masę pieniędzy z Zachodu. Dlaczego by również nie pompować z literatury? Uljanow przytacza na dowód działalność tajemniczej postaci: Wiktora Louisa, który sprzedał za 700 tysięcy dolarów "Pamiętniki Chruszczowa". Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że to fałszerstwo. Choć dobra fabrykacja. Podobnie fabrykuje się "powieści Solżenicyna". A chodzi już o grubsze pieniądze. Za Sierpień 1914 dawano np. do 2 milionów.
Ależ przecież są one antysowieckie z tendencji!
Nie są one tak dalece antysowieckie jak się wydają – odpowiada Uljanow. Zresztą inne nie miałyby powodzenia. Poza tym formalnie są tylko "antystalinowskie".

Formalnie, niewątpliwie. Nawet Krąg pierwszy. Ale w tej świetnej, z talentem napisanej powieści, ukazane jest właściwe oblicze systemu, i czytelnik sam dochodzi do wniosku, że tu nie tylko Stalin jest źródłem zła. Może dlatego nawet Krąg pierwszy cieszy się wśród koncyliacyjno-koegzystencjonalnych sfer Zachodu i "postępowej awangardy", najmniejszym powodzeniem. Poza tym teza Uljanowa, gdyby nawet teoretycznie była możliwa, upada z chwilą, gdy twierdzi, że celem głównym rzekomej afery jest wypompowywanie pieniędzy. Ten rachunek nie może się zgadzać. Cóż znaczy bowiem zysk paru milionów, wobec setek milionów, które rząd sowiecki od zawsze wydawał i wydaje na propagandę prosowiecką, prokomunistyczną w wolnym świecie. Ciągnąć więc pieniądze z propagandy antysowieckiej, by łatać nimi część propagandy prosowieckiej – wydaje się zgoła absurdem. W tym kontekście zagadki Sołżenicyna rozwiązać się nie da.

Pozostaje jedyny punkt z twierdzeń Uljanowa, o który by się można zaczepić. Pisał też już o tym Pawlikowski. Mianowicie reakcja wśród emigracji rosyjskiej.

W tym miejscu trzeba by przypomnieć, że w odróżnieniu od emigracji polskiej, rosyjska dotychczas nie uznawała doktryny: "jednej literatury". Nawet najznakomitsze dzieło, Cichy Don Szołochowa, traktowano, normalnie, jako "sowiecką" literaturę, w odróżnieniu od "rosyjskiej", przedkomunistycznej, przeniesionej następnie na emigrację. U nas, typowy produkt peerelowski, jak Popiół i diament Andrzejewskiego (oficjalnie: "pierwszy utwór obrazujący rewolucyjne przemiany w Polsce"), od początku uznany został na emigracji nieomal za perłę "literatury polskiej"; a dziś już nawet i prasa komunistyczna PRL pomału zaczyna być traktowana w jednej płaszczyźnie z emigracyjną. Natomiast w emigracji rosyjskiej niejaki wyłom zarysował się dopiero od czasu Pasternaka. Nie porównać jednak z patriotycznym entuzjazmem, który wywołały książki Sołżenicyna. Po raz pierwszy mówi się już powszechnie (pogołowno!) o odrodzeniu "rosyjskiej" literatury, która się "tam" tworzy. Słusznie zauważa Uljanow, ile wart był w sensie podkupienia opinii, już jeden głośny casus: "Bóg" z dużej litery! Jednak ten cel, sam w sobie, mimo wielkiego znaczenia, jakie mają emigracyjne kontra ustroje komunistyczne w kraju [tak w oryginale! - K.K.], nie wydaje się wystarczający dla montowania aż tak zawiłej, a zwłaszcza obosiecznej, afery.

Wspomniane już wielokrotnie oszukiwanie "liberalizmem" tych, którzy chcą być oszukani na Zachodzie, owe kokietowanie "nowymi czasami", o których zresztą sam Sołżenicyn ciągle powtarza – byłoby w tym wypadku przeprowadzane ze zbyt małą konsekwencją, jeżeli się zważy na przytłaczające przykłady tych, którzy z takich przywilejów jak Sołżenicyn nie korzystają. Więc na czym polega zagadka Sołżenicyna?

Nie wiem. Jestem zdania, że nie rozwiązał jej też Uljanow. Nie wysuwam żadnej hipotezy. Rzuca się w oczy, że "coś jest tu nie tak..." Ale dlaczego? pozostaje na razie tajemnicą. Zapewne tak długo, aż komuś będzie zależało na jej rozwiązaniu. Takich dziś właściwie nie ma.

 

Zob. polemikę Józefa Łobodowskiego

 

powrót

 

strona główna