powrótstrona główna

 

"Wiadomości", 1956, nr 18 (526); tekst według wydania: Józef Mackiewicz, Fakty, przyroda i ludzie, z przedmową Barbary Toporskiej (Dzieła t. 12), Kontra, Londyn 1993, s. 349-357, nadesłała p. Edyta Wagner.

Józef Mackiewicz

PO LATACH NA MIEJSCU ZBRODNI NAD DRAWĄ

Była dziesiąta rano i w istocie miałem wątpliwości, czy zastanę go w domu. Uliczka się kręciła pomiędzy płotami ogródków, w których stały domki, przeszła w drogę półwiejską, bez jezdni i chodników, minęła tor, jakiś kanał. Mam pamięć węchową i gdy pociągnąłem nosem, przypomniał mi się dokładnie, prawie co do miesiąca, czas sprzed jedenastu lat, gdy byłem tu po raz ostatni. To samo powietrze chwiejnej między górami wiosny, tak samo wyglądały zębate szczyty austriackich Dolomitów po tamtej stronie i słońce oświecające dolinę rzeki Drawy znak Stronachkogel i Zietenkamm po tej stronie rzeki. – Znaleźć było go trudno, ale ludzie są uprzejmi.

W otwartym oknie parterowego półdomu-półbaraku suszyła się para skarpetek i wyblakły biustonosz. Zastukałem w parapet. Ukazała się młoda Tyrolka i powiedziała, że go zna, ale niestety już wyszedł. Do pracy wyszedł. Mieszka tuż obok. O, te drzwi. Zamknięte.

– To on nie ma żony?

– Nie ma – uśmiechnęła się, ciekawie mi się przyglądając. – A pan go nie zna?

– Nie.

– Z daleka pan przyjechał?

– Chyba tak. Z Londynu – odpowiedziałem, nie wiedząc, że w tej chwili popełniam fatalny błąd.

– Ooo! Aż z tak daleka! Powiem mu, naturalnie. Będzie w obiad. O której pan przyjdzie? Na pewno będzie czekał. Aż z Londynu!.. Ha.

Podziękowałem i wyznaczyłem godzinę. Przyjechałem do Lienz, ażeby zebrać kilka dodatkowych potrzebnych mi jeszcze informacji do bardziej szczegółowego opracowania Zbrodni w dolinie rzeki Drawy. Miałem w kieszeni adres jednego z pozostałych i tam zamieszkałych Kozaków, który mógł mi tę sprawę ułatwić. Nie zastawszy go, wracałem do hotelu "Pod Złotą Rybką", gdzie w końcu lutego 1945 chowaliśmy się w piwnicy przed bombardowaniem, a w maju tegoż roku kwaterował sztab atamana Domanowa. Żona moja zwróciła mi uwagę:

– Po coś wspominał, że z Londynu? Biedny człowiek będzie jeszcze przypuszczał, że to jakiś bogaty krewniak albo Bóg wie jaki los zaświtał mu nagle...

Akurat! Trzeba było raczej poważnie wniknąć w los pewnej kategorii ludzi zamieszkałych w Europie w jedenaście lat po zakończeniu wojny. A mimo całe przebyte doświadczenie, tego momentu nie wziąłem pod uwagę. Ongi, w dwa lata po wojnie, napisałem do "Wiadomości" artykuł pt. Wielka spółka trwa (nr 80), na który się bardzo obruszono w pewnych sferach i w części prasy emigracyjnej jako na mocno zdezaktualizowany.

Teraz na Drawą, choć to nie puszcza, ale w sezonie międzynarodowy zjazd europejskich turystów, przekonałem się, że czy to zamknięty górami "swój rozum", czy też zamknięty górami widnokrąg myślowy, albo zamknięty górami odpływ wspomnień... ale sprawia, że są ludzie, którzy po dziś dzień jeszcze w tę "wielką spółkę" wierzą. A poza tym?... Powiedziałbym: w nic nie wierzą. Nikomu. Kompletnie.

Gdy wróciłem do tego półdomu-półbaraku, w tej same uliczce, w porze obiadowej, świeciło jeszcze słońce, ale z północo-zachodu, znad szczytów położonych po obu stronach Sieli, dopływu Drawy, wyłaziły brzemienne w śnieżycę chmury. Kozak mył się po pracy, a drugi siedząc na półpryczy-półleżaku, starszy i widać doświadczony, spojrzał w okno i stwierdził:

– Na razie koniec wiosny. Zima wraca. Mhm. Ot jak.

Zacząłem im wyjaśniać, kim jestem i po co przyjechałem. Mówiłem zrazu płynnie i o moim artykule londyńskim przedrukowanym w Szwecji, w Ameryce, w Argentynie i w Niemczech Zachodnich, i o zamiarach pewnych Amerykanów podjęcia śledztwa w sprawie zbrodni wydawania ludzi w ręce bolszewickich katów. Mówiłem dalej, że... I nagle odczułem długotrwałe milczenie tamtych nieomal fizycznie. Zająknąłem się raz, drugi, chciałem nadrobić miną, jakimś żartem, splątałem coś, straciłem kontenans i umilkłem.

Nastało dłuższe milczenie.

– Mhm, taaaak... – powiedział starszy, przyglądając się swoim nowym, widocznie świeżo kupionym trzewikom.

Młodszy odstawił miednicę i zaczął się wycierać. Gdy przesunął ręcznikiem koło ust, co ułatwiało mu odezwanie się niby półgębkiem, zagadnął:

– Pan z Londynu przyjechał, z Anglii, tak?

Oczywiście. Zacząłem klarować raz jeszcze co już powiedziałem uprzednio. Starszy znowu spojrzał w okno i zmrużył oczy jakby chciał lepiej przyjrzeć się nadciągającej chmurze. Znowu zapadło milczenie.

– Papierosa? – wyciągnąłem rękę. – Amerykańskiego.

– Dziękuję. Nie palę.

Nie byłem tak naiwny. Znam tych ludzi i ich świat. Ostatecznie i ja byłem "podsowieckim" człowiekiem. Spodziewałem się, że napotkam objawy nieufności. Zdawało mi się jednak, że wystarczy położyć pewien nacisk, uwidocznić w sposób mniej więcej przekonywający "zachodniość" moich intencji, aby tę nieufność rozproszyć. Może zanadto to podkreśliłem. To był mój błąd. – Młodszy powiesił ręcznik, powolnym ruchem zapinał guziczki u koszuli na szyi i siadł na zydelku.

– My, proszę pana, w żadne takie rzeczy się nie wdajemy. A zresztą i polityką się nie interesujemy.

Znowu milczeliśmy przez dłuższą chwilę. W palcach dopalał mi się papieros.

– Daj panu może tę przykrywkę na popielniczkę.

Teraz i ja długo, skrupulatnie, w milczeniu gasiłem i dociskałem niedopałek papierosa. Potem otrząsnąłem popiół z kolana i zapytałem od niechcenia:

– A znacie Kolcowa?

– Cóż, Kolcowów bywa różnych...

– A jak jemu na imię? – spytał starszy i oparłszy nogę w obcasie, przodkiem do góry, sam pochylił się, by sprawdzić palcami grubość podeszwy.

– Siergiej Pawłowicz.

– Może być – wtrącił obojętnie młodszy.

Wtedy wyjąłem list.

– Oto jego pismo. Choć to prywatne do mnie, ale możecie przeczytać.

Wziął, obrócił w palcach, rzucił okiem i oddał. Znów odezwał się starszy:

– Cóż można panu powiedzieć nowego. Rzecz wiadoma, jak było...

– Taaak...

– Mhm...

Dziwne zjawisko: chmura za oknem wisiała, ale jakby zatrzymała się w miejscu uczepiona o dalekie szczyty. Gdzieś głośno rozmawiano na podwórku o zaginionej kurze. Z szosy doleciał turkot autobusu, który zlazł z serpentyny i teraz nazbyt prędko kołował do środka Lienz.

– Taaak... Wiadomo... A my – starszy podniósł głowę i tym razem spojrzał mi prosto w twarz – żyjemy dlatego, że za nas inni położyli głowy. Żeby nie położyli i nas by nie było. Ot jak.

– Udało się jednak wam?

Co to za udanie się! – machnął ręką młodszy. – Póki za innymi gonili, ja wskoczył do Drawy i przesiedział w wodzie.

Myślałem, że powie coś więcej, ale urwał. Wtedy, po chwili, ażeby ominąć sedno tematu, zapytałem:

– No a jak komitet Michałowa "repatriacyjny", też i wam nie daje teraz spokoju?

– Et, Michałow! – odparł lekceważąco. I z nagłą determinacją: – Po mojemu to tak wychodzi, proszę pana: Anglicy chcą wywiedzieć się. Anglicy chcą wydostać kto ma jakie informacje, co kto mówi, co kto wie. Raz po to, żeby punkt po punkcie móc wyprzeć się i sprostować. A dwa, żeby komu potrzeba zamknąć gębę.

Spadło to na mnie nagle. Dopiero w następnych sekundach zrozumiałem:

– A wot, gdzie pies zaryty! To wy, znaczy się, mnie bierzecie za angielskiego agenta?

– Ja nic nie borę. Ja tylko mówię jak wychodzi.

Znam to uczucie jeszcze z czasów wojny: gdy na kogo raz padnie podejrzenie, każde słowo wydaje się potem podejrzane. Nad każdym słowem trzeba się sto razy zastanowić. Ba, nad ruchem każdym. A do tak daleko posuniętej nieufności nie byłem przygotowany.

– Nddaaa... Widzisz pan – podjął starszy – rzecz taka. Co ukrywać? Wiedzieć, naturalnie wiemy. Ale nie chcemy wiedzieć. My nic. My chcemy żyć. Bo jak tylko co, jak tylko dojdzie do bolszewików, to oni w tejże chwili pocisną Anglików co to u was tam wyrabia się takiego! Patrzajcie jakiego rodzaju tam ludzie siedzą u was, choćby i w tym Lienz tym samym! Wtedy Anglicy tylko rozkaz do Austriaków. Nie obejrzysz się jak tuk-tuk zastuka żandarm. I Człowiek przepadł.

Byłem szczerze zdumiony.

– To wy jeszcze boicie się wydania?! Teraz?!

– Jak człowiek spokojnie pracuje, polityką się nie zajmuje, to i niczego się nie boi.

– Dajcie spokój! I zresztą co wy ciągle o tej Anglii? Przecież czasy się zmieniły. Jakie ona ma teraz znaczenie. Ćwiartują ją po kawałku. Wszelkie znaczenie utraciła. Anglia wobec Ameryki to: o – pokazałem nisko nad podłogą i teraz dopiero zauważyłem jak schludnie jest wymyta.

– My nie wiemy, Pan lepiej wie. Pan z szerokiego świata. A my sobie po cichutku, w dolinie Drawy. Ot i żyje się jakoś. Zarobek jest.

– Ameryka też wydawała – wtrącił drugi w zamyśleniu.

A po chwili dodał:

– A i jaka zresztą korzyść z mówienia. Był taki jeden co dużo mówił i... powiesił się.

– Jak to, powiesił się?

Wtedy młodszy:

– W roku 1954 tu był zjazd. Dali pozwolenie, przyjechali Kozacy z różnych stron. Szli z chorągwiami. Wielki tłum. Nabożeństwo. Na cmentarzyk w Peggetz. Przemówienia. A po kilku miesiącach spotyka mnie na ulicy jeden, mówi po rosyjsku. I wprost zaczyna wypytywać to, tamto, wiele było, skąd przyjeżdżali, kto co mówił i różne rzeczy. Ja odpowiadam: "Nie byłem, nie wiem". Wtedy on do mnie: "Paszport!". Ja mówię: "Nikomu ja na ulicy spotkanemu paszportu nie pokazuję. Takiego zwyczaju nie mam". On wtedy legitymację wyjmuje, angielskiej razwiedki, jak ich tam te litery... Odpowiadam: "Nie znam się na tym, chcesz idziemy do żandarmerii austriackiej, tam wylegitymują". Poszli. On pierwszy wyjął dowód, pokazał. Fakt, okazał się angielski agent. I mnie zaczęli badać. No cóż, ja im nic nie powiedziałem, i puścili w spokoju. A to podobno po tym zjeździe Sowiety podjęły hałas. Przycisnęli Anglików, Anglicy – Austriaków. Poszły dalej badania, dochodzenia. I wszystko jakoś zaczęli tu na jednego wskazywać, który za dużo już gadał, organizował to-sio. Może by i nic nie było. Ale jak to ludzie: jeden drugiego straszy. No i powiesił się w końcu człowiek, ze strachu... Isz, śnieg poszedł – zakończył wskazując podbródkiem okno.

A więc chmura nie stała w miejscu. Spadła jednak w dolinę. Zaczęła się śnieżyca, szkwał.

– Długo trwać nie będzie – pocieszył starszy, wstał z łóżka, dorzucił drewek do żelaznego piecyka z rurą.

I zamykając drzwiczki, mruknął:

– A wreszcie może on i nie z tego się powiesił.

– Ale kartkę zostawił! Kartka dokument. Napiszą, że odbiera sobie życie, bo boi się, żeby jego nie wydali bolszewikom. Fakt.

Pomyślałem też: z tego powodu czy nie z tego, ale – fakt pozostaje faktem, że ci ludzie boją się do dziś dnia. Boją się bolszewików, boją się Anglików, Amerykanów, boją się Austriaków i boją się mnie. Ale że rozmowa się ożywiła, więc niebacznie mi się wyrwało:

– A ilu tu was jest jeszcze?

Ech, niezgrabne pytanie!

Od razu zamilkli.

– Nie wiem dokładnie – odparł po chwili młodszy. – Ja nie wiem.

– A jak się do was odnoszą władze miejscowe, lokalne?

– Cóż, Austriaki, ich mało. Oni robią to co im każą Anglicy.

A Anglicy to co im każą bolszewicy... I tak można rozmawiać w kółko.

– A czy pamiętacie z roku 1945 lub wiecie może kto to był major Davis?

– Może i był taki.

Pomilczeliśmy przez czas dłuższy.

– Jeżeli pan chce zobaczyć cmentarzyk i pomnik, to owszem możemy pokazać.

Poszliśmy. Pierwszy szkwał minął. Do Peggetz mieliśmy dwadzieścia minut drogi. Słońce znowu przygrzało, śnieg szybko topniał. W dawnych barakach mieszczą się teraz warsztaty samochodowe. Za nimi łąka: teren historycznej masakry. Teraz podmokła, ale jeszcze zamarznięta. Od północo-zachodu wciąż szły nowe chmury zwiastujące dłuższy okres niepogody. Wokół najbliższego szczytu utworzył się pierścień. Powietrze rześkie, lekkie.

– Tu – powiedział starszy, wyciągając rękę, gdyśmy przekraczali tor – stał jeden skład wagonów za drugim. Tu ludzi spędzano i wtłaczano. Wtedy. Pierwszego czerwca.

– A ilu było zabitych?

– Często przesadzają. Zabitych... Było.

– Ilu mniej więcej?

– Ja tam nie liczyłem. Nie mogę powiedzieć. – Przeszliśmy jeszcze kilka kroków. – Jak taką rzecz można powiedzieć? Powiesz i odpowiadaj później za swoje słowa. Wymienić cyfrę łatwo, ale później w razie czego udowadniaj. Jeżeli już raz miałeś odwagę powiedzieć! My nie wiemy ile.

– Ja do was nie mam pretensji za brak zaufania. Ostrożność jest zawsze konieczna. Naturalnie ludziom ufać trudno. Sam byłem przez rok tym co się nazywa "obywatelem sowieckim". Ale czy już nie zanadto tego...

– Rok! To pan mówi rok – podchwycił młodszy. – A ja byłem od urodzenia do roku 1942.

I szliśmy znowu w milczeniu, tylko zmarznięta trawa pochrzęstywała pod nogami.

Cmentarzyk maleńki. Pośrodku pomnik. Wokół krzyże kamienne. Kilkanaście jest ich, bez nazwisk. Zbiorowe mogiły. Jeden tylko wyróżniony napis głosi, że tu leży podesauł Gołowiński. Wszystko otoczone sztachetami. Czysto i ładnie utrzymane. Za wałem o kilka kroków płynie Drawa. W tej chwili płytka, kamienista, ale zawsze szybka. Rzeka górska, wiadomo, różne bywają jej stany i różne jej poziomy. Cmentarz przy płynącej rzece zawsze budzi znajome refleksje płynącego czasu. Mówi się przecie, że tyle to i tyle wody upływa w rzece... Na drugim brzegu drobna olcha i zaraz już świerki pną się urwiskiem w górę. A nad nimi prostopadle niemal skały i o tej porze zmarznięte wodospady wiszą nad przepaścią jak stalaktyty. Szczyty niezbyt wysokie: 2400, 2600, 2700 m, ale bardzo charakterystycznie pozębione. Na nie patrzeć, znowu czai się troi w myślach; płynie. Płyną obłoki, za obłokami chmury, a każda krawędź, grań, szczyt, załamanie skalne miało ten sam rysunek i za Karola V, i za Karola Wielkiego, i wtedy, gdy tu w górę zadzierali głowy Rzymianie, i jeszcze dawniej, i jeszcze dawniej.

– Mamy i cerkiewkę własną w Lienz. Pan widział?

– Widziałem.

– No to i będzie chyba wszystko... – Rozejrzał się po łąkach i zatoczył ręką krąg. – Ot tu, na tym polu, aż do tych baraków to się działo. Tam stały obozy nasze, konne. Od tej strony szła tyraliera z pałkami.

Het, w hotelach dla turystów, zaświeciły od słońca okna; daleko na północ, gdzie serpentyna szosy pnie się do Iselsbergu i pokonawszy wzniesienie przełęczy ginie na widnokręgu w kierunku Heiligenblut. Miałem tam jechać nazajutrz i powiedziałem w roztargnieniu:

– Śmieszna nazwa dla miasta: Heiligenblut...

– Pan ma rację, że śmieszna. Wychodzi po naszemu: "Krew świętych".

– U nich takie ciągle spotykają się w tej Austrii – zauważył ten, który był obywatelem sowieckim od urodzenia do roku 1942 i chował głowę w Drawie przed Anglikami.

Wracając zerwał źdźbło trawy i gryząc mówił prawie do nikogo:

– A skąd ten strach się bierze, diabli go wiedzą. Na wojnie, z bronią gorsze rzeczy człowiek przechodził. Ale z bronią. A jak na bezbronnego idą z pałkami, to taki strach, że już nie wiem...

Zapytać jeszcze o co czy dać spokój? Każdy temat wydaje się podejrzany, każde pytanie podchwytliwe. A kiedy to właściwie po raz pierwszy ktoś wymyślił uroczysty punkt deklaracji: "Wolność od strachu"? Hę? Nie pamiętają też pewnie. A nawet, żeby wiedzieli, to ręką machną za całą odpowiedź.

Ten okres zaczął się od procesu w Norymberdze, gdzie wieszano przestępców na mocy wymyślonej przez kogoś formuły: "zbrodnia przeciwko ludzkości". Od tego czasu nie było procesu Katynia. Wojna przeciwko Hitlerowi uznana została za świętą moralnie i nie wolno jej nikomu kwestionować, ale do wojny przeciw bolszewikom nie wolno głośno namawiać i nikt tego nie czyni w obawie, żeby go nie nazwano zbrodniarzem wojennym. Czy "wielka spółka" jeszcze trwa?... Jedyna rzecz, w którą wierzą Kozacy znad Donu, Kubani i Tereku. W Tauern-Express, biegnącym z Ostendy przez Hamburg-Salzburg-Villach-Graz do komunistycznego Belgradu, czytałem w "Paris-Match" o niezwykłych dzikusach w Ekwadorze, którzy niedawno zamordowali misjonarzy. Czy istnienie takich ludzi w istniejących wciąż jeszcze puszczach podzwrotnikowych nie jest wszelako mniejszą sensacją niż ludzi zamieszkałych w samym środku chrześcijańskiej Europy, których najcharakterystyczniejszym składnikiem życia jest – strach? Strach przez wyznaniem, że byli ofiarami czy choćby świadkami "zbrodni przeciw ludzkości". Oni boją się nie tylko, żeby ich ktoś oskarżał, ale boją się nawet, żeby ich ktoś brał w obronę.

PS. Do jednego tylko obozu dla uchodźców Valka w Niemczech Zachodnich... o którym rozpisano się swojego czasu tyle, że tam złe warunki itd., ale nie wspomniano ani słowem, że zgłasza się miesięcznie stu Jugosławian. Miesięcznie, tzn. więcej niż trzech ludzi dziennie. Tak jest, o tym się nie wspomina, nie mówi, nie pisze, nie rozgłasza przez radio. Bo to fakt politycznie nieaktualny... Ważny jest Tito, a nie stu ludzi uciekających miesięcznie od niego. W roku 1955 powstał nawet projekt, aby tych ludzi "oddać" z powrotem, co na przyszłość mogłoby zahamować dalszy przypływ. Na razie zaniechano tego procederu. Postanowiono zastąpić go głuchym milczeniem.

powrótstrona główna