powrótstrona główna

 

"Lwów i Wilno", 1947, nr 37; tekst według wydania: Józef Mackiewicz, Fakty, przyroda i ludzie, z przedmową Barbary Toporskiej (Dzieła t. 12), Kontra, Londyn 1993, s. 138-144, nadesłała p. Edyta Wagner.

Józef Mackiewicz

JESZCZE JEDNO SŁOWO HONORU

W chwili, gdy świat się ekscytuje już już mającym nastąpić konfliktem anglosasko-sowieckim, druga wojna światowa, która po Jałcie i Poczdamie przybrała tak niefortunny obrót dla tych, którzy "wybrali wolność", nie wygasła jeszcze zupełnie w jej uprzednim układzie sił. Panowie, którzy w Teheranie oświadczyli światu, że "są wrogami terroru i nietolerancji", trzymają ze sobą nadal. Stare banały w prasie powtarzają się nadal. Metody stanowiące coś pośredniego między Majdankiem–Buchenwaldem–Oświęcimiem a Kołymą–Kazachstanem–Katyniem, trwają nadal.

Być może, historia ujawni kiedyś te bezbrzeżne tragedie, które się rozegrały z czetnikami gen. Michajłowicza, Kroatami, Albańczykami i sowieckimi niewozwraszczeńcami w okupacyjnych strefach amerykańskiej i angielskiej. Swojego czasu zabroniono o nich pisać. Ale wypadki, które w maju br. miały miejsce Rimini, Pizie i Bolonii nie przeszły już bez echa. Nie mogły przejść, chociażby dlatego, że zabito tam zbyt sporą ilość żołnierzy angielskich... Sprawa poruszona została w parlamencie brytyjskim, ogłoszona w formie protestu podpisanego przez duchowieństwo katolickie i protestanckie w Stanach, enuncjacji Żydowskiej Organizacji Pomocy Imigrantom, wreszcie przez uchwałę amerykańskich związków zawodowych. Wiele uwagi poświęca jej prasa arabska Bliskiego Wschodu. Sprawa stała się głośna, tylko – dziwnym zbiegiem okoliczności – nie przedostała się na szpalty ani jednego czasopisma polskiego. Ani w kraju oczywiście, ani na emigracji. My ciągle jesteśmy plus catholique... Jakbyśmy tę wojnę rzeczywiście wygrali, należeli do możnych zwycięzców i z antypatią się odwracali od biednych ludzi, którzy dalej prowadzą walkę na śmierć i życie o – własną wolność. Tymczasem przebieg krwawych wypadków sprzed trzech miesięcy we Włoszech jakże fatalnie odświeża naszą pamięć!

Niektórzy z poległych

Niektórych z nich znałem. Było to w środku 1945 roku, w bezrzęsy upał, niemal wściekłe południe, na roku Corso Umberto i via Della Croce w Rzymie, gdy trzech Czerkiesów pożerało przy straganie już trochę przejrzałe kawony, a sok ściekał im po brodzie, złachmanionej kurtce, po butach i parował na bruku. Byli obdarci, spragnieni, spaleni, ale dobrej jeszcze myśli. Jeszcze wszyscy wierzyli wówczas w demokrację. – "Budiet wojna – mówili. – Inacze niewozmożno, niemożliwe przecież pogodzić się demokratycznej Anglii ze Stalinem!" – Uhum – odpowiedziałem tylko. – Oni szukali jakiejś alianckiej kwatery wojskowej.

– Niech pan tylko będzie z nimi ostrożny – powiedział jeden z oficerów, który też jeden z pierwszych pojechał później do "marszałka" Żymierskiego. Ale wtedy był jeszcze wielki "Poland" na ramieniu.

– Z nimi? Ostrożny?... – Przez grzeczność nie powiedziałem tylko, że "mogę być mniej ostrożny niż z panem", bo przeszłość ich mnie nic nie obchodzi, natomiast za przyszłość polityczną ludzi, którzy spalili wszystkie mosty za Stalinem, więcej można ręczyć, niż za tych, którzy się już zaczynają oglądać za kładką. – W rezultacie wzruszyłem ramionami.

Tymczasem Włochy zaczęły się roić od naiwniaków spływających z Niemiec. Głównie Kaukazczycy, Tatarzy, Turkmeni i spora ilość Rosjan niewozwraszczeńców. Reguła była taka, że znaczna część tych wykolejonych dziś obieżyświatów szła do "dwójki" angielskiej, amerykańskiej lub francuskiej, ofiarowując swe antysowieckie usługi, a te – wydawały ich w ręce władz bolszewickich. Później rzecz się ta co nieco zmieniła. Każdy z tych "wywiadów" rozpoczął wielką politykę na własne ręce, prawą wydając, lewą przytrzymując, różnie o tym mówiono, przeważnie w równie wielkiej tajemnicy, którą znał każdy przechodzień na pamięć. Jednocześnie główną masę ludzi, piętnowanych sowieckim "grażdanstwem", poczęto komasować w obozach, razem z ich żonami i dziećmi, z czego na ogół byli zadowoleni, gdyż ufności w "demokrację" nie mogły w nich przełamać nawet najoczywistsze fakty, tak jak nie przełamały w Polsce podczas wojny najbardziej jaskrawe wypadki polityczne. Dostali ubrania, jeść i dach nad głową. A nad dachem, nad obozem, nad Włochami i całym światem było uroczyste przyrzeczenie wolności przekonań i swobód osobistych.

Coraz częściej zaczął ich jednak odwiedzać szef misji sowieckiej, generał major Golikow.

Słowo honoru gentlemanów

Główne obozy znajdowały się w Bagnoli i w Pizie. Rozpoczęły działać różne komisje, badania itd. Przeważająca ilość muzułmanów wykręcała się jakoś, to obywatelstwem tureckim, to perskim, to afgańskim. Generał Golikow sprowadził sobie do pomocy zdolnego Armeńczyka, który władał kilkoma dialektami i tak na przykład rozpoznać mógł w lot, kto jest z Azerbejdżanu, a kto z Antiochii tureckiej, już po kilku słowach... Nagle, na jesieni roku 1946 rozeszła się trwożna wieść, że wszystkich gdzieś wywożą! Naturalnie zawodowi optymiści zaczęli znów powtarzać, że przecież to niemożliwe, że Anglicy wiedzą, że to na pewną śmierć, więc że nigdy, że przecież przyrzekli...

A rzecz się miała jak następuje: dnia 14 sierpnia 1946 obóz w Bagnoli został zlikwidowany, ludziom zaś powiedziano, że się robi to dla ich własnego dobra i bezpieczeństwa... wszystkich komasowano w obozie w Rimini nad morzem Adriatyckim, w miejscowości położonej na północ od Ancony, zresztą ładnej jak cała Italia. Znajdowała się w nim nieduża ilość własowców, większa b. jeńców sowieckich w Niemczech, którzy po "wyzwoleniu", mimo iż nie występowali zbrojnie przeciwko bolszewikom, nie chcieli wracać do domu. Poza tym byli tam ludzie swojego czasu deportowani do Niemiec na roboty, albo tacy, którzy znaleźli się w Zachodniej Europie, uchodząc przed zwycięską armią czerwoną z własnego terenu. Mieli dość. Woleli iść do Niemiec, niż żyć znowu w Bolszewii. Przestępstwo? Kto to powiedział? Gdzie? – Mnie się osobiście wydaje, że ludzie ci mieli rację. – Było między nimi dużo kobiet, dzieci, starców, młodzieży, inwalidów. Było kilku artystów, literatów, profesorów, inteligentów w ogóle, robotników, chłopów.

W kilka dni później zjawił się major angielski, komendant obozu, Hills, który dał słowo honoru, iż nikt nie zostanie wbrew swej woli deportowany do Sowietów. Uwierzono, oczywiście, bardzo chętnie. Ucieszony zaufaniem jakie wzbudzał, major Hills wtajemniczył zainteresowanych, iż zachodzi możliwość udostępnienia im emigracji do Argentyny.

Po upływie pewnego czasu szef Hillsa, nie proszony zresztą o to wcale, pułkownik Martin, potwierdził słowa majora. Liczba indywidualnych ucieczek zmniejszyła się prawo do zera. W kwietniu roku 1947 przedstawiciel misji brytyjskiej złożył oficjalne oświadczenie w Watykanie, że nikt nie będzie wydany bolszewikom siłą. A w maju... tak jest, dnia 7 maja 1947 roku zawiadomiono internowanych, że pojadą na roboty do Szkocji. Pierwszy transport odejść ma niezwłocznie jutro już, przewidzianych jest 197 osób według odczytanej listy.

... Kto czytał opowieść majora Józefa Czapskiego pt. Wspomnienia Starobielskie i inne sprawozdania z obozów Kozielska i Ostaszkowa, ten w radości, jaka opanowała "wybranych", w zazdrości pozostających za drutami, doszuka się łatwo dużej analogii. Jak też w dalszym ciągu:

Identyczne metody

Wybranych odseparowano. Nazajutrz odbyła się bardzo ścisła rewizja. Odebrano przede wszystkim ubrania angielskie, które wydano im kiedyś i wpakowano ich w stare mundury niemieckie. Odebrano dalej wszelkie przedmioty ostre, noże, żyletki; wszystko metalowe: puszki konserw, kubki. Wśród ludności włoskiej rozpuszczona została pogłoska, że odbędzie się transport ważnych "przestępców faszystowskich". Zarządzono stan wyjątkowy. Mieszkańcy miasteczka siedzieli w domu z zapartym tchem. W Rimini skoncentrowano silne oddziały wojska brytyjskiego, a także karabinierów republikańskich.

Rano o świcie dnia 8 maja 1947 roku: dwa bataliony karabinierów wkroczyły na ulice wiodące do dworca. Dworzec obstawiony został oddziałem MP z bronią maszynową. Gotową do strzału. Do samochodu ciężarowego wpakowywano tylko po piętnastu ludzi, w towarzystwie żandarmów. Niezależnie od tego przodem jechał dżip z ciężkim karabinem maszynowym, z tyłu zaś drugi taki sam dżip z takim samym karabinem maszynowym. Bokami motocykliści z bronią maszynową. Kawalkada ta, przypominająca zresztą zeznania tych co widzieli podobną na drodze Gniazdowo – Katyń, tym się różniła od tamtej, że jechała szpalerem wspomnianych już karabinierów. – Teraz już nie było mowy o żadnej Szkocji. Delikwentów szturchano i popychano, jak zwyczajnych "wrogów ludu" popycha się i szturcha w Sowietach. Na dworcu czekały bydlęce wagony opasane drutem kolczastym, do złudzenia przypominające te, którymi dostawiano Żydów do Majdanka. Dlatego też złudzenia prysły.

Piętnaście osób wysadzono i samochód zawrócił po nową partię.

Rozpoczęła się pierwsza walka

Pierwszym był niejaki Aleksander Krystalewski. On to dał sygnał. Podniósł raptem duży kamień, cisnął nim w głowę najbliższego żandarma i próbował się przerwać. W tej chwili dwudziestotrzyletni Paweł Rodin wyrwał drugiemu żandarmowi pistolet automatyczny, nacisnął cyngiel, nie wystrzelił, więc porwawszy za lufę jął sobie kolbą torować drogę waląc po hełmach i ramionach. Podskoczył mu na pomoc Iwanow Anatol. Ten błyskawicznym ruchem wyrwał również broń maszynową z ręki brytyjskiego żołnierza i otworzył ogień w Anglików, raniąc kilku. Ale żandarmi już się opanowali i wszyscy trzej zginęli na miejscu.

Jednakże szamotanie się i walka trwała dalej z pozostałymi na peronie. Tymczasem auto powróciło, przywożąc nowy transport. Major Hills był na tyle człowiekiem, iż zezwolił, aby drugiej partii towarzyszyły na dworzec rodziny deportowanych. Ci, zoczywszy co się dzieje, rzucili się na pomoc walczącym. Ojciec i syn, Włodzimierz i Mikołaj Bykodorowowie, usiłują się przebić. Zostali zastrzeleni. Widząc to, dr Kurzakja, muzułmanin, popełnił samobójstwo. Tymczasem kobiety i dzieci podniosły niesamowity lament. Staruszka, matka Iwana Pałatko, podpełzła na kolanach do dowódcy eskorty, błagając, żeby jej wolno było podzielić los syna. Lata, lata całe go nie widziała. Uciekła z Sowietów, szukała go w Niemczech, odnalazła w Italii dopiero. "Christos tibia nagra..." – została kopnięta butem. Wreszcie udało się jakoś odseparować wrzeszczące kobiety. Major Hills chwalił się, że uratował życie tym kobietom, odsyłając je z powrotem do – Rimini.

Około południa sprzątnięto trupy, rannych i pobitych wpakowano do wagonów, zamknięto i pociąg ruszył w kierunku Bolonii.

Ale teraz się dopiero zaczęło na dobre.

Regularna bitwa w Bolonii

Transport z Rimini zatrzymał się w Bolonii, w oczekiwaniu na inny, wiozący podobnych straceńców z obozu w Pizie. Jechał w nim niejaki Paweł Piotrowicz Iwanow, b. oficer armii sowieckiej, który znienawidził sobie bolszewizm, a niezwykle upodobał hasła zachodnich demokracji. Wierzył w nie jak w Biblię. Był to człowiek poza tym prawy, zdolny, energiczny i odważny. Słynął z tych cech w obozie, wybrany tam na wewnętrznego komendanta, cieszył się niezwykłą popularnością. Kilkakrotnie była mowa o ucieczce. Iwanow stale się opierał. – Anglicy – twierdził – dali mi słowo honoru, że nie wydadzą bolszewikom, ja im wierzę. Pod jego wypływem karność zupełna panowała w Pizie i do żadnych wypadków nie doszło na dworcu. Do ostatniej chwili Iwanow nie wierzył, że może się stać coś podobnego... Do chwili, gdy w Bolonii zastał transport z Rimini. Wtedy zrozumiał.

Z Pizy wieziono tylko stu ludzi. Kazał im tedy być w pogotowiu, gdy zaczną wydawać żywność! wtedy!

Wagony otwarto. Przeszło dwustu pięćdziesięciu bezbronnych mężczyzn rzuciło się na brytyjską eskortę. Iwanow dowodził jak w regularnej bitwie. Pierwszy wyrwał karabin maszynowy z rąk żandarma i dał hasło do boju. Ci, którym udało się również rozbroić eskortę, zalegli na szynach otwierając ogień osłonowy. Reszta miała uciekać. Powstało jednak kłębowisko ludzi walczących głównie wręcz. Ze swej strony Anglicy otworzyli morderczy ogień. Według jednej wersji miało zginąć czterdziestu oficerów i żołnierzy brytyjskich, oraz stu deportowanych. Według innych, liczba zabitych i rannych sięga po stronie brytyjskiej dwudziestu, po stronie deportowanych sześćdziesięciu. Prawdopodobnie jest ona bardziej zbliżona do prawdy, co w niczym nie umniejsza sensu krwawej tragedii.

Lżejsze rany i potłuczenia odnieśli prawie wszyscy deportowani. Zrzucono ich z powrotem do wagonów powieziono do – Austrii. Z Austrii pojadą do Sowietów, gdzie ich powieszą.

W obozie w Rimini pozostali internowani wywiesili czarny sztandar. Zjawił się znowu pułkownik Martin i znowu dał słowo honoru, że nic podobnego się więcej już nie powtórzy.

Jeżeliby można było raz wreszcie zawierzyć temu słowu, to ostatnią chronologicznie bitwą drugiej wojny światowej na Zachodzie byłaby ta w Bolonii z dnia 8 maja 1947. Czy aby ostatnim aktem "kolaboracji" z największym tej wojny kolaborantem?

powrótstrona główna