List JM do redakcji "Nowego Świata" (Nowy Jork), opublikowany w gazecie 11 maja 1970 i przedrukowany w broszurze Pod pręgierzem

 

Wielce Szanowny Panie Redaktorze,

W odpowiedzi na uprzejme zaproszenie Pana z dn. 14 kwietnia, zabieram głos w sprawie, która na łamach NOWEGO ŚWIATA z 11 kwietnia 1970 ukazała się pod tytułem: „Sprawa Józefa Mackiewicza. Specjalny wywiad z mec. Stefanem Korbońskim”. Czynię to w drodze szczególnego wyjątku, gdyż oszczerczą kampanię przeciwko mojej osobie postanowiłem ostatecznie zamknąć oświadczeniem opublikowanym w paryskiej „Kulturze” (nr 117/18, lipiec - sierpień 1957. Str. 223-5). Do poczynienia obecnie tego wyjątku skłania mnie zarówno znakomite oświadczenie Pana (z października 22, 69) o nowym programie pisma, jak zachęcenie do obiektywizmu historycznego, którego brak odczuwał się doprawdy tak bardzo w dotychczasowych, ciasnych ramach piśmiennictwa emigracyjnego. Oby projektowane przez Pana rozszerzenie horyzontów naprawdę wolnej myśli polskie udało się Panu utrzymać w całej rozciągłości.

Nawracając do „sprawy”, o której wspomina Pan w Jego liście do mnie, że bywa „nawet przedmiotem niewybrednych paszkwili” — muszę niestety stwierdzić, że wypowiedzi p. Korbońskiego należą do tej właśnie kategorii. Niech mi wolno też będzie wyrazić moje zaskoczenie, że redakcja NOWEGO ŚWIATA w tej właśnie sprawie zechciała się zwrócić do osoby p. Korbońskiego, jakoby stanowiła ona jakowyś autorytet moralny lub mogła udzielić bezstronnej oceny, nie obciążonej osobistą urazą.

Zapewne nie wszyscy czytelnicy NOWEGO ŚWIATA wiedzą o tym, co osiem lat temu w książce mojej pt. „Zwycięstwo Prowokacji”, wydanej w roku 1962. pisałem o p. Korbońskim. Napisałem - w rozdziałach pt. „Kolaboracja z wrogiem komunistycznym” i „«Legioniści» na wywrót” – m.in. co następuje:

„... znaczna część przywódców podziemia i AK włączyła się w nurt kapitulacji i dalszej współpracy z komunizmem. Nie przeszkodziło to jednak niektórym z nich zająć później na emigracji ponownie kierownicze pod względem politycznym, a sztandarowe nieomal pod względem narodowym, stanowiska. Dla przykładu przytoczyć wystarczy osobę, wspomnianego wyżej, «ostatniego Delegata Rządu na kraj», Stefana Korbońskiego. Oto co pisała w tej sprawie wychodząca w Londynie "Myśl Państwowa" (nr l, październik 1954, str. 8) w artykule pt. «Trzy rodzaje uchodźców», podpisanym pseudonimem HAK, znanego dziennikarza polskiego, Henryka Kleinerta (zmarłego 18. 6. 1956):

«Ostatni delegat rządu na kraj przestał uznawać rząd i prezydenta R. P. a uznał Bieruta. Gdy ... zwrócono się do delegata rządu, aby pieniądze rządowe i środki łączności z Londynem oddał do dyspozycji tych, którzy mają zamiar prowadzić dalej akcje oporu, p. Korboński odmówił... W każdym razie ostatni delegat rządu na kraj wszystko przekazał Bezpiece.

P. Korboński współpracował z reżymem lojalnie. Został posłem, uchwalał co trzeba uchwalać było. Zerwanie nastąpiło nie z jego woli i winy, a po prostu dlatego, że reżymowi już na dalszej współpracy z p. Korbońskim i jego przyjaciółmi politycznymi nie zależało. Odegrali swoją rolę i stali się zbędni...

B. ostatni delegat rządu na kraj znalazłszy się zagranicą nie ogłosił, że jego decyzja z r. 1945 była błędna. Uznawał nadal Jałtę i Bieruta. Jedyną tylko miał do Bieruta pretensje, a mianowicie, że nie wykonuje postanowień jałtańskich w polityce wewnętrznej w Polsce, i odtrąca p. Korbońskiego i współtowarzyszy od współpracy z sobą.

... Ostatnio p. Korboński uzyskał duży rozgłos swą książką "W imieniu Rzeczypospolitej" Tytuł wzięty z pierwszych słów wyroków wydawanych przez sądy w imieniu tej Rzeczypospolitej, którą p. Korboński zdradził, przechodząc do Bieruta. Obecnie w aureoli sławy autorskiej p. Korboński poczuł się powołany do ferowania wyroków o ludziach na uchodźtwie. Opublikował w prasie niegodną i niską napaść na osobę prezydenta R. P. ... O wartości człowieka świadczą słowa głoszone i czyny, popełniane w poczuciu całkowitej bezkarności. A przecież p. Korboński poucza z namaszczeniem wszystkich co powinni robić i jak się zachowywać... Może za parę miesięcy czy lat doczekamy się, że b. towarzysz Światło zacznie nas pouczać i wynosić wyroki o ludziach uchodźctwa walczącego». — Koniec cytaty z "Myśli Państwowej"”.

Przy całej skromności osobistej, ale w świetle tej relacji historycznej, doprawdy — że użyję słów samego p. Korbońskiego: „język mi się cofa przed wypowiedzeniem razem” z moim, nazwiska p. Korbońskiego. — Tyle ad personam.

* * *

Przechodzę do — ad rem:

To co powiedział o mnie p. Korboński w swym wywiadzie jest oszczerstwem i fałszem w każdym prawie jego twierdzeniu. Byłoby jednak zbyt dużym uproszczeniem, gdybym chciał utrzymywać, iż jedyną pobudką p. Korbońskiego jest nieco spóźniona, po ośmiu latach, okazja osobistego odwetu. Raczej dostrzegam tu dalszy ciąg tej samej kampanii, która rozpoczęła się podczas wojny z inspiracji komunistycznej, a po wojnie podejmowana jest co pewien czas i na emigracji, w dziwnej synchronizacji z każdorazowym nasileniem nagonki na mnie w komunistycznej Warszawie.

Właśnie wznowienie tej kampanii nastąpiło w roku 1969, po ukazaniu się cyklu moich artykułów, a zwłaszcza ostatniej mojej książki pt. ,,Nie trzeba głośno mówić”. Zgodnie: tam i tu.

Jestem świadkiem koronnym zbrodni katyńskiej; byłem zaproszony przez Komisję Kongresu Amerykańskiego w charakterze rzeczoznawcy do oceny komunikatu sowieckiego; jestem autorem książki o zbrodni katyńskiej, która ukazała się w sześciu językach i rozeszła dosłownie po całym globie. Jestem autorem uznanym w Warszawie za najbardziej nieprzejednanego wroga komunistycznej „Polski Ludowej” (Radio warszawskie z 20 lutego. 1958)

Nie zorientowany czytelnik, słusznie zapytać może: No, dobrze, nagonka ze strony komunistycznej Warszawy, rzecz zrozumiała. Ale dlaczego podtrzymywana jest na emigracji, i to nieraz przez osoby deklarujące publicznie swoje antysowieckie stanowisko? — Ażeby wyjaśnić, dlaczego teraz, po 25 latach okupacji komunistycznej Polski, ja, największy wróg tej okupacji, zwalczany jestem z taką namiętnością również przez pewną inspirację na emigracji, musimy odsłonić kulisy gry politycznej. Nie wszyscy może zdają sobie sprawę z przepaści, jaka zachodzi pomiędzy propagowanym przeze mnie dążeniem do obalenia ustroju komunistycznego w Polsce — a propagowanym przez innych dążeniem tylko do jego „ulepszenia”, „poprawienia”, nadania komunizmowi „ludzkiej twarzy”. Czyli pomiędzy zewnętrzną negacją tego, co jest, a wyłącznie lojalną „wewnętrzna opozycja” do tego, co jest w Polsce; tzn. nie zwalczania ustroju komunistycznego, lecz „złych” ludzi tym ustrojem rządzących. Taka właśni przepaść dzieli stanowisko materialnie silniejszej na emigracji kliki, która zrywając z antykomunizmem, szuka możliwości wspólnej drogi z ustrojem komunistycznym („socjalistycznym”) w imię „wspólnej sprawy” — od mego stanowiska, który tę politykę z obcej inspiracji, i za obce pieniądze uprawianej, demaskuje. W miarę mych słabych sił i możliwości.

Nie wszyscy też zdają sobie może sprawę z analogii, jaka zachodzi pomiędzy politycznym stanem obecnym i stanem z okresu okupacji podczas wojny. Wtedy też z obcej inspiracji (nacisku) staliśmy się „sojusznikiem” we „wspólnej sprawie” — de facto — najeźdźcy sowieckiego. Odrzucając („ślepy”) antykomunizm, szukaliśmy „wspólnej” z komunistami drogi.

Minister Beck odrzucił przed wojną wszelką „pomoc” ze strony Związku Sowieckiego, gdy mieliśmy jeszcze państwo, nienaruszone granice, armię regularna. Rozumując słusznie, że wkroczenie wojsk sowieckich na nasze terytorium przeistoczy Polskę w komunistycznego wasala. Było to zresztą dla wszystkich wtedy jasne. Podczas wojny nie mieliśmy ani granic, ani regularnych władz i wojska, ani policji. Polska bezbronna stanęła otworem dla szerokiej penetracji komunistycznej, tym bardziej, że podsycanej przez obłędne metody terroru hitlerowskiego. I wtedy raptem uznalisrny Sowiety za naszego sojusznika względnie (po zerwaniu przez nich — nie przez nas — stosunków dyplomatycznych) za „sojusznika naszych sojuszników".

Otóż ja w tej postawie udziału brać nie chciałem. i nie brałem. Przeciwnie, w miarę mych skromnych sił i możliwości, na skromnym odcinku wileńskim, usiłowałem ludziom politycznego podziemia, z którymi się stykałem, przedstawić fatalne konsekwencje tej postawy. Składałem memoriały, puściłem w obieg tajny maszynopis książki; zjednałem dużo zwolenników. Nie miało to oczywiście nic wspólnego z jakimkolwiek proniemieckim stanowiskiem. Wręcz odwrotnie: ciągle, aż do końca okupacji. przestrzegałem, że — wobec barbarzyńskich metod hitlerowskiego terroru — cień chociażby współpracy z Niemcami będzie jednocześnie ciosem śmiertelnym dla każdej akcji antykomunistycznej, gdyż skompromituje ją w zarodku.

* * *

Drogi Panie Redaktorze — nie wnikając w słuszność lub niesłuszność moich poglądów — chciałbym zwrócić uwagę, że to co poniżej — publikuję drukiem poraz pierwszy. Dlatego muszę się zastrzec kategorycznie przeciwko interpretacji, jakoby jest to z mojej strony jakowaś „obrona”. Ja wiem, że dotychczasowi oszczercy czyhają tylko na to, aby zmusić mnie do postawy „obrony”, a samym występować w postawie „oskarżycieli”. Nie, jeżeli już o „oskarżenie-obronę” chodzi, to raczej ja poczuwam się (jakkolwiek obca mi jest ta maniera) do oskarżania tych, którzy w latach wojny przyczynili się najbardziej do moralnego rozbrojenia i psychicznego załamania narodu wobec dzisiejszego okupanta komunistycznego. Już wtedy „Podziemie”, A. K. przeszpikowane było wtyczkami komunistycznymi, abstrahując naturalnie od jawnych stronników prosowieckiej orientacji politycznej wśród miarodajnych dyspozytorów. Wszystkim to było dobrze znane i nawet gen. Bór potwierdził ten stan rzeczy w jednym z oficjalnych raportów. Otóż w takim to czasie i warunkach w podziemnym czasopiśmie wileńskim „Niepodległość” ukazuje się raptem oszczercza napaść na mnie, o ile pamiętam pt. „Trzej panowie z Gońca”. Nie pomawia mnie wszakże ona — jak twierdzi p. Korboński — o współpracę z niemieckim „Gońcem Codziennym”, lecz zgoła o udział, wraz z dwoma innymi osobami, w spółce wydawniczej tego pisma; oraz o zarobki z tego tytułu sięgające, nie pamiętam dokładnie, bodaj 300 tysięcy marek miesięcznie, w każdym razie cyfry zawrotnej.

Oskarżenia są jawnym nonsensem. „Goniec Codzienny” był urzędowym (innych zresztą nie mogło być) pismem niemieckim w języku polskim. Wydawany mógł być tylko przez rząd, odnośne instancje propagandy, ale nigdy przez spółki prywatne! O tym wiedział każdy normalny człowiek. Co zaś dotyczy krociowych zarobków, to wszyscy, którzy mnie znali wtedy, wiedzieli, że mieszkam poza Wilnem, w odległym o 12 kilometrów Czarnym Borze, zaledwie kilka razy na miesiąc przychodząc do miasta piechotą, i akurat w tym czasie w skrajnej biedzie, nędzy prawie. Absurdalność tych „zarzutów” była zatem wyjątkowo oczywista. Ale, jak to nas uczy szkoła sowiecka, ani prawdziwość, ani prawdopodobieństwo nawet oskarżeń nie jest ważne. Ważne jest oskarżenie samo. Powstaje wtedy fama, której niepodobna nic przeciwstawić. W danym jak ten wypadku „wykańcza się” kogoś, kogo się chce zlikwidować politycznie, skuteczniej, niż kulą w łeb. Wymieniony bowiem z imienia i nazwiska nie może żądać odwołania, sprostowania, czy przeproszenia w prasie - podziemnej!.. Bo za taki kontakt automatycznie trafiałby do Gestapo.

Doniesiono na zaraz, że autorem artykułu jest niejaki Wroński, za poprzedniej okupacji sowieckiej gorliwy współpracownik „Prawdy Wileńskiej”. Za niemieckiej, wtyczka komunistyczna i gorliwy współpracownik podziemnej „Niepodległości” polskiej.

Ale znowuż byłoby uproszczeniem, gdybym chciał twierdzić, że rzecz wyczerpywała się wyłącznie w sferze intrygi komunistycznej. Oszczerstwo spreparowane, choć tak niechlujnie, przez Wrońskiego i powstała wskutek tego wroga dla mnie „fama”, była wysoce na rękę wielu moim zażartym przeciwnikom. A tych nie brakowało i nie brakuje mi nigdy. A już szczególnie wtedy.

To był początek, i — zarazem: wszystko. Bo od tego początku poszły dosłownie wszystkie inne wersje późniejsze w postaci „współpracy z Niemcami”, etc., etc., etc. — Jest naiwne pytanie, które NOWY ŚWIAT stawia p. Korbońskiemu: „Może Mackiewicz nie zdawał sobie sprawy z karalności jego współpracy?”... I jest f a ł s z e m odpowiedź na to p. Korbońskiego, jakobym został „ostrzeżony przez władze podziemne”. — Natomiast w całym wywiadzie brakuje najważniejszego pytania. Na .jakich dowodach opiera p. Korboński swe oszczercze twierdzenia? — Takich dowodów oczywiście nie było i nie ma, gdyż być ich nie mogło. Za dowody posłużyła ta fama rozdmuchana wtedy i teraz, przez tych którym na jej rozdmuchaniu zależało i dziś zależy. A nie zaprzeczona przez tych, którym na takim zaprze czeniu nie zależało i nie zależy.

Jest dalej wierutnym fałszem twierdzenie p. Korbońskiego, jakobym składał prośbę o „możność zrehabilitowania” (!) ... etc., „dowiedziawszy się prywatnymi drogami...” etc. — Byłem w stałym kontakcie z ludźmi podziemia, którzy podzielali moje poglądy. Zwłaszcza osobiście zaprzyjaźniony z pisarzem Sergiuszem Piaseckim, który należał wówczas do tzw. „egzekutywy” i który własnoręcznie zastrzelił redaktora ,,Gońca”, Ancerewicza. Dopiero na nalegania tych przyjaciół, szczególnie zaś zajmującego wybitne stanowisko w podziemiu A... . (pełne Jego nazwisko wymieniam w mojej ostatniej powieści), zgodziłem się napisać, ale nie żadna „prośbę o rehabilitację”, lecz odwrotnie — skargę do tzw. „prokuratury” podziemnej, na oszczerstwa Wrońskiego. Z dzisiejszej perspektywy wstydzę się swej małoduszności odwoływania do ludzi, z których wielu wypełnia dziś komunistyczne ,,Zbowidy” itp., i którymi szczerze nieraz gardzę. Ale wówczas nie miało się jeszcze tej perspektywy, a miało trochę złudzeń. — Przyjaciel mój, A...., z dużym poświęceniem ujął sprawę „w swoje ręce”, i — w krótkim czasie został aresztowany, i zamęczony w piwnicach Gestapo ... On, który był zakonspirowany lepiej od innych! W okolicznościach, jak to potwierdził po wojnie Piasecki, nader podejrzanych. Osobiście twierdzę, że został wydany. Wtedy to Piasecki dokonał owego słynnego włamania w biały dzień z pistoletem w ręku do biura, w którym pracował aresztowany i wyratował z jego szuflady tajne dokumenty, a m. inn. i moje podpisy, które o włos wpadłyby w ręce Gestapo.

Takie to bywały perypetie owych czasów, o których dziś czytamy tylko monotonną, licencjonowaną bohaterszczyznę. W takich to czasach, przyznaje się, do popełnienia jeszcze jednej małoduszności. Wiosną roku 1943, dowiedziawszy się że Niemcy poszukują mego adresu, aby zaprosić mnie na wyjazd do Katynia, ja, nie krepowany przecie niczym, uzależniłem tak niezmiernie ważną sprawę obejrzenia osobiście miejsca zbrodni od — decyzji władz podziemnych. Ukryłem się do czasu, aż przedstawiłem tę okazję na placet tych władz. Dziś wstydzę się tego i wykreślam z pamięci. W biografiach mówię krótko: „pojechałem na zaproszenie niemieckie”, i basta. Wszelako wspominałem o tym w poprzednich relacjach z Katynia i w zeznaniu przed Komisja Kongresu. Teraz zahaczam tu o ten epizod, gdyż wiażę się bezpośrednio ze szczytowym punktem rozpętanej na mnie nagonki. Na tajnym zebraniu odbytym w lokalu przy ul. Kalwaryjskiej w Wilnie, zdecydowano że nie tylko mam jechać, ale na żądanie Niemców — czego najeżało się oczywiście spodziewać — powinienem opublikować artykuł w ich „Gońcu Codziennym”, jako że pismo mimo wszystko jest czytane. Nie mając zaufania do tej ostatniej decyzji, oświadczyłem, że co najwyżej udzielę wywiadu o tym co widziałem. — Wracając z Katynia przez Warszawę, złożyłem stenograficzne sprawozdanie na ręce dwóch znanych mi osobiście przedstawicieli „Podziemia”, w lokalu przy placu Dąbrowskiego. Ale już tam dowiedziałem się, że zapanowała oficjalna tendencja przedstawiać rzeczy tak, jakoby: „Niemcy ze swej strony, też dosypali do grobów katyńskich trupy, przez siebie gdzieindziei pomordowanych”... Z tym kompromitującym fałszerstwem nie mogłem się zgodzić. (Póżniej było ono starannie zacierane. Ale zetknąłem się z nim jeszcze, gdy zaraz po wojnie, na zlecenie 2 korpusu w Rzymie, opracowywałem dokumenty do pierwszej książki o Katyniu).

Po powrocie do Wilna, w maju 1943 złożyłem jeszcze jedno sprawozdanie na ręce zastępcy komendanta AK., wręczyłem mu pełny koszyk dowodów rzeczowych zebranych na miejscu zbrodni (o strasznym trupim smrodzie!) i udzieliłem przewidzianego wywiadu dla „Gońca Codziennego”, mówiąc o tym, co widziałem na własne oczy.

Od tej chwili datuje się rozpętanie zwielokrotnionej nagonki na moją osobę. Wymyślano najróżniejsze rzeczy, aż do takiego oszczerstwa, które sugeruje p. Korboński. Bolszewicy mogli mnie, gdyby chcieli, z łatwością zastrzelić. Mieszkałem w dalszym ciągu w małym, samotnym domku w lesie. Ale to mogłoby — po Katyniu — sprawić złe wrażenie. Woleli zainspirować kampanię „polskimi” nie tyle rękami, co językami. Do tego włączyło się, jak mnie poinformowali zaufani ludzie, niezadowolenie BIP-u Komendy Głównej AK w Warszawie z władz wileńskich, że udzieliły mi placet na wyjazd do Katynia. Tegoż samego BIP-u (Biuro Informacji i Propagandy), na czele którego stał znany pułk. Rzepecki, który za czasów Gomułki ogłosił v Warszawie swe, merdające ogonem przed komunistami, „Wspomnienia”.

Jeszcze raz popełniłem błąd zgadzając się na poddanie „mojej sprawy”, po wojnie, sądowi koleżeńskiemu Związku Dziennikarzy przv 2 Korpusie w Rzymie. — Jest fałszem co mówi p. Korboński, że sad: „rozpatrywał jedynie okoliczności podane mu przez Mackiewicza”. Było wręcz odwrotnie: przesłuchał wyłącznie świadków „oskarżenia” i ani jednego świadka „obrony”. Ale nikt nie mógł dostarczyć najmniejszego chociażby dowodu, a tylko strzępy plotek zasłyszanych od trzeciej i dziesiątej osoby, jakoby... Sąd umorzył sprawę z braku jakichkolwiek dowodów. — Sądziłem naiwnie, iż rzecz się na tym wyczerpie. Odwrotnie, rozpętała tym większą zaciętość tych, których pośrednio przygważdżała jako fałszerzy prawdy i oszczerców. Wtedy zrozumiałem swój błąd, że nie można odwoływać się do instancji społecznych, jak długo przewagę w tej społeczności sprawuje klika b. sojuszników obecnego okupanta, przybranych w nietykalne togi „bohaterów narodowych”. — (Nigdy nie należałem do NSZ, i nie podzielam ich poglądów. Wszelako przyznać muszę rację temu, co piszą w swym ostatnim „zeszycie” wydanym w Ameryce, o polityce podziemnej Delegatury Rządu i BIP-u AK, iż cechowała ją „obawa by nie powstał i nie scementował się przyszły front antykomunistyczny w kraju”. — O d t ą d postanowiłem powstrzymać się od wszelkiej polemiki na własny temat, podobne jak nie uważam za możliwe polemizować z propagandą komunistyczną w kraju.

P. Korboński mówi dużo w swym wywiadzie o rzekomym wyroku śmierci wydanym na mnie. To nie jest wykluczone. Ma też racje, iż teoretycznie były to sądy państwowe. Teoretycznie. Zapomina tylko dodać, że praktycznie, w bardzo wielu wypadkach przeistaczały się w „dintojrę”, w środek kapturowych porachunków politycznych, osobistych, a nawet kryminalnych. O tym „Nie trzeba głośno mówić”. To się rozumie. Niemniej nie zmienia to faktycznego stanu. Zresztą sądzę, że w podobnych warunkach podziemnej naiwności, gdzieindziej było to samo. Słowem, wszystko możliwe. Nie jestem jednak zupełnie pewien, czy na mnie taki wyrok zapadł i kiedy. P. Korboński wspomina o powstaniu w Londynie, po wojnie, Obywatelskiej Komisji Orzekającej, do której w r. 1948 zwrócił się zarząd główny AK przedkładając jej moją „sprawę”. Istotnie tak było. Otrzymałem przedłożone „zarzuty”. Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę ich inaczej nazwać jak — bełkotem. Stało tam, że „kolaborowałem z Niemcami w Wilnie od roku 1939 do 1945”. Ponieważ Niemcy wkroczyli do Wilna w półtora roku później, tzn. dopiero w połowie 1941; zaś w 1945 mnie nie było już od roku w Wilnie, a Niemców nie było od pół roku — wiec cały ten elaborat zdradza typową niechlujność fałszywych oskarżeń, jakimi posługują się komuniści. Zredagowany na: było-nie-było! Nie chodzi o prawdę, czy nawet prawdopodobieństwo, lecz o oskarżenie samo. Poza tym żaden wyrok nie może zapaść przed terminem popełnionego przestępstwa. Ponieważ w tym elaboracie powiedziane jest: „do roku 1945”, wynika więc, że musiał zapaść w r. 1945, lub później. Wobec faktu, że w tym czasie nie było już w kraju normalnych władz podziemnych, wiec zachodzi podejrzenie, że spreparowany został dopiero na emigracji. Jak mi opowiadano, za poduszczeniem jedynego, pośledniejszego członka b. BIP-u AK. Mało mnie to zresztą interesuje. — Pokazałem ten papier senatorowi Zygmuntowi Jundziłłowi w Londynie, jednemu z najwybitniejszych prawników wileńskich, który poza tym też przeżył razem tam te czasy pod okupacja. Wzruszył ramionami. Rzuciłem papier do klozetu i spuściłem wodę. Mówię to nie gwoli obrazy, a ścisłości faktów.

P. Korboński zdobył się w jednym miejscu swego wywiadu na niezły dowcip: „Żyć z takim wyrokiem jest może trudniej niż umrzeć”... powiedział. Niewątpliwie zdając sobie sprawę, że „takie wyroki” mogą mi sprawiać tylko dużą osobista przyjemność w życiu. Czym większy jest bowiem przejaw nienawiści do mnie ze strony panów typu Korbońskiego (o czym na początku tego listu), tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu słuszność mojej postawy.

* * *

O tych strasznych dziejach za frontem wschodnim największego — w efekcie — wspomożyciela bolszewizmu, którym był Adolf Hitler, napisałem ostatnio spora książkę. Sprawy polskiej tragedii i postawy polskiego podziemia poruszyłem w niej zaledwie ubocznie. Nie doczekały się one dotychczas wyczerpującej, nie koncesjonowanej przez obowiązujący pryzmat, monografii. Istnieje ogromna, w czarno-białych kreskach malowana literatura o tym jak szczerze i ofiarnie pomagaliśmy Sowietom do zwycięstwa; gdzie, jak i kiedy przelewaliśmy krew na tyłach niemieckich, aby tylko przynieść ulgę armiom bolszewickim. I jak wielką niewdzięcznością oni nam za to zapłacili, jak nas „zdradzili”.

Dumny jestem, ze nie brałem w tej pomocy udziału, i dumy jestem że mnie bolszewicy nie „zdradzili".

Było bardzo dużo rozumnych, patriotycznych, rozsądnych, bohaterskich (nie deprecjonujemy tego określenia!) Polaków, zarówno w kraju w podziemiu, w AK, jak i na emigracji. I jest ich jeszcze dużo. Niestety, nie do nich należało, i dziś jaszcze nie należy, rozstrzygające słowo.

Zechce Pan, Panie Redaktorze, przyjąć wyrazy głębokiego szacunku i poważania

Józef Mackiewicz

 

powrót

 

strona główna