powrótstrona główna

 

"Wiadomości" 1951, nr 48 (296)

Józef Mackiewicz

KLUCZ DO "PARKU KULTURY I ODPOCZYNKU"

Zbrodnia katyńska nie wymagałaby tylu komentarzy, gdybyśmy od początku podeszli do sprawy od obiektywnej strony jej notoryczności, nie podlegającej dyskusji. Podobnie dziś tylko komuniści i ich najlepsi przyjaciele mogą zaprzeczać, ale cały świat uznał istnienie obozów koncentracyjnych w Sowietach za rzecz notoryczną. Natomiast masakra w Katyniu przedstawiona została jako rzecz szczególna. Szczególną jest istotnie, ale wyłącznie ze względu, że ofiarą padli jeńcy obcego państwa, a przede wszystkim jego korpus oficerski. Podkreślanie tego faktu jest słuszne, albowiem niezwykłość jego przemawia bardziej do wyobraźni zachodniego świata niż okoliczności, nazwijmy, zwykłego ludobójstwa. Na tym jednak niezwykłość Katynia się wyczerpuje. Po zdjęciu z ofiar mundurów, pozostają one zaledwie cząstką w łańcuchu takich samych już uprzednio popełnionych zbrodni masowych, których początek sięga czasów, gdy Hitlerowi nawet się nie śniły jego Oświecimy.

Faktu tego dotychczas dostatecznie nie unaoczniono. Stąd w opinii Zachodu wciąż jeszcze pokutuje, często nawet szczere zdziwienie: czyżby to było możliwe? Otóż możliwe było zawsze, t.zn. odkąd w Rosji panują bolszewicy. To niedomówienie rzeczy kapitalnej, nieotworzenie z klucza drzwi na oścież, przypisać należy wielu czynnikom. Jeden z nich wynikł ubocznie z drażliwego położenia, w jakim znalazła się sama Polska. Współpraca Polski z bolszewikami podczas wojny wymagała, zarówno ze względów zewnętrznych jak wewnętrznokrajowych, udawania, przynajmniej taktycznego, że jesteśmy zaskoczeni niektórymi objawami rzeczywistości sowieckiej. Stanowisko: "współpracujemy i pomagamy do zwycięstwa największym zbrodniarzom jakich świat wydał", byłoby absurdalne i niemożliwe ze względu na politykę narzuconą Krajowi, a co najmniej - nietaktowne... w ośrodku narodów sprzymierzonych. Zresztą oficjalne stanowisko Polski i w tej chwili nie uległo zmianie. Oświadczenia zarówno pierwszych generałów emigracji jak też drugorzędne, wspominkarskie, dokumentalne i t.d. w dalszym ciągu bronią słuszności sowiecko-polskiej współpracy wojennej, a żale skierowane są jedynie do zawodu, jaki nas spotkał ze strony naszego sojusznika. Wydaje mi się, że zarzucamy mocarstwom zachodnim ten błąd, któryśmy sami popełnili; tego rodzaju grę, w której trzymaliśmy jeżeli nie pierwsze, to w każdym razie nie byle jakie skrzypce. Czy to będzie książka Czapskiego, czy to będą opowiadania żołnierzy Armii Krajowej, czy wystąpienie gen. Bora przez radio B.B.C., wszystkie w mniejszym lub większym stopniu zmierzają do szczególnego uwypuklenia faktu: "Oto jakżeśmy pomagali tym bolszewikom, a jakże strasznie oni nas oszukali!"... Na liście tych oszustw widnieje i rozbrojenie Armii Krajowej, i historia, którą opisuje p. Stypułkowski, i obecna tragedia Polski, no i oczywiście – Katyń. Drugą przyczyną, hamującą otwarcie z klucza całej prawdy, była raczej szczera niemożność przeniknięcia systemu sowieckiego aż do jego trzewi. Świetna praca pp. Zamorskiego i Starzewskiego Sprawiedliwość sowiecka jest skrupulatną syntezą zewnętrznej formy prawnej skonfrontowanej z rzeczywistością, a tym cenniejszą, że konfrontowanej na podstawie praktyki osobistej autorów. Ale nawet ta kapitalna praca nie uwzględnia masowych mordów jako procedury systematycznej. Mamy w niej potworność sądów zaocznych i administracyjnych, straszliwsze od nich obozy, paragrafy służące przemocy i swoistemu pojmowaniu i wykonywaniu sprawiedliwości, nie liczącej się ani ze zdrowym sensem, ani obiektywizmem, ani metodami stosowanymi przez resztę świata cywilizowanego. Autorom jednak zdawało się (i chyba słusznie!), że kogoś, kogo skazano na 10 czy 15 lat obozu, czeka już dostatecznie tragiczny los, aby powstała przyczyna mogąca wykonanie tego losu zamienić na coś bardziej jeszcze tragicznego. Jeżeli tysiące w ten sposób ginęły bez śladu, nie było w tym nic dziwnego, w obozach bowiem umierają miliony. Nie jest to zarzut, który stawiam autorom. Przeciwnie, myślę, że nawet większość obywateli sowieckich sądzi w ten sam sposób. Osobiście też przyznaję się do błędu i jeżeli w moich pracach o Katyniu wspomniałem o masowych mordach więźniów, to dla podkreślenia jedynie, że działo się to podczas wojny i że na tle tych zestawień niepodobna wierzyć, aby bolszewicy mogli rzekomo zostawić pod Smoleńskiem rzekome obozy jenieckie, nie wymordowawszy ich do nogi, jak to czynili gdzie indziej podczas odwrotu r. 1941.

Trzecim hamulcem jest naturalnie ograniczenie wyobraźni ludzkiej, która o wiele częściej napotyka w życiu na zapory niż nam się to zdaje. Możemy nawet jakąś rzecz znać, a przecież nie dość dokładnie wyobrażać ją sobie w szczegółach. Podobnie znając z teorii i praktyki system sowiecki, zastrachanie i apatię ludności z jednej strony a dławiącą tajemnicę N.K.W.D. z drugiej, ciągle jeszcze nie zdajemy sobie sprawy ze stopnia tego paraliżu psychicznego, któremu ulegają obywatele sowieccy a który doprowadza do tego, że nie tylko N.K.W.D. nie chce by ludność wiedziała o pewnych faktach, ale sama ludność szczerze i rzetelnie nie chce o nich wiedzieć.

Czwartym wreszcie czynnikiem była propaganda niemiecka, która zmuszała wojujący z Niemcami świat do odnoszenia się albo sceptycznie do jej odkryć na terenie sowieckim, albo zgoła wrogo lub w sposób uproszczenie-odwrotny, jak się działo na przykład na terenie Polski.

Jeżeli z Katyniem mieliśmy i mamy tyle trudności w przeforsowaniu prawdy, nie można się dziwić, że zbrodnia wykryta w Winnicy tegoż 1943 roku, przeszła prawie bez echa. Niedawno udało mi się zdobyć wyczerpujące materiały dotyczące tej sprawy. Po ich zbadaniu przyszedłem do przekonania, że okoliczności towarzyszące tej masakrze w małym miasteczku ukraińskim, są bardziej charakterystyczne, powiedziałbym – klasyczne, a o wiele bardziej pouczające od Katynia. Winnica jest nie tylko "drugim", czy może właśnie "pierwszym" Katyniem, ale stanowi jego objaśnienie. Zaryzykowałbym zdanie, że bez zgłębienia sprawy Winnicy, nie podobna zgłębić sprawy Katynia.

***

W Winnicy wydobyto z grobów masowych 9432 trupy, w tej liczbie zwłoki 169 kobiet. Jest to cyfra przekraczająca dwa razy liczbę ustaloną Katynia. Merytorycznie Winnica nie jest obarczona komplikacjami Katynia. Nie ma i nie mogło być sporu co do terminu popełnionej zbrodni. Znalezione trupy były w stanie tak daleko posuniętego rozkładu, że próba oskarżenia o tę masakrę Niemców, poza oficjalną propagandą sowiecką, która może powiedzieć wszystko co chce na wewnątrz, nie mogła być podjęta na zewnątrz i dlatego nigdy nie znajdowała się w norymberskim akcie oskarżenia.

Masowy ten mord, dokonany nie w okresie wojennym, ale w latach pełnego pokoju, nie był spowodowany jakimiś nadetatowymi okolicznościami czy warunkami zewnętrznymi. Ofiary jego nie stanowiły żadnej, szczególnie nowej pozycji, jak w wypadkach jeńców polskich. Wymordowano osiadłą, miejscową ludność. Procedura mordu wskazuje, że odbył się on bez cienia t.zw. "nieuwiazki", nieskoordynowanej improwizacji, w atmosferze nerwowości, pośpiechu czy zaskoczenia. Przeciwnie: bez błędu, metodycznie, nieomal chciałoby się powiedzieć – w spokoju ducha, jak rzecz z dawna wypraktykowana.

Rzecz miała się jak następuje. W latach 1937-1938 dokonano w miasteczku Winnica, a głównie w jego okolicach, masowych aresztów. Aresztowanych osadzono częściowo w więzieniu N.K.W.D., częściowo w więzieniu miejskim. Przepełnienie było takie, jakie znamy, może nawet trochę większe. W niektórych celach ludzie mogli tylko stać, a kto chciał do kubła, tego podawano nad głowami, bo przecisnąć się nie było można. To są rzeczy stare.

Żony, matki, córki, szły naturalnie z węzełkami i stawały w kolejce przed bramą więzienną. Dopuszczano i nie dopuszczano, szykanowano, kazano przychodzić za tydzień, za dwa i t.d. Jak dotychczas nic nowego. Wreszcie po upływie miesięcy, roku, molestującym, rodzinom poczęto oświadczać: "Twój i t.d. skazany został na 10, 12, 15 lat zesłania, z zastosowaniem surowej izolacji, bez prawa korespondencji". Też nic nowego.

Ale już po tym pierwszym okresie, poszczególne wypadki wykazują przebieg bardzo zbliżony do przebiegu sprawy katyńskiej.

Oto żona aresztowanego, Ukrainka, obywatelka Anna Hodowańcowa, miała odwagę zwrócić się z podaniem do samego Stalina. I oto ten sam Wyszyński, w takich samych jak później słowach, odpisuje mianowicie, że "mąż jej został już wypuszczony na wolność"...

Obywatelce Winnicy Sawariewoj, Rosjance, odpowiadają, że jej mąż, b. pułkownik armii carskiej, lat 72, umarł na serce. Zresztą jego zesłanie mogło polegać też na omyłce. Być może więc: "sdiełali oszibku"...

Maria Zorina, składa podanie do Berii w sprawie swego męża Jakuba, lat 39, i otrzymuje odpowiedź, że mąż został zesłany na daleką północ.

Żona duchownego, Daria Bielecka, zwraca się również z pismem do Moskwy. Po upływie pół roku otrzymuje odpowiedź, że jej mąż, Leonid, lat 35, został zesłany bez prawa korespondencji.

Katarzynie Godlewskiej ze Żmerynki odpowiedziano, że męża przekazano do więzienia w Kijowie. Gdy się tam zwróciła, odpowiedziano, że go nigdy w tym więzieniu nie było.

Żona Grzegorza Antoniuka z Szerokiej Hrebli otrzymała na swe podanie odpowiedź po 2 latach.

Marii Korsakowej, Polce, lat 30, zamieszkałej w rejonie Chmielnika, poradzono pół żartem, żeby sobie ponownie wyszła za mąż.

Z zapowiedzianej już analogii nie trudno się domyśleć, że zarówno Hodowaniec, który według słów Wyszyńskiego miał już być na wolności, jak Sawariew, jak Zorin, rzekomo zesłany, jak Bielecki, jak Godlewski rzekomo w Kijowie, Antoniuk, Korsak i t.d. i t.d. wszyscy się odnaleźli, ale we wspólnych dołach z czaszką przestrzeloną w tyle głowy, razem z 9.500 innych.

***

Zanim jednak doszło do ustalenia tego faktu, życie popłynęło swoją koleją, normalnie, po sowiecku, szaro. Po wydeptanych ścieżkach szerokiej ongi Ukrainy. Zesłali znaczy zesłali i nadziei nie ma. Oto inna Bielecka, Olga Siergiejewna, primo voto Miśkiewiczowa, po aresztowaniu jej męża w r. 1937, chodziła-wychadzała chodnik do bramy więziennej, aż gdy jej poradzono, podobnie jak Marii Korsakowej, żeby sobie znalazła drugiego... straciła nadzieję. W beznadziejności swej pojechała aż do Swierdłowska, do kuzynki. Tam po roku poznała istotnie drugiego, wyszła za mąż. A później wróciła z tym innym. N.K.W.D. co dwa miesiące przedłużało jej prawo pobytu w odległości 60 km. od Winnicy i tak się żyło. No bo co robić? Aż po sześciu latach od dnia aresztowania pierwszego męża rozpoznała go w dołach śmierci; rozpoznała po krótkim kożuchu, a rozpoznała dlatego, że w swoim czasie załatała go kawałkiem własnego półkożuszka. Bo przecież całe życie łatało się jak można.

Życie, życie sowieckie! Ostrożnie, z omówieniami, z omijaniem sedna sprawy. Podobnie i zeznania świadków zaczynają się od masy nieistotnych szczegółów. Na przykład, że niejakiego Masłowa znali wszyscy w Winnicy, przynajmniej ci, co mieszkali w pobliżu szosy prowadzącej do Litynia. Twarz miał raczej ponurą, przepitą, pokrytą śladami ospy, i był stróżem sadu owocowego, i mieszkał tam sam jeden w małym budyneczku takim. Aha... Co robił? Pił. Żona mu umarła w r. 1935. A później żył z coraz to inną kobietą, które go wszelako opuszczały, bo je bił. Sam chodził w łachmanach, wiadomo, pijak. A ogród za dobrych, carskich czasów, należał do starowierskiej rodziny Stryłowych. A jakże, jeszcze tu mieszkają, ale w pobliżu mostu na [Południowym] Bugu... No więc, za bolszewickich czasów ogród ten wywłaszczono na rzecz N.K.W.D., a Masłowa przepędzono. Co to wszystko ma do rzeczy? A no, w ten sposób historia dowlecze nas do budowy nowego płotu, okalającego sad. N.K.W.D. zrobiło go tak szczelnym, żeby szpar nie było. Cóż działo się od tego czasu za tym płotem? Bóg ich wie? Czy to kto chciał się dowiadywać? Po co? Może... chyba że Skrepka, jeżeli coś wiedział... Afanasij Skrepka, człowiek już stary. Urodził się w Połtawie w r. 1886. Kowal, zamieszkały przy ul. Podlinnej 10, był pierwszy, który w marcu 1938 zapytał, ma się rozumieć tak niby, od niechcenia: – A co za tym płotem będzie?
– Park Kultury i Oddycha.
– Aha, no cóż, może i dobra rzecz...
Ale w nocy wlazł na drzewo, żeby zajrzeć do środka. Zobaczył wykopanych sześć dołów i zlazł drzewa. Tymczasem co noc zajeżdżały tam samochody ciężarowe, pokryte brezentem, i wyrzucały jakiś ładunek. Skrepka był zaprawdę dziwnym człowiekiem, bo po upływie roku jeszcze raz wlazł na to samo drzewo: widzi że za szeregiem zasypanych już dołów powstał ich nowy długi rząd...

Jeszcze jeden, o nazwisku Hulewicz, ze stacji hydro-biologicznej, raz się zatrzymał, spojrzał.
– Ty! – krzyknął strażnik pod płotem – czego stanął! Prowaliwaj swoją drogą!

Tak mijał rok 1937-1938-1939. W miasteczku liczącym zaledwie 70.000 mieszkańców, wymordowano z okolicznej ludności około 10.000 więźniów i zakopano ich w tymże miasteczku, a mianowicie: 5644 trupy w 34 dołach na miejscu b. sadu owocowego, 2405 trupów w 42 dołach na t.zw. cmentarzu N.K.W.D., 1383 trupy w 13 dołach na miejscu innego sadu owocowego.

I nic. A "Park Kultury i Oddycha" istotnie założono na wyrównanych grobach. Postawiono huśtawki. Dzieci się huśtały, latem.

***

W świetle tego najprostszego rozwiązania sprawy zyskujemy inną perspektywę na mord katyński. Przewiezienie 4200-4300 oficerów z Kozielska aż pod Smoleńsk, wydaje się w zestawieniu, szczytem trudu, jaki sobie bolszewicy zadali. Natomiast wersja o transporcie jeńców ze Starobielska pod Charków, oparta na jedynej wypowiedzi pewnego robotnika kolejowe[go], wydaje mi się dziś mniej konieczna, niż w czasie, gdy w swojej relacji powtarzałem ją za, świetną zresztą, nie przeznaczoną do druku monografią opracowaną w biurze gen. Kukiela. Niedawno opowiadała mi pewna Polka, że w okresie po "amnestyjnym" spotkała w Kazachstanie w pociągu, niejakiego Nieczajewa, Mikołaja Fiodorowicza z L., którego córka rzekomo pracowała w biurze starobielskiego obozu jenieckiego i miała wyznać ojcu, że tysiąc ludzi tego obozu wymordowano tuż pod miastem. Odrzuciłem tę wersję jako plotkę. Dziś rzecz ta nie wydaje mi się tak bardzo fantastyczna.

Co do losów przeszło 6000 jeńców z Ostaszkowa, istnieją dotychczas dwie wersje: wspomniana, wyczerpująca monografia gen. Kukiela, wskazuje Wiaźmę jako miejsce ginącego śladu. Mnie na podstawie innej wersji, bardziej prawdopodobną wydawała się stacja Bołogoje. Obydwie wersje były zresztą nikłe. Niedawno doskonały znawca tych rzeczy zwrócił mi uwagę, czy nie prościej założyć, że wszystkich ostaszkowców wymordowano gdzieś na tym samym jeziorze, otaczającym obóz, na przykład na okolicznych wysepkach? Istotnie, nam (a cóż dopiero mówić o opinii Zachodu!) trudno się oswoić z rozwiązaniem w tej sprawie najprostszym. Po prostu: oswoić.

***

Zachowanie się ludności sowieckiej jest właśnie najtrudniejszą rzeczą do wytłumaczenia obcym. Sowiety są krajem śmiertelnego milczenia. W rozmowach prywatnych mówi się rzeczy błahe. Okrzyki wydaje jedynie na rozkaz i wraca z meetingu ze wzrokiem wbitym we własne kalosze, kto je ma, albo w końce butów, kto je ma. Wersja, że Niemcy musieli już uprzednio wiedzieć o grobach katyńskich, a ogłosili wiadomość dopiero w chwili dla siebie odpowiedniej, jest nonsensem. Winnicę wykryto dopiero w trzy miesiące po Katyniu, w czerwcu 1943. Okoliczności towarzyszące temu odkryciu były takie same: nawet pierwsze, nieśmiałe półsłówka, podszepnięto też jakimś Polakom w armii niemieckiej, czy też tylko mówiącym po polsku, ale również bez większego efektu. Wiedziało sporo, domyślało się więcej, nie meldował nikt. A już nikt absolutnie nie chciał być pierwszy. A przecież tam zakopani byli nie obcy przybysze, ale swoi, najbliżsi! – Świadkowie tych dni, Ukraińcy, rozproszeni są dziś po Europie i Ameryce.

Trzeba nie tylko znać, ale naprawdę rozumieć system sowiecki, by jak to powiedziałem, oswoić się, że – tam ... mord masowy popełniony być może w każdym miejscu. Ale na jego wykrycie czekać można latami, nawet po przepędzeniu bolszewików.

***

Ani Winnica, ani Katyń nie są objawami jakiegoś odosobnionego wyskoku, ale ogniwami w łańcuchu systemu. Wskazują na to nie tylko analogie, ale i różnice między nimi. Katyń stanowił znaczne ułatwienie dla mechaniki samego mordu. Tam był las, a nie miasto. Można było więc strzelać wprost nad grobem i zwozić w tym celu żywych ludzi. Zakopywać nie śpiesząc, w biały dzień i bardziej płytko. Jeden z grobów mieścił 2.500 zwłok. W Winnicy groby były w śródmieściu, więc mordowano na podwórzu więziennym a trupy zwożono w nocy. Przygotowanie grobów w obydwóch wypadkach było równie, solidne, fachowe. Ale w mieście musiały mieć mniejsze rozmiary, gdyż nie mogły, wypełnione trupami, pozostawać otwarte i zakopywane być musiały zaraz. Stąd największy z nich, nr 24a zawierał 284 (w sadzie), najmniejsze (nr nr 35, 39, 40 na cmentarzu N.K.W.D.) zaledwie po 6, 8 i 4 trupy. Przeciętnie w "sadzie" od 100 do 200; na "cmentarzu N.K.W.D." po kilkadziesiąt; w "Parku Kultury i Oddycha" po sto przeszło. Warstwa ziemi nawierzchniej musiała być prawie dwa razy grubsza niż w Katyniu, a to w obawie by swąd trupi się nie wydzielał. Wapno i inne i środki dezynfekcyjne zastosowane były fachowo.

W Winnicy wszyscy mężczyźni mieli ręce skrępowane sznurami z powodu, o którym niżej będę mówił. Węzeł był mniej doskonały niż w Katyniu. Mężczyźni i kobiety starsze były ubrane. Wszystkie młode kobiety – nagie.

Najstraszniejszy jednak, budzący naprawdę dreszcz grozy, był sposób mordowania w Winnicy; w zestawieniu z nim niemieckie kurki gazowe i nawet strzały katyńskie jeszcze wydają się "humanitarne"!... W Katyniu, jak wiadomo, strzelano w głowę z pistoletu automatycznego kal. 7,6 kulą opancerzoną, a więc nie tylko większych rozmiarów, ale od razu przebijającą czaszkę. Z tego, że nikt prawie w okolicy Kozich Gór nie słyszał strzałów, wnioskować można, iż nośność głosu, odległość od domów, głuszące działanie lasu, procent możliwego zasłyszenia huku przez mieszkańców i t.d., wszystko to wzięte było pod uwagę; broń użyta nie była przypadkowa, ale dobrana fachowo. Tak samo rzecz była uwzględniona w Winnicy, w warunkach odmiennych. Zastosowano tu wprawdzie stary, czekistowski sposób zapuszczanych motorów, widocznie jednak kal. 7,6 z opancerzoną kulą uznany był za zbyt głośny. Wobec tego mordowano ludzi z najmniejszego kalibru 5,6 nieopancerzoną kulą ołowianą! Kule tego typu nie zawsze i nie dość skutecznie przebijały kości czaszki, dlatego ludzie musieli być skrępowani, aby wytrzymać dłuższą procedurę mordu i aby zapobiec wszelkim niespodziankom, szamotaniu się i t.d. Strzelano też z reguły do każdego człowieka dwa razy; w 78 wypadkach po trzy razy; w 2 wypadkach po cztery. Do wielu jednak, wbrew wyraźnej instrukcji, tylko raz. Ale nawet w wypadkach podwójnego strzelania, śmierć nie zawsze następowała natychmiast. W ten sposób niektórzy grzebani byli jeszcze żywcem, na co wskazała obdukcja, która u kilku ofiar ustaliła piasek głęboko w przełyku.

Ogółem musiano oddać około 20.000 strzałów, przytykając lufę z tyłu do głowy żyjącego człowieka. Ale ewentualne "nieuwiazki" i w tym wypadku były przewidziane. Człowiek po otrzymaniu nawet kilku małych, ołowianych kulek i mimo skrępowania, mógł się jeszcze rzucać i nawet bronić. Dowodzi tego fakt, że w 395 wypadkach roztrzaskano czaszkę, zdaje się nie kolbą karabinu, ale specjalnie w tym celu skonstruowaną maczugą.

***

Właściwym kluczem do rozpoznania systemu jest przede wszystkim sprawa dokumentów i ubrań.

Od kwietnia 1943, gdy się rozeszła pierwsza wieść o Katyniu, głosy sceptyczne głównie na ten szczegół kładły nacisk. Od chwili mego powrotu ze Smoleńska w końcu maja t.r. i później, gdy poświęciłem się badaniom zbrodni katyńskiej aż do dziś, ciągle spotykałem się z niedowierzaniem i zapytaniem: w jaki sposób bolszewicy mogli dopuścić do takiej "nieostrożności", by przy trupach pozostawić wszystkie ich osobiste dokumenty? W jaki sposób, przy głodzie ubrań, a zwłaszcza obuwia, nie pokusili się zedrzeć tysięcy, z najlepszej skóry, oficerskich butów, które sam oglądałem następnie rozmiękłe na gąbkę i po wydobyciu z grobu robiące wrażenie gumowych?

Wyjaśnienie było raczej łatwe: nie mogli się wtedy spodziewać, że ktoś będzie w stanie rzeczy te wykopać. Następnie, chodziło widocznie o to, by fason butów i ubrań nie rozpełzł się po kraju i nie powodował drażliwych komentarzy i t.d. Przyznam jednak, że ta okoliczność budziła i we mnie wrażenie czegoś zrobionego nagle, raczej nieprzemyślanej improwizacji, niż systemu. Otóż właśnie przeciwnie: to był najcharakterystyczniejszy szczegół systemu.

W Katyniu zaszła jedynie ta innowacja, że osobisty, ręczny "bagaż" oficerów, jakieś tam ich węzełki, teczki, worki i temu podobna nędzarska własność obozowa, nie została zakopana wraz z trupami, ale odwieziona z powrotem na ciężarówkach z niewiadomym przeznaczeniem.

W Winnicy wywoływano ludzi z celi na śmierć, "s wieszczami", co normalnie istotnie oznacza raczej zesłanie. Po wyprowadzeniu na dziedziniec wewnętrzny, nie tylko nie obdzierano ich z ubrań (wyjątek stanowiły, wspomniane już, młode kobiety), ale zwożono trupy do dołów, łącznie z ich "wieszczami".

Bardziej jeszcze charakterystyczny był stosunek do dokumentów. W obozach jenieckich ludzie mieli je, w większości wypadków, przy sobie; ale nie dlatego i nie przypadkowo znalazły się w grobie. Wręcz przeciwnie wymagał tego system: "Prowaliś skwoź ziemliu!". I człowiek, i jego rzeczy, i jego dokumenty! – W więzieniu dokumenty były zabierane i wraz z aktami sprawy przechowywane w kancelarii. W wypadkach normalnego zesłania musiały iść "tuda-że", za człowiekiem; w wypadkach zesłanie na... śmierć, szły więc również: "tuda-że"... w ziemię. – System ten można uważać za celowy lub nie, mnie osobiście zdaje się, że prościej było dokumenty spalić, ale co kraj to obyczaj, pozostaje tylko stwierdzenie że taki system przyjęto. A stosowany był do tego stopnia rygorystycznie, że ponieważ więźniowie w Winnicy nie mieli dokumentów przy sobie, transportowano je z więzienia oddzielnie i zakopywano w specjalnym grobie. Tak np. odnaleziony w "sadzie" grób nr 15a wypełniony był wyłącznie dokumentami, nie tylko osobistymi, ale aktami sprawy wstecz, aż do protokółu "obyska", rewizji, włącznie!"" Wróćmy jeszcze raz do sprawy rzeczy: niektóre z nich, przynoszone przez rodziny, a nie oddane więźniom, były segregowane jeszcze za ich życia. Np. ubrania osobno, buty osobno. -- Budowa Szczęśliwej Socjalistycznej Republiki nie działa w imię korzyści osobistych ale w imię haseł wzniosłych. Nie rabuje się osobistej własności. Więc w Winnicy do grobu nr 18 zsypano całe obuwie, a do grobu nr 20 wszystkie niedoręczone ubrania. Natomiast z węzełków, które ludzie mieli przy sobie, gdy umierali na dziedzińcu więziennym, czyniono następnie w grobach górną warstwę, przykrywając nią warstwy trupów; w ten sposób uzyskiwano dodatkową izolację, na którą szła dopiero ziemia. Pomiędzy tymi węzełkami leżały jedynie nieliczne trupy. Były to zwłoki więźniów zatrudnionych przy zakopy­waniu grobów. Co pewien czas strzelano ich, już na miejscu (niektórzy świadkowie słyszeli pojedyncze strzały w nocy, ale, powiadali, rzadko), zrzucano do jednego grobu, który już zakopywała obsługa N.K.W.D. Żadnej improwizacji, wszystko było przewidziane do najdrobniejszych szczegółów.

***

Identyfikacja zwłok w r. 1943 w Winnicy odbywała się głównie w ten sposób, iż wydobytą odzież rozwieszano na sznurach. Tysiące okolicznych rodzin schodziło się na miejsce i szukało znajomych rzeczy, rozpoznawało łaty, guziki, wzory wyszywane na koszulach. Odcyfrowano również co można było odczytać z dokumentów. Ciała były z reguły nie do poznania, prócz kilku charakterystycznych kalek. Natomiast raczej pozna[wano] po częściach ubrania: palto kożuszek i znowu jakaś cera na łokciu, którą żona własnoręcznie wypracowała.

Zidentyfikowano zaledwie 679 zwłok na ogólną liczbę 9432. – Kim byli pomordowani? Ukraińcy. W przytłaczającej większości chłopi, z pewną domieszką robotników, księży prawosławnych; znikomy procent inteligencji. Trochę Rosjan. Sporo Polaków.

Analiza strony politycznej wymagałaby specjalnego rozdziału. Krótko nadmienić wypada, iż były to lata (1937) niezakończonych czystek, okres po-kirowski, po-jeżowszcziny; poza tym likwidacja resztek religijnych "zabobonów". Zlikwidowanie cerkwi pobudziło ruchy sekciarskie, a powstawały również i tajne bractwa. Jedno z takich nosiło nazwę "Prawdziwych Greko-Prawosławnych Chłopów Archanioła Michała". Bliższych szczegółów nie udało mi się na razie uzyskać. Emigracyjne sfery ukraińskie przypuszczają, iż możliwie była to tylko sekta religijna. Powstaje pytanie: dlaczego ci właśnie, w bolszewickim systemie eksterminacyjnym, otrzymali kategorię: "śmierć", zamiast kategorii: "obozy"? Jeden z wybitnych Ukraińców mówił mi, że w tym okresie wstrzymane były zsyłki do łagrów ludzi, których uznano za szczególnie niebezpieczny "aktyw kontrrewolucyjny", wobec zaszłych wypadków buntu na północy. Że w tym czasie podobne masowe egzekucje odbywały się na terenie całej Ukrainy, tylko że miejsca kaźni pozostały niewykryte. Osobiście sądzę, iż mogły tu działać również okoliczności poboczne, bądź przepełnienie na północy, bądź brak transportów, bądź wiele czynników łącznie. W zależności od tego, pojęcie "aktywu" przeznaczonego do uśmiercenia, musiało ulegać wahaniom. Ale mordy masowe były i pozostały regułą(*).

***

Źródła niemieckie wśród listy zidentyfikowanych, wymieniają jako narodowość ustaloną, 28 Polaków: Bonifacy Jakubowski, aresztowany 18 kwietnia 1938; Józef Brunecki aresztowany 1 stycznia 1938; Bolesław Strzylecki, Chmielowski, Józef Merynowicz, Michał Radecki, aresztowani 27 listopada 1937; Adam, Józef i Wojciech Hłuszko, Wojciech Samosienko, Antoni Malicki, Kazimierz Bogucki, Leon Soroczyński, Albin Podhorecki, aresztowani w grudniu 1937; Feliks Petliński, Adam Krawiec, Dominik Kwaśnicki, Franciszek Harasz, Franciszek Krawczyk, Franciszek Nowicki, Stanisław Prozołowski, Józef Czajkowski, Zygmunt Kłodnicki, Stefan Antoniuk, Feliks Rybicki, Tadeusz Zalewski, Wacław Konopko, aresztowani w różnych miesiącach 1938. Prócz tego jednak widnieje szereg nazwisk bez określonej narodowości, które z brzmienia również wydają się być polskie, np. Adolf Rutkowski, Stanisław Kowalski, Jadwiga Rolińska, Paulina Kwaśniewska, Karol Słowacki, Maria Waszniewska, Franciszek Jasiński, Apolinary Skrzeszewski, Bronisław Zaleski, Wacław Łukaszewicz, Feliks Radzichowski, Bronisław Żdanowicz. Stanowiłoby to około 6% zidentyfikowanych. Można by stąd wnioskować, iż leży tam około 560 Polaków, których krew zmieszana została z krwią i ziemią ukraińską.

Gdybyż przynajmniej ten straszny los stał się nie tylko kluczem do rozeznania morderców, ale również do zrozumienia więzów jakie łączą tych wspólnie zakopanych pod Parkiem Kultury i Odpoczynku.

(*) Artykuł niniejszy napisałem jeszcze przed zapoznaniem się z bardzo ciekawym listem p. Bohdana Dolińskiego w nr. 293 "Wiadomości". Mówi on o wrzeniu na Ukrainie i partyzantkach, do których należeli zarówno Ukraińcy jak Polacy, właśnie w tych latach, 1936-1937. Nie jest, wyłączone, że była to jedna, a może główna przyczyna masowych aresztów, a później masakry w Winnicy. Tym bardziej że w grobach odnaleziono zarówno zwłoki Ukraińców jak Polaków.

powrótstrona główna