powrótstrona główna

 

"Wiadomości", 1955, nr 27 (483); zmodyfikowałem nieco pisownię i interpunkcję – K.K.

Józef Mackiewicz

NA ZIEMI PŁONĄCEJ NIENAWIŚCIĄ

W r. 1950 powstał w Monachium rosyjski Instytut Badania Historii i Kultury ZSRS. Od tego czasu, głównie staraniem jego założyciela i obecnego dyrektora B. A. Jakowlewa, Instytut rozrósł się w wielopiętrową (dosłownie) organizację, zatrudniającą licznych pracowników naukowych, głównie spośród drugiej emigracji rosyjskiej, tzn. przeważnie ludzi znających rzeczywistość sowiecką z własnego doświadczenia. Wśród wydawnictw Instytutu znalazłem jedną z najciekawszych rzeczy, jakie udało mi się czytać o drugiej wojnie światowej. Jest to studium Karowa o ruchu partyzanckim w Rosji w latach 1941-1945 (D. Karow, Partizanskoje dwiżenije w SSSR w 1941-1945 gg., Institut po Izuczeniju Istorii i Kultury SSSR, Issliedowanija i matieriały (sierija I, nomier 11), Monachium 1954). Tym ciekawsze, że z wielu względów historia tego, co się działo na terenie Rosji okupowanej przez Niemców, należy do najbardziej drażliwych tematów w literaturze wojennej.

Muszę przy tej okazji powiedzieć, że im relacje są bardziej "suche", pozbawione literackiego zacięcia, tym lektura ich wydaje mi się bardziej pasjonująca. Bo nie fantazja i talent, nie tendencja polityczna jest rzeczą najciekawszą w życiu, ale prawda. Praca p. Karowa, choć nie pozbawiona pewnej tendencji, jest sucha. A choć nie odsłania całej prawdy, odsłania spory jej rąbek.

Zamglone pojęcie "wroga"

Tezą obecnego antysowieckiego ruchu rosyjskiego na emigracji jest, że "wróg [Hitler] pobity został przez rozbudzony narodoworosyjski patriotyzm mas". (Autor podkreśla to zarówno we wstępie, jak kilkakrotnie w tekście). Jest to teza zbliżona do głoszonej od dawna, że błędy Hitlera w Rosji zjednoczyły wszystkich przeciwko niemu. I oto – co jest rzeczą najbardziej rewelacyjną – materiał zgromadzony w książce Karowa przeczy tej, urzędowej niejako tezie.

Już z pierwszych stron książki wynurza się niespodziewane a sensacyjne pytanie: kto tu w ogóle podpada pod pojęcie "wroga", skoro nie tylko na początku wojny, ale i przy jej końcu, przytłaczająca większość ludności sympatyzowała raczej z najeźdźcą niż z tym, który z tym najeźdźcą walczył? Zapoznajemy się z następującymi cyframi. W okupowanej przez Niemców Rosji "przeciwników Niemców" było (dane ze wsi): okręg leningradzki – 14%; Ukraina – 9%; Krym – 9%; Don i Kubań – 4%; Kaukaz północny – 4% i tylko Białoruś – 20%. W miastach procent ten był nieco wyższy, nigdzie jednak nie przekraczał 50% (w Leningradzkim 46%), podczas gdy ilość "przeciwników bolszewików" wynosiła 51-87% ludności, przy nieznacznym procencie "obojętnych".

Autor przypisuje wzmożenie ruchu partyzanckiego przeciw Niemcom na okupowanych terenach Rosji nie tylko błędom polityki niemieckiej, ale (znowuż zgodnie z tezą ogólną) wzrostowi patriotyzmu rosyjskiego. Z podanej przez niego tabeli wynika, co następuje. Na północnym odcinku działało 500 oddziałów partyzanckich w sile – 20 000, na środkowym odcinku – 1800 oddziałów w sile 110 000, na południu (razem z Krymem) – 800 oddziałów w sile 55 000 ludzi. A zatem razem – 190 000 partyzantów. Tymczasem w r. 1943 na terenie jednej tylko 3. armii niemieckiej w rejonie Witebska znajdowało się od 20 000 do 25 000 uzbrojonych obywateli sowieckich (tzn. 2,5% ludności), którzy brali czynny udział w walce z czerwonymi partyzantami. Ogólna zaś liczba obywateli sowieckich na terenach okupowanych, którzy z bronią w ręku walczyli po stronie niemieckiej, nie malała, ale wzrastała. Autor przytacza następujące cyfry: lato 1942 – 500 000; lato 1943 – 800 000 do 1 000 000; jesień 1944 – 1 200 000, pomijając ROA. (Russkaja Oswoboditielnaja Armija) gen. Własowa. Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę nie zawsze polityczne motywy, które skłaniały ludzi do zajęcia takiego stanowiska (chociaż po drugiej stronie czynnik analogiczny – przymusowy werbunek do partyzantki – działał również) i nawet jeżeli przyjmiemy że cyfry te zostały przesadnie zaokrąglone, to jednak wliczając uzbrojoną masę ROA. wypadnie stwierdzić, że ilość obywateli sowieckich na terenach okupowanych, biorących czynnie udział w walce z Sowietami, przeważa w nieproporcjonalny sposób 190 000 walczących czynnie z Niemcami.

Wewnętrzna linia podziału wyglądała w praktyce mniej więcej tak. Rejon proletariacki okręgu rostowskiego; ogółem ludności 30 000, w tym 80% kołchoźników. Przed wkroczeniem Niemców zmobilizowana ludność wynosiła – 12%; ewakuowani członkowie partii, urzędnicy, pracownicy stacji motorowo-traktorowych, sowchozów itd. – 2%. Pozostało pod okupacją niemiecką: stronników władzy sowieckiej – 4%, przeciwników władzy sowieckiej – 66%, obojętnych – 30%.

Inteligencja to główne oparcie ustroju sowieckiego

Do kategorii wiernych filarów ustroju sowieckiego pod okupacją niemiecką należała przede wszystkim ta część biurokracji, która bądź nie zdążyła się ewakuować, bądź też pozostała na miejscu na wyraźny rozkaz partii; w tej liczbie oczywiście spory odsetek członków partii i komsomołu. Jeżeli chodzi o masy robotnicze w miastach, zachodziło charakterystyczne zróżniczkowanie: im robotnik był bardziej wykwalifikowany (tym samym należał do uprzywilejowanych), tym gorętszym pozostawał stronnikiem władzy sowieckiej. Robotnicy średnio wykwalifikowani nastrojeni byli w większości proniemiecko. Natomiast masa robotników niewykwalifikowanych z reguły witała Niemców jako wybawicieli.

Inaczej było z inteligencją. Ta, z małymi wyjątkami, nastawiona była wrogo do okupanta niemieckiego i z reguły trzymała stronę sowiecką. W niektórych wypadkach z pewną przymieszką patriotyzmu rosyjskiego. W każdym jednak razie stanowisko inteligencji było bardziej jednolite i zdecydowane niż na przykład drobnych pracowników administracji. Rzecz charakterystyczna dla współczesnego ustroju sowieckiego, który mieni się być "dyktaturą proletariatu", a nie ma właśnie poparcia proletariatu. Potwierdza też obserwacje późniejsze – a może też stanowić klucz do rozeznania się we współczesnych okupacjach sowieckich, gdzie coraz jaśniejsze się staje, że główną podporą nowego ustroju komunistycznego nie są robotnicy i oczywiście nie chłopi, ale (z tych czy innych względów) inteligencja.

Początki krwawego chaosu

W zgromadzonym przez Karowa materiale trudno dopatrzeć się dowodów patriotycznego odruchu narodowego, który miał się stać pośrednim sojusznikiem sowieckim w walce z Niemcami. Naturalnie autor musiał dostrzec sprzeczność pomiędzy swoją tezą a zebranym przez siebie materiałem faktycznym. Dla wyjaśnienia jej ucieka się do licznych komentarzy, z których wszakże żaden nie jest w stanie obalić wymowy zestawienia cyfrowego. Pozostaje wrażenie powszechnej straszliwej wojny domowej, wojny częstokroć prowadzonej na kilka frontów, a tak zazębionej wzajemnie i powikłanej, jak te gęste krzaki i dzikie knieje, w których najczęściej się rozgrywa. Czasem po prostu nie chce się wierzyć, że to wszystko mogło się dziać w samym środku XX w. w czasach kiedy po raz pierwszy użyto broni atomowej.

Ostateczne zwycięstwo Sowietów stworzyło na świecie (a w znacznym stopniu i w opinii polskiej) przekonanie o ich niezwykłych zdolnościach przewidywania oraz przenikania ich agentów. Rzeczywistość była odwrotna. Sowiety dały się zaskoczyć wojnie w sposób graniczący z naiwnością. Ich służba wywiadowcza i NKWD najfatalniej nie zdały egzaminu. Dotyczy to również nie przewidywanych w Moskwie możliwości akcji partyzanckiej. Wprawdzie w obliczu pogromu Stalin już 3 lipca 1941 wygłosił mowę, w której wezwał całą ludność do walki z okupantem, ale centralna organizacja tej walki powstała znacznie później. Pierwsze oddziały partyzanckie zorganizowały się samodzielnie i dopiero po upływie miesięcy, a czasem lat, uzyskały kontakt z utworzonym tymczasem Centralnym Sztabem Dywersji w Moskwie. Jak to mniej więcej wyglądało praktycznie w terenie, można zobaczyć na przykładzie jednego z pierwszych oddziałów.

Dyrektor dużego przedsiębiorstwa państwowego w Witebsku Sokołow nie zdążył uciec i wraz z rodziną ukrył się w niedostępnych lasach w okolicy Suraża. Napotkał tam wielu rozbitków czerwonej armii oraz błąkających się członków partii, którzy żyli w strachu nie tylko przed Niemcami, ale i przed ludnością okoliczną. Zorganizował komitet, później sztab i oddział. Pierwszym działaniem był napad na wieś Borki. Przeprowadzono rekwizycję żywności i ubrań. Ale przede wszystkim: 1) rozstrzelano na oczach spędzonych mieszkańców wszystkich chłopów, którzy witali Niemców; 2) znęcano się, a następnie zamordowano kilku policjantów nowej władzy, oraz 9 wziętych do niewoli żołnierzy niemieckich.

Podczas gdy rodziny wymordowanych zaprzysięgły śmiertelną zemstę partyzantom, Niemcy, wkroczywszy do wsi i zastawszy w niej straszliwie zmasakrowane zwłoki swoich żołnierzy, zastosowali drakońskie represje wobec Bogu ducha winnej ludności. W rezultacie, kto bardziej ucierpiał od partyzantów, ten szedł ich tępić i wydawać w ręce Niemców, a kto bardziej ucierpiał od Niemców, ten szedł do partyzantów i z kolei wydawał tych, którzy z Niemcami trzymali. Krwawa granica poczęła przebiegać w łonie samej ludności. Ale nie była to granica stała. Dalszy rozłam dokonywał się w zależności od późniejszych wypadków i bardziej świeżych krzywd, doznanych od jednej lub drugiej strony. Z oddziałów partyzanckich uciekali ludzie skrzywdzeni osobiście lub z nienawiści do terroru partyjnego. I odwrotnie: ludzie spod Niemców, pod wpływem ich okrucieństw, przechodzili na stronę partyzantów. A obydwie strony mściły się coraz straszliwiej.

Jeżeli chodzi o brygadę Sokołowa, koniec jej był nie mniej znamienny. Zadufany w sobie, dokonał napadu na miasteczko Janowicze. Plan ataku był opracowany bardzo skrupulatnie. Ale nie był w stanie zapobiec jednemu: właśnie temu wewnętrznemu podziałowi wzajemnych porachunków. Tajemnymi kanałami wieść o przygotowaniach dotarła do mieszkańców; ci nie tylko uprzedzili Niemców, ale sami wzięli czynny udział w obronie. Straty Sokołowa wynosiły 60 zabitych i około 100 rannych i wziętych do niewoli.

Centralny Sztab Dywersji

Zaraz po mowie Stalina z 3 lipca 1941. Moskwa próbowała ująć w swoje ręce ogólne kierownictwo akcji partyzanckiej. Cały pas zafrontowy podzielono na trzy odcinki. Północny poddano kierownictwu Żdanowa; środkowy – Ponomarienki (obecnie "poseł" w Warszawie); południowy – Chruszczowa (obecnie pierwsza figura w Moskwie). Żaden z nich nie próbował przedostać się na stronę okupowaną. Dopiero w początku września 1942 wezwano do Moskwy głównych dowódców partyzantki. W tydzień później odbyła się na Kremlu wielka narada z udziałem Bułganina, Malenkowa, Woroszyłowa i Berii. Wtedy to uchwalono powołać do życia Centralny Sztab Dywersji. Początkowo stanął na jego czele generał NKWD Osipow. Później poważną rolę w jego organizacji odegrał Abakumow (niedawno rozstrzelany w sprawie Berii). Wreszcie sam Beria. Wypadki skompromitowały władze NKWD i ukazały ich faktyczną bezsilność na terenach okupowanych, toteż Beria postanowił przywrócić autorytet rzekomo wszechmocnej organizacji, ujmując wszystkie nici we własne ręce.

Powstały szkoły dywersyjne, które w pierwszej połowie 1943 rzuciły za linię frontu około 700 ludzi. W drugiej połowie 1944 liczba tych fachowców osiągnęła już 3000.

Wojna domowa

Oficjalne dane sowieckie, przytoczone przez Ponomarienkę (Partizanskaja wojna, 1943), mówią że już w r. 1943 partyzanci zabili około 300 000 Niemców. Dane te, ogłoszone podczas wojny, jak wszystkie z tego okresu, cechuje niebotyczna przesada. W owym czasie nie było owych 190 000 partyzantów, ale nawet gdyby już byli, każdy fachowiec wie, że w praktyce nigdy 190 000 nie potrafi i zabić 300 000. W teorii jeden pocisk jest w stanie zabić kilku ludzi, w praktyce dziesiątki tysięcy pocisków zabijają jednego człowieka. Tak samo się dzieje, jeżeli chodzi o stosunek ilości żołnierzy.

Rzeczywistość miała jeszcze jedno oblicze: wojna partyzancka, rozpętana przez Centralny Sztab Dywersji, skierowana była nie tyle przeciwko Niemcom, ile przeciwko własnej ludności na tyłach niemieckich i nabrała charakteru nie tyle wojny z obcym najeźdźcą, ile wojny domowej.

Ze strzępów krwawej księgi tych dziejów zacytujemy historię oddziału Grinienki w jarosławskim rejonie majkopolskiego okręgu. Grinienko wprowadził żelazną dyscyplinę, zarówno partyjną jak wojskową. Zaczął od tego, że wszystkich spływających doń rozbitków armii czerwonej poddawał surowym badaniom i przekazywał trybunałowi partyzanckiemu. Wywołało to poważny ferment w szeregach oddziału. Część krasnoarmiejców usiłowała się odeń oderwać. Wtedy Grinienko rozstrzelał 50 ludzi pod zarzutem, że chcą przejść na stronę niemiecką. Jesienią 1942 napadł na osadę Machoszewską. Wymordował w niej wszystkich, na których ciążyło podejrzenie o niesprzyjanie władzy sowieckiej. Zaczem zwołał wiec, podczas którego wezwał mieszkańców do dobrowolnego wstąpienia do oddziału. Tych, co nie chcieli wstąpić, najpierw odłączył, a następnie kazał rozstrzelać. Po czym wycofał się do lasów Kołosowa i stamtąd czynił wypady, terroryzując ludność. W rezultacie wytworzył kompletną pustkę wokół swego oddziału. Zdobywać żywność było mu coraz trudniej wobec wrogiego nastroju mieszkańców. Oddział tajał. Zaszywał się więc, naciskany, coraz głębiej w lasy, skazany na bezczynność. Tymczasem krajowy sztab partyzancki domagał się aktywności, grożąc ze swej strony sądem. Wtedy Grinienko napadł na przemysłowe zakłady drzewne nad rzeką Zeral. Napad krwawo odparto. W odpowiedzi Grinienko zaczął się mścić na ludności. Wzajemne porachunki rozpaliły nienawiść do białości. W tym stanie rzeczy zorganizowani Kozacy przedsięwzięli wyprawę przeciwko Grinience i rozbili go doszczętnie. On sam ledwo uszedł z życiem z kilkunastoma towarzyszami.

"Niezależne kraje"

W wojnie niemiecko-sowieckiej nie było jednolitego frontu. Zastępowały go poszczególne tzw. punkty oporu. Pomiędzy tymi punktami leżały nieraz rozległe przestrzenie dzikich pól, ziemi niczyjej. Ułatwiało to nie tylko swobodę ruchu różnym partyzantkom, ale doprowadziło też do niezwykłych tworów, tzw. "krajów partyzanckich" lub "antypartyzanckich". Wspólną ich cechą były próby usamodzielnienia się: partyzantów – od władzy moskiewskiej, antypartyzantów – od władz okupacji niemieckiej.

Jeden z największych krajów partyzanckich znajdował się w rejonie olbrzymich lasów briańskich. Twórcą jego był sekretarz komitetu wykonawczego partii w dmitrowskim rejonie, niejaki Łomonosow, o przezwisku "Bezportoszny". Panował on samodzielnie na przestrzeni około 1000 km². Zaprowadził swoisty ład odbiegający nieco od systemu sowieckiego. Niemcy nie śmieli wkraczać na jego tereny, zresztą nie mieli do tego powodu, gdyż Bezportoszny czynił wypady prawie wyłącznie przeciwko antysowieckim zgrupowaniom ludności, a Niemców nie ruszał. Zabawiał się w organizację procesów pokazowych, skazując "wrogów ludu", ale "własnych" obywateli traktował wyrozumiale, zdobywając w ten sposób popularność. Naturalnie, po ponownym wkroczeniu bolszewików, cały teren uległ gruntownej czystce.

W trójkącie między Dnieprem i Desną, na północ od Kijowa, powstał "kraj" brygady Naumienki. Był to komunista, który potrafił oszukać Niemców, zostać naczelnikiem ich policji we wsi Oszczytki, a następnie wydawszy w ręce niemieckie sąsiednich naczelników pod pretekstem że są komunistami, opanować władzę na dużym terenie. Usamodzielniwszy się zupełnie, stworzył własną armie liczącą około 7000 ludzi, ale uchylił się od łączności z Centralnym Sztabem Dywersji. Niezwykłość jego armii polegała na tym, że prawie połowa jej składała się z przymusowo zmobilizowanych kobiet kołchoźniczych. Naumienko był fantastą. Zaczął nawet marzyć o stworzeniu niepodległego państwa. W maju 1943 został doszczętnie rozbity przez oddziały kozackie pod niemieckim dowództwem płk von Jungschulza.

Między Orszą, Borysowem i Mohylowem operowała jeszcze bardziej niezwykła grupa: "Czarne Kruki". Krążyły dokoła niej legendy, że walczy jednocześnie z bolszewikami i Niemcami, z partyzantami i oddziałami karnymi. Skąd się wzięła? Nazwa powstała od nazwiska przywódcy Woronowa ("woron" po rosyjsku: kruk). Był to syn znanego chirurga z Moskwy. Przystojny, zawsze schludnie odziany, nie pił, nie palił. Przed wojną pracował naukowo. Dostawszy się podczas wojny do niewoli niemieckiej, uciekł i trafił do oddziału partyzanckiego Linkowa. W grudniu 1942, na czele grupy ludzi, opuszcza oddział i rozpoczyna działanie na własną rękę. Zrażony do wszystkich, atakuje wiosną 1943 Linkowa, wyzwalając z jego obozu przymusowo zmobilizowanych chłopów, i oddaje im zarekwirowane bydło. Następnie wsławia się napadem na oddział karny pod dowództwem niemieckim, wysadzając w powietrze kino w Orszy, gdzie właśnie odbywał się seans dla oficerów i żołnierzy tego oddziału. Ta walka na dwa fronty okazała się w praktyce zbyt ekscentryczna. Woronow zjednał sobie popularność wśród chłopów, ale nie potrafił pociągnąć żadnym konkretnym hasłem. Brzydził się demagogią w okresie, gdy była ona chlebem powszednim. Chciał być idealistą w morzu krwi. Uznany za maniaka i opuszczony w końcu przez wszystkich, zamordowany został w listopadzie 1943 przez agentów Centralnego Sztabu Dywersji.

Do innej kategorii należał "niepodległy kraj" Zujewa w bliskości Połocka. Zujew, jak wszyscy starowierzy, spotykał początkowo Niemców chlebem i solą. Wyznaczony też został przez nich na burmistrza wsi Zaskorki. Gdy w okolicy pojawili się pierwsi partyzanci, Zujew otrzymał od Niemców zezwolenie na zorganizowanie zbrojnego oddziału policji. Następnie rozszerzył go na własną rękę i odparł wszystkie ataki bolszewickiej partyzantki. Wkrótce jednak rozczarował się do Niemców i przestał respektować ich rozkazy. Niemcy skierowali przeciw niemu estoński oddział karny. Było to wiosną 1943. Zujew rozgromił karniaków. Partyzanci zaproponowali mu wtedy współdziałanie. Odmówił. Z kolei Niemcy zaprosili go do Połocka na rokowania. Zujew znowu odmówił, oświadczając że będzie im płacił należne podatki i dostarczał kontyngentów, ale pod warunkiem że zostawią jego "kraj" w spokoju. Niemcy przystali, Zujew panował samodzielnie nad kilkoma wsiami aż do powrotu bolszewików, po czym uciekł na Zachód.

Niejaki Kudria w okręgu połtawskim, starszy porucznik armii czerwonej, otrzymał z Moskwy polecenie zorganizowania oddziału partyzanckiego. Zamiast rozkaz wykonać, ukrył się w domu i chciał wojnę przesiedzieć spokojnie. Poszły jednak donosy do Niemców, i Kudria dowiedział się, że go szukają. Uciekł wtedy do lasów w pobliżu Dikanki i w okolicy ujścia Worskły do Dniepru zorganizował własny oddział, a później opanował cały "kraj". Wkrótce potem zawarł pokątną umowę z Niemcami, żeby go nie ruszali, w zamian za co nie będzie na swój teren puszczał partyzantów. Tak przetrwał do ponownego wkroczenia armii czerwonej.

Na wyróżnienie zasługuje też historia wsi Sapigi koło Głuchowa. Miejscowy sołtys nie stworzył wprawdzie całego "kraju", ale uniezależnił jedną wieś. Sapigi miała przeszło 2000 gospodarstw. Chłopi przybrali groźną postawę, tak że słabe miejscowe już od wiosny 1943 władze niemieckie bały się zapuszczać w jej okolice. Wieś odparła też wszystkie zakusy partyzantów i pozostała "niezależna" aż do przyjścia bolszewików.

Naturalnie jeszcze śmielej poczynali sobie Kozacy nad Donem i na Kubaniu.

Paradoks wojenny

Jesienią 1943 bolszewicy zdobywają Newel. Mordują 90% mieszkańców oskarżonych o współpracę z Niemcami. Wieść o tej krwawej rozprawie, której rozmiary przekroczyły najokrutniejsze z dotychczas znanych, rozchodzi się lotem błyskawicy. Dochodzi wieść, że bolszewicy bombardują z samolotów "wolną partyzancką republikę Rossono" w bliskości Idrycy. Wszędzie wyłapują ludzi z bronią i często rozstrzeliwują własnych partyzantów. Wśród ludności ziem "oswobodzonych" powstaje ferment. I oto dochodzi do szczególnego paradoksu wojennego, że ilość stronników strony zwyciężającej nie rośnie w miarę jej postępu, ale przeciwnie – maleje.

Jeszcze latem, w lasach briańskich, dowódca oddziału partyzanckiego brygady Antonienki, zgłosił się we wsi Wisznice do 312. jednostki niemieckiego kontrwywiadu przyfrontowego pod dowództwem von Rosbacha i oświadczył:
– Od czasu jak tu jestem, w ciągu sześciu miesięcy, ani razu nie dane mi było walczyć z Niemcami. Walczyłem wyłącznie z ludnością rosyjską. Jest pan pierwszy, na którym widzę oficerski mundur niemiecki.

W listopadzie 1944 do komendantury niemieckiej w łotewskim miasteczku Talzin zgłosiło się dwóch wysłanników oddziału partyzanckiego z oświadczeniem, że ich dowódca chciałby nawiązać rokowania w celu włączenia jego oddziału do armii Własowa. Zapytany co oznacza krok tak dziwny, jak przejście na stronę przeciwnika w sytuacji krytycznej (niemiecka grupa w Kurlandii była już wtedy otoczona ze wszystkich stron), Rosjanin odpowiedział:
– Obawa przed rozprawą SMERSZ-u.

SMERSZ (Śmierć szpiegom!) była jak wiadomo ostatnią kreacją NKWD. W stosowaniu represji przelicytowała wszystkie dotychczas znane metody.

Analogiczne wypadki zaczęły się mnożyć wzdłuż całego frontu.

Wnioski

Osobiście oglądałem tę wojnę pozafrontową własnymi oczami. Jednakże z perspektywy lat i po zapoznaniu się z obszernym materiałem dotychczas ogłoszonym drukiem, z pracą Karowa na czele, skłonny jestem do poprawek w swoich na tę wojnę poglądach. O okrutnych metodach niemieckich, o traktowaniu jeńców sowieckich i całej polityce hitlerowskiej, graniczącej z samobójczą prowokacją, napisano już tyle, że pozwalam sobie nie powtarzać powszechnie znanych faktów. Dotychczas skutkom tego swoistego szaleństwa przypisywałem główną przyczynę klęski Hitlera w wojnie z bolszewikami i wciąż twierdzę że zaważyły fatalnie na losach Niemiec. Ale teraz wydaje mi się, że gdyby te metody były mniej okrutne, sytuacja nie uległaby zasadniczej zmianie.

Dajmy przykład. Na Białorusi działał okrutny komisarz generalny Kube (zamordowany 22 września 1943 przez dywersantów sowieckich), ale wszystkie jego okrucieństwa bladły wobec okrucieństw działającego na Ukrainie Kocha. Zdawałoby się więc, że powinno to było wpływać na nastroje ludności. Tymczasem wbrew temu antyniemieckie nastroje ludności na wsi ukraińskiej dają się określić cyfrą 9%, podczas gdy na Białorusi aż 20%.

Dowódca 18. armii niemieckiej działającej na północy, feldmarszałek Küchler, próbował zastosować metody odwrotne niż Koch (aż do nieogłaszania niektórych rozkazów Hitlera włącznie); w rezultacie już na jesieni 1942 przeszło 47 000 b. jeńców sowieckich pełniło czynną funkcję przy ochronie tyłów jego armii. A mimo to nastroje antyniemieckie na terenach okupowanych przez Küchlera były znacznie silniejsze niźli pod rządami Kocha.

Jestem w dalszym ciągu przekonany, że Niemcy mieli zwycięstwo nad bolszewikami w kieszeni już wtedy kiedy zaczynali wojnę. Na jej odwrotnym wyniku zaważyły jednak nie tyle same ujemne skutki metod i polityki hitlerowskiej, ile brak konstruktywnej, pozytywnej polityki, która potrafiłaby zdyskontować olbrzymi dynamizm antysowieckich nastrojów i nadać im konkretną formę.

Narzuca się z kolei wniosek, że u podłoża antagonizmu ludności do władzy bolszewickiej leżał nie jakowyś skrystalizowany "patriotyzm rosyjski", ale nieskrystalizowana, prosta, ludzka nienawiść do bolszewickiego reżymu. Nie należy zapominać, że nastroje antysowieckie utrzymały się do końca, mimo wszelkich okrucieństw okupacji niemieckiej.

Trzeci wniosek wydaje się obalać przesadne utyskiwanie pesymistów na tzw. piątą kolumnę sowiecką na Zachodzie. Piąta kolumna antysowiecka na Wschodzie stanowi siłę wielokrotnie potężniejszą.

Czwarty wreszcie – że przyszła wojna Ameryki z bolszewikami, jeżeli kiedykolwiek do niej dojdzie, z góry przesądza zwycięstwo Ameryki, o ile bomba wodorowa poparta zostanie właściwą... polityką.

Czy ta polityka w każdym calu będzie odpowiadała interesom Polski, pozostawiam do rozstrzygnięcia tym, którzy interes Polski stawiają powyżej ogólnoludzkiego interesu: oczyszczenia świata od bolszewizmu.

powrótstrona główna