powrótstrona główna

 

"Dziennik Poznański", nr 11 z 6 lutego 1921 r. Tekst tego prawdopodobnie pierwszego drukowanego utworu J. M. – jego "najstarszy zachowany przejaw tworczosci publicystycznej" – jak przypuszcza p. Marek Reszuta, który go pieczołowicie przepisał z łamów podniszczonej już gazety i łaskawie nadesłał, zamieszczam bez jakichkolwiek zmian – K.K.

J. M. [Józef Mackiewicz]

LIST ŻOŁNIERZA-KAWALERZYSTY

Kawalerja ma inne metody walki niż piechota. Inną tradycją uświęconą setkami bohaterskich szarż, a przedewszystkiem przejęta jest zupełnie odmiennym duchem żołnierzy. Kawalerzysta kocha nietylko swego konia, mundur i szablę, on kocha to wszystko w ogólnem pojęciu, które w sobie wytworzył – on kocha piękno. Szarża – słowo tak dawno już tkwiące w terminologji wojen, dziś, często wywołuje ironiczny uśmiech na ustach. A przecież dla kawalerzysty jest i obecnie klejnotem wyobrażeń męstwa, jego chwałą, dumą, jego dzieckiem rodzonem. Gdy ułan pędzi na rozszalałym od emocji koniu, gdy gołą szablą ciska tysiące błyskawic wśród równiny zalanej potokami słońca, wsród złotego pyłu, który jak pyszny wschodni muślin otacza i konia i jedźca wśród gwiżdżących kul i granatów pękających z hukiem i nakształt gorących gejzerów roznoszących do góry potoki piasku – wygląda pięknie, nieskończenie pięknie; czuje to ułan całą duszą, każdym fibrem swego organizmu i pędzi naprzód, byle prędzej, byle silniej odczuć rozkosz tej zawrotnej jazdy – upija się szarżą jak wódką i naprzód, naprzód do ostatniego tchnienia. Niema tu strachu, niema wroga, niema nawet śmierci – jest tylko piękno. Cóż go to obchodzi, że go zabiją, jeżeli przeszyty kulą lub pod ciosem błyszczącej stali gdy wyleci mu z ręki szabla i po raz ostatni odbije klingą promienie słońca, a on sam w ostatnim skurczu życia wykręci się na siodle i runie w dół, gdy rumak okryty pianą uniesie go z sobą włócząc za strzemie – to będzie również piękne.

Inaczej ma się rzecz, gdy spieszony szwadron, na kształt długiego łańcucha rozrzuci swe ogniwa daleko na szarej ziemi, gdy ułan obłocony i zapylony leży w tyraljerze jak kret, ściskając w ręku karabin, z tem przeświadczeniem że kiedy dostanie kulą w łeb, to tylko przewróci się parę razy w przedśmiertlnych konwulsjach, wymaże w ziemi jeszcze więcej i zastygnie tak z wylazłym mózgiem i potwornie wykrzywionymi oczami. To go przygnębia z niechęcią, z nieufnością patrzy na koniec swego bagneta, którym nie bardzo umie władać i traci pewność siebie. Po odbyciu szczęśliwie całej kampanii defensywy, już w czasie pochodu pełnego triumfu wojsk naszych naprzód, gdzie tam w lasach litewskich zajechałem sam jeden do wsi położonej przy kolei, a zamieszkałej przez Litwinów. Skłonił mnie do tego kroku brak stempli przy karabinach angielskich, musiałem zaś wybić kulę, która pozostała w lufie. Poprzednio otrzymaliśmy wiadomość, że cała linja kolei żelaznej, aż do następnej stacji jest zajęta przez nasze wojska, wiadomość ta była mylna, ja jednak przypuszczałem, że mogę nie zachowywać zbytnich środków ostrożności i ulokowawszy konia w stajni, udałem się do chałupy, każąc sobie oczywiście podać "podwieczorek". Gospodarz obdarzył mnie bardzo nieufnem spojrzeniem, ale usłuchał natychmiast poszedł szukać drutu, ja zaś najspokojniej zabrałem się do spożywania darów Bożych w postaci chleba, sera i kwaśnego mleka. Wioska jak wspomniałem leżała koło kolei. Cicho jak jadowita żmija zbliżyła się właśnie pancerka litewska i wysadziła kompanję piechoty dla zrekognoskowania miejscowości. Mój gospodarz uznał oczywiście za odpowiednie zwierzyć się ze swej nieufności do mojej osoby przed tymi miłymi pasażerami; ci nieomieszkali, zważywszy liczebną przewagę, zaatakować mnie, uprzednio obsypując chatę gradem kul gdyż, jak wiadomo żołnierze Litwy kowieńskiej nie odznaczają się odwagą. Usłyszawszy strzały porwałem odruchowo za karabin. Przez okno zobaczyłem jak na dziedziniec wpadło dwóch Litwinów – za dziedzińcem był ogród, dalej rzeczka i las – w pierwszej chwili chciałem zapomocą karabinu wysłać tych dwóch na łono Abrahama i próbować szczęścia bardzo teraz odemnie odległego w ucieczcie; ale myśl pozostawienia konia, siodła, myśl, że goły jak szczur będę musiał wracać przez las do swoich obdarty ze wszystkiego, zachwiała we mnie odwagę; w tej chwili jeszcze, jak piorun spadła na mnie druga myśl, że mój karabin przecie nie funkcjonuje – zatoczyłem się jak pijany i odrzuciłem go daleko od siebie, a właśnie przez drzwi darła się cała horda wrogów – dobyłem szabli – gdyby jednak mój "złatoust" posiadał chociaż długość "zerwikaptura", próbowałbym może zakończyć żywot w tak bohaterski sposób jak Podbipięta, ale wsadzać we mnie na pięć kroków dziesięć kul nie przedstawiało znowuż tak wielkiej trudności.

Jestem więc w niewoli. – Przedewszystkim żołnierz litewski nie zasługuje na miano żołnierza. Jest to głupie, tchórzliwe, ociężałe bydło, które tylko na widok bezbronnej ofiary wpada w ekstazę rozbestwienia.

Co to jest karność o tem nie ma pojęcia. Na rozkaz oficera zwrócony do jednego z żołnierzy by oddał mi moją prywatną własność – odezwał się drugi: "nie oddawaj, nie oddawaj, nie słuchaj jego" oficer zamilkł i ustąpił. Wogóle żołnierze demonstrują wobec oficerów brawurowem nieposłuszeństwem: np. jak największą przyjemność sprawia im widocznie, potrącanie oficerów na ulicy. Oczywiście im dali od linji frontu, tem są stosunki normalniejsze. Oficerowie zwracali się do mnie z uprzedzającą grzecznością. Jeden z nich pocieszał mnie w ten sposób, że z wielką galanterją wychwalał męstwo kawalerji polskiej. Bardzo rozpowszechniony jest tam w wojsku język rosyjski: posługują się nim zwłaszcza oficerowie i tak też z nimi się porozumiałem.

Gdy dostałem się do pierwszych stałych posterunków litewskich otoczyła mnie odrazu chmara żołnierzy, a poczęści i cywilów. Widocznie takie zjawisko jak polski jeniec nie jest częste w obrębie państwa litewskiego. Niektórzy żołnierze biegli obok gdy mnie prowadzono, jak to zwykli czynić ulicznicy po miastach przyglądając się uważnie. Naturalnie wyzwiskom i połajankom nie było końca: szczególnie często dawał się słyszeć litewski wyraz "zarżnąć" lub "rozstrzelać". Żołnierze litewscy są przepełnieni straszną nienawiścią do Polaków, zwłaszcza do zamieszkałych w obrębie państwa czy okupacji litewskiej a przedewszystkiem do "panów".

Bardzo rozpowszechnione jest wśród nich zapatrywanie, że Polacy chcą przywrócić pańszczyznę, że oficerowie są to najwięksi właściciele ziemscy, że panuje u nas straszny terror itd. Bolszewików uważają za "swoich" i chwalą się ich zwycięstwami jakby własnemi jakkolwiek tych, którzy podają się za zbiegów z polskiej niewoli i włóczą się po kraju – łapią i przymusowo odsyłają na posterunki sowieckie.

Pewnego razu wprowadzono nas, oczywiście obdartych do koszuli kilkunastu Polaków i bolszewików na stacje. Tam podobało sie jakiemuś otyłemu sierżantowi ustawić nas w półkole samemu siąść pośrodku i zwymyślać od ostatnich słów. Zwymyślania dotyczyły tylko Polaków. Do bolszewików zwracał się w słodkich słowach przepraszając ich, że muszą byc trzymani równi z Polakami i zapewniając, że to długo nie potrwa. Wreszcie zmierzywszy nas jeszcze raz swym groźnym wzrokiem, zachęcał żołnierzy by zdarli wszystko co tylko pozostało na nas z ubrania i obuwia, a mogło się do czegokolwiek przydać – naturalnie nie posiadaliśmy już nic takiego: dodał przytem, że największą satysfakcję sprawiłoby mu dać obok stojącym bolszewikom karabiny i kazać im nas rozstrzeliwać. Na szczęście władza jego była ograniczona.

Zwyczaje karmienia jeńców podczas pierwszych dni transportowania nie ma tam zupełnie, a co gorsze nie posiada żołnierz litewski tego szacunku, czy chociażby przyjaźni dla żołnierza wogóle, najmniejszej wojskowej tradycji, nie spotyka sie tam zwykłego w obecnych wojnach zjawiska częstowania jeńców chlebem czy papierosami: wogóle traktowania ich jak ludzi. Jeżeli zdarzają się takie wypadki to bardzo rzadko. Pamiętam jak odpędzono nas od studni pomimo, że upadaliśmy z pragnienia. Niema też w sobie tej "karejwios" ani kszty patrjotyzmu i najwyższą nieufnością darzy swoich ministrów, oficerów, rząd i wogóle przełożonych wszelkiego rodzaju, ideałem zaś dla niego są stosunki panujące w sowdepji, chwali się jednak, że gdy wróci z wojny dostanie 30 dziesięcin ziemi, zabudowania, krowę, konia itd. Z tem wszystkiem łączy się strach przed polskim wojskiem zwłaszcza kawalerją, która jest wprost uosobieniem dla niego kary Bożej.

Parę słów o litewskiej konnicy: Reprezentują ją na Litwie, zdaje mi się tylko jeden pułk huzarów, siedzący na drobnych koniach, głownie żmudzkiej rasy, mających bardzo wytrwały kłus. Siodła, szable i karabiny są rosyjskie lub niemieckie, lanc nie widziałem. Mundury bez zarzutu. Nie ma tu jednak żołnierz-kawalerzysta litewski pojęcia co to jest nasz ułański "fason", wygląda tak samo ociężale, niezgrabnie jak żołnierz innych broni. Oficerowie są przeważnie a może i wyłącznie z byłej armiii sowieckiej.

powrótstrona główna