powrótstrona główna

 

"Wiadomości" 1970, nr 3 (1294)

Józef Mackiewicz

CASUS PAWEŁ JASIENICA

W pewnym znakomitym tygodniku emigracyjnym – niech czytelnik zgadnie w którym – skreślono z mego artykułu zdanie, że zmarły niedawno w Warszawie Paweł Jasienica miał "elastyczne pióro...". Z osobistego względu nie czuję się dotknięty tym skreśleniem, gdyż dotyczyło akurat fragmentu podrzędnego. Z polityczno-ideowego względu natomiast, wydaje mi się, że stanowi casus przykładowy.

"Czym się to nas karmi?!" – zapytał kiedyś Karol Poznański, po przeczytaniu pewnej korespondencji z Rzymu o reprezentowamiu Polski przez Edwarda Ochaba. Dziś nawet "elastyczne pióro..." uznano za określenie zbyt ostre dla pamięci tzw. kiedyś "pisarza reżymowego". Bo zmarły Paweł Jasienica wyniesiony został tymczasem do godności nieomal "przykładu - do - naśladowania". Gdzież więc stoimy? Czy raczej: dokądże to idziemy na emigracji, w takim razie? Pytanie ani retoryczne, ani patetyczne, ani oburzone czy rozdzierające szaty, tylko zwyczajnie rzeczowe.

Nie będę ukrywał, aby nie zostać posądzony, że mam coś do ukrycia, osobistych animozji, jakie, wzajemnie, dzieliły nas z Pawłem Jasienicą. W moim przekonaniu to, co dał do zrozumienia Gomułka w swej wypowiedzi o Jasienicy, to wiedział co mówił. Na lata jeszcze przed tą wypowiedzią, ogłosiłem w "Wiadomościach" list, w którym nazwałem rzecz po imieniu i, w moim przekonaniu, Grydzewski wiedział, dlaczego ten list zamieścił. Ze swej strony, Jasienica, pisząc w komunistycznym, warszawskim "Świecie" (z 30 października 1955) o mojej Drodze donikąd, nazwał mnie: "moralne zwłoki szlachcica kresowego", a całą literaturę emigracyjną: "schematyczną, o niskiej randze służebnej w stosunku do polityki"... Byliśmy więc przeciwnikami nie tylko politycznymi. Ale ten osobisty moment, proszę mi wierzyć, chcę pominąć. Nie będę też tu wchodził na nieujawnione w dokumentach ścieżki lasów białostockich i pomorskich, ani wspominał o losach, których – i dlaczego – Jasienica nie podzielił. Chcę wspomnieć wyłącznie o stronie jawnej, wszystkim znanej, a chyba najmniej i nigdy, do końca nie ukrywanej przez samego Jasienicę.

Lech Beynar (niektórzy nazywali go: Leon), czyli akowski Paweł Jasienica, przechodzi z krakowskiego "Tygodnika Powszechnego" do PAXu. Z PAXu do prasy komunistycznej z otwartą przyłbicą. Cytować tego, co w niej wypisywał, nie będę. Zresztą każdy wie, co i jak pisze się w prasie komunistycznej. Ale żeby nie można było tego nazwać dziś, w wolnej prasie emigracyjnej, chociażby "elastycznym piórem"? Więc jakże to nazwać?

Jasienica odgrywa niemałą rolę w tym, co się po naszej stronie nazywało "zajęcie siłą organizacji charytatywnej Kościoła, na skutek fałszywych oskarżeń" (patrz: Kościół katolicki w Polsce. Fakty i dokumenty, Fryburg, 1958, str. 113), a po stronie komunistycznej: Rozporządzeniem Ministra Oświaty, Opieki Społecznej i Administracji Publicznej, z dnia 23 stycznia 1950 r. o wprowadzeniu zarządu przymusowego "Caritasu" (patrz: "Monitor Polski", nr A-11, poz. 112). – Do wyznaczonego przymusowego zarządu "Caritasu" wchodzą: przewodniczący X. Antoni Lemparty, członek Głównej Komisji Księży przy ZBoWiD, członek Prezydium Komisji Krajowej Duchownych i Świeckich Działaczy Katolickich przy Ogólnopolskim Komitecie Frontu Narodowego, odznaczony dwoma komunistycznymi orderami; poseł Jan Frankowski, członek tejże komisji; Andrzej Micewski, członek tejże komisji; X. Stanisław Skurski, członek obydwóch komisji, ponadto przewodniczący Okręgowej Komisji Księży przy ZBoWiD w Kielcach; i t.d., i t.d. ... Paweł Jasienica...

Jasienica obejmuje stanowisko w warszawskiej rozgłośni "Kraj", to znaczy w aparacie propagandy komunistycznej nastawionej specjalnie na walkę z polityczną emigracją polską. M.in. wygłasza znane slogany o "anachronizmie" przynależności Wilna do Rzeczypospolitej. – Wychodząca w Londynie "Myśl Polska" (z 15 listopada 1955) pisze o tym: "... Jasienica przedstawia 'rządy polskie za Bugiem' jako anachronizm, od którego odżegnał się sam naród polski. Przedstawienie rozbiorów Ka­tarzyny jako postępu, a zmowy Hitlera i Stalina jako realizacji polskiej racji stanu, jest najnowszym szlagierem okupacyjnej propagandy... Przywykliśmy, że to mówił Bierut, Ochab i im podobni funkcjonariusze okupacji. Trzeba dziś przeżyć, że to mówi człowiek, któremu kiedyś ściskało się dłoń... Nie nadążamy za obozem postępu".

Osobiście nie zgadzam się z tym ujęciem. "Rozbiory Katarzyny" nie mają – moim zdaniem – analogii z dzisiejszą okupacją komunistyczną. Najdalszy jestem od stawiania Jasienicy jakowegoś "moralnego zarzutu". Nie zgadzam się z piętnowaniem "zdrajcą" każdego komunisty polskiego, i wszystkich ich poputczików, którzy dopatrują się w tym "realizmu politycznego" czy osobistego. Komunizm rosyjski, chiński, francuski, włoski, czy kubański i t.d., łącznie z ich poputczikami, wydaje mi się jednakim... z tym że polski szczególnie niebezpiecznym, nie zdradą, lecz: – wrogiem. Wrogiem ideowym, politycznym, narodowym, a ponad wszystko: wrogiem człowieka.

Rozumiem, że inni na emigracji mogą być (i są w przytłaczającej większości) innego niż ja zdania. Ale żeby akurat emigracyjna Społeczność Akademicka Uniwersytetu Stefana Batorego w Londynie, na swym 23-m posiedzeniu w "Ognisku Polskim" (przy "szczelnie wypełnionej sali") w r. 1970, uznała właśnie: "... ś.p. Pawła Jasienicę za wiernego tradycjom filareckim"... To już, doprawdy: "Nie nadążamy za obozem"... ewolucji emigracyjnej.

Jasienica napisał kilka książek o tematyce historycznej, w tej liczbie o Jagiellonach, zgodnie z doktryną historyczną wytyczoną w PRL. Że np. błąd Jagiellonów polegał na tym, iż parli na wschód, przeciw Moskwie, zamiast zwrócić się na zachód, przeciw Niemcom. Że np. "czerwoni" w powstaniu r. 1863 mieli rację, a nie "biali" i t.p. Jego poglądy osobiste mogły się pokrywać z obowiązującą doktryną historyczną. Nie powinniśmy jednak oszukiwać siebie, że mógł napisać odwrotnie. Tzn. napisać by mógł, ale wydać nie. Książki wydawane są w PRL przez wydawnictwa partii komunistycznej. Innych tam nie ma. Książki sprzeczne z planem kulturalnym nie są, i nie mogą być wydawane w ustroju komunistycznym. Tzw. na Zachodzie "pisarz polski w kraju", z talentem czy bez, jest de facto pracownikiem komunistycznej polityki kulturalnej, albo przestaje być pisarzem. Gdyż w każdej chwili może być zwolniony z pracy literackiej, jak każdy pracownik nie odpowiadający wymogom pracodawcy. Jasienica, jeżeli chciał uprawiać zawód pisarza, musiał się podporządkować obowiązującym rygorom. Chyba żeby próbował emigrować. Jasienica nie próbował emigrować. Swojego czasu książki jego spotkały się na emigracji z oceną – o ile pamiętam np. recenzję ś.p. Jana Bielatowicza – bardziej niż krytyczną.

Nagle nastaje stan zachwytu. Paweł Jasienica pasowany jest na emigracji prawie na wieszcza narodowego. Jeżeli w tym miejscu dopuszczam się niejakiej przesady, to nie w celach stylistycznej ironii, lecz dla podkreślenia znamiennego, moim zdaniem, zwrotu. Za pretekst raptownej euforii posłużył fakt, że Jasienica przyłączył się do krytyków niektórych posunięć polityki kulturalnej, niezgodnych (zdaniem krytyków) z duchem i literą obowiązującej konstytucji komunistycznej. Czyli, ściśle biorąc, przeszedł z linii afirmacji bezwzględnej, na linię – jak się tam teraz nazywa: – afirmacji krytycznej. Wydawałoby się, że postawa tego rodzaju jest przeciwstawna negacji krytycznej, jaka powinna cechować emigrację polityczną. Raz jeszcze się omyliłem.

To, co się nazywa w ustroju komunistycznym "krytyką", dopuszczalne jest tylko ze względów taktycznych. Każda inna krytyka, bez cudzysłowów, niezależnie czy pochodzi od antykomunistów, czy nawet, nieraz, od sztandarowych komunistów – jest tępiona. W poszczególnych wypadkach ocena i miara potępienia zależy często od humoru pierwszego sekretarza partii. Za czasów Stalina, Jasienica, gdyby się zdobył na krytykę (w co zresztą wątpię, by uczynił), mógł nawet zapłacić głową. Czyż trzeba przypominać na tym miejscu wielkie procesy moskiewskie z końca lat trzydziestych? Nie tylko poputczicy, ale najwięksi bolszewicy poszli na szafot. Nikomu z nas wszelako nie przychodziło wtedy do głowy robić z nich bohaterów narodowych, i dziwilibyśmy się, gdyby to czyniła emigracja rosyjska. W dzisiejszej praktyce, po zniesieniu zbytecznych przerostów okrucieństwa, załatwia się to szpitalem wariatów, kilkuletnim zesłaniem, lub po prostu relegowaniem tylko z posady "inżyniera dusz", jeżeli o pisarza chodzi. Jasienica za swoją krytykę – która z pewnych względów szczególnie rozdrażniła pierwszego sekretarza partii – utracił stanowisko literata peerelowskiego, a umarł śmiercią naturalną, na wolności, bez procesu i bez więzienia. Proszę mi powiedzieć, gdzie tu analogia do filaretów wileńskich?

*

Nie leży w moim zamiarze pozbawiać zmarłego Jasienicę tej wysokiej godności moralnej przyznanej mu na emigracji, ani wdawać się w żadną inną ocenę moralną. Jak to napisał kiedyś trafnie Wacław A. Zbyszewski (cytuję z pamięci): "Za dużo jest u nas ocen moralnych, za mało ocen faktów politycznych". Otóż raptowne wywindowanie Jasienicy wydaje mi się właśnie takim faktem. Częścią większej akcji politycznej. Utwierdza mnie w tym przekonaniu m.in. i uniformizm, z jakim tekst przemówienia Jerzego Andrzejewskiego nad grobem Jasienicy w Warszawie (niby urzę­dowy komunikat przedwojennego PATa) ukazał się chyba we wszystkich pismach emigracyjnych, a w niektórych bodaj po dwa razy. Zainspirowany do prasy obcej. Właśnie Andrzejewskiego, jednego z pierwszych wśród pisarzy afirmatorów PRLu, obecnie również z linii "afirmacji krytycznej". Sądzę, iż inspiracja pochodzi tu z ośrodków na Zachodzie, zainteresowanych w tzw. uzdrawaniu komunizmu, i wciągnięciu emigracji przez ukazanie jej lepszych wzorów działania politycznego. Od zaprzeczenia stanu okupacji, poprzez porzucenie dotychczasowej "niezłomności", poniechanie bezpłodnego antykomunizmu, opozycję li tylko wewnętrzną, aż do solidarnego akcesu w budowie "socjalizmu z ludzką twarzą". Ma się to odbyć w ramach zamówionej "ewolucji komunizmu", i może ją przyśpieszyć, a w każdym razie nie hamować anachronicznym antykomunizmem... Na razie, jak widzimy, akcja ta przyśpiesza istotnie, ale – ewolucję emigracji.

Niech mi wolno będzie zakończyć dygresją, której cytata przypadkowo tylko wypada w formie apelu: "Nie dajmy się zwariować!" – pisze Aleksander Peczenik w "Wolnej trybunie" paryskiej "Kultury" z lipca–sierpnia 1970. – "Nie dajmy się zwariować mitowi o uzdrowieniu tego, czego uzdrowić nie można. Gdy mówimy, że socjalizm może mieć ludzkie oblicze – to podbudowujemy komunistyczną indoktrynację... Czekać wypada na koniec socjalizmu, a nie na jego uczłowieczenie... Panowie, nie dajmy się zwariować! ... Jaką drogę OD socjalizmu będzie musiała Polska obrać? Nie wiem. Kiedy? Nie wiem. Ale przynajmniej wiem, że nie wiem. Świadomość niewiedzy skłania do konstruktywnego myślenia. To lepsze od utopijnego socjalizmu o ludzkim obliczu. Bo kto nie wie, a myśli, że wie, kto chce komunizm komunizmem leczyć, ten się jak baron Münchhausen za własny warkocz z bagna wyciąga". Koniec dygresji.

powrótstrona główna