powrót strona główna

 

"Słowo" 20.02.1937, Rok 16, Nr 50

Józef Mackiewicz

Na zmianę przyszli żydzi

Łódź robi wrażenie biednego miasta. Robi wrażenie i rzecz wydaje mi się zrozumiałą. Łódź jest warsztatem dla tych, którzy z niej wyciskają pieniądze. Niezależnie od tego, czy to będą wielcy przemysłowcy, czy mniejsi, czy handlarze, czy tylko aferzyści. Warsztatem ich pracy. Stąd, po jej skończeniu, człowiek się dopiero umyje i wkłada przyzwoite ubranie, ażeby pojechać do Warszawy, Gdyni, czy za granicę. W Łodzi niema wielkich sklepów, ani na europejską skalę witryn, ani wspaniałych kawiarni i restauracyj. Łódź jest zaprzeczeniem Gdyni. Nic w niej nie robi się na pokaz, na szyld, ani śladu gdyńskiego bluffu, oślepiających kamienic i inwestycyj pod znakiem zapytania. - Po co? - zapytałby przeciętny Lodzermensz. Łódź jest niechlujna jak żydowska pracownia. Ulice w większości brukowane kociemi łbami na wileński wzór i modłę przedwojennych, dobrych dla Łodzi czasów. Tam, gdzie jest kostka, wygląda jak wykręcony obcas starego buta. Nie skanalizowana, rynsztokowa, obdrapana zewnętrznemi tynkami kamienic.

Nie mówię o Wielkiej Nędzy Bałut, Chojny, Widzewa i innych peryferyj. Mówię o przeciętnem śródmieściu.

Oczywiście, to, że konie ciężarowe przeważają nad autami, to żaden dowód biedy, a dowód eksploatacji.

- Nie był pan w Anglji? - No więc... Już tam dawno doszli, że stary "łomowoj izwoszczik", więcej popłaca, niż nowoczesne maszyny. A Łódź jest przecież polskim Manchesterem!

Łódź jest przedewszystkiem starym wygą handlowym, którego się nie nabierze na zewnętrzny blichtr.

Oczywiście, to że ktoś idzie w zasmarkanym chałacie, to też żaden dowód biedy, bo Jehowa jeden wiedzieć może wiele ma pod tym chałatem banknotów w kieszeni.

Ale czy naprawdę wiele jest w Łodzi złota, które się nie świeci? - Przyjechałem do niej z puszkinowskim numerem jubileuszowym z Wilna, pod pachą i wdepnąłem w kałużę pomiędzy starą fabryką, brudną kamienicą i małym sklepikiem. Jakże daleką wydała mi się Łódź od wizji i spraw artystycznego ducha. Kontrast, sprzeciw, weksel, apretura. Ale zasadą właściwego ujmowania zjawisk na ziemi jest nie kontrast, a styczność. Oto odwróćmy kartę starej buchalterji i dojrzymy te styczne pomiędzy miastem zielonych wzgórz i wielu świątyń, a miastem smutnej równiny i wielu fabryk. Rzecz dziwna: z tego buchalteryjnego światopoglądu spostrzegłem niejakie podobieństwo Wilna do Łodzi i ich wzajemną sytuację w dzisiejszej Polsce - niedolizane rany przeobrażeń wojennych i przekształconej konstelacji europejskiej. Wilno przedewszystkiem zamarło. Łódź przedewszystkiem straciła.

Stąd refleks przedwojennych czasów tu i tam występuje najjaskrawiej. Jeżeli się wspomina na naszych t. zw. "Kresach" zbyt często może, dla warszawskiego ucha, o starym ojcu - rublu, - to muszę stwierdzić, że w Łodzi o wiele częściej, bardziej zdecydowanie. Jeżeli u nas refleks ten wiąże się z terytorjalnem marzeniem do własnego Mińska, Witebska, Mohylewa - to w Łodzi do cudzego Saratowa, Tiflisu, Orenburga, Irkucka, Zabajkalja czy Buchary.

Tem czem była Łódź przed wojną, ze swemi ponad 400 tysiącami mieszkańców w r. 1914, tem oczywiście nie jest w r. 1937, z ponad 600 tysięcami mieszkańców. Milion, półtora miljona, oto cyfra dla Łodzi, która dziś jest zaledwie sześciokrotnie większa od maleńkiej osady rybackiej... Gdingen.

I dlatego, chociaż na rogach wileńskich ulic policjant może spać bez uszczerbku dla kierownictwa ruchu, a w Łodzi trzeba się przemykać pomiędzy stopami perszeronów, jest ona... trochę a może i bardzo... bankrut!

Stoję na platformie zielonego tramwaju (widocznie tak malowane dla wypełnienia braku naturalnej zieleni) w szczebiocie łódzkich Gescheftsmannów. Nagle z bocznej ulicy wyłania się kareta. Elegancka, zaprzężona w parę gniadoszów, wtacza się pomiędzy handlowy ruch uliczny. I szczebiot milknie i chałaciarze zwracają się twarzą ku karecie i patrzą.

- Któż to u was jeździ w karecie?

- Ja wiem... Może wesele, a może stara pani Scheibler...

- Kto jest pani Scheibler?

Teraz zapanowało wtórne milczenie. Milczenie zdumienia i ironji. On, ten Ausländer łódzkich geszeftów nie wie co jest SCHEIBLER I GROHMAN.

Ci ludzie jednak, na platformie tramwajowej, umieją się zdobyć na idealne reminiscencje i zapomnieć o codziennym dniu protestowanego weksla. Przenieść się duchowo w sferę wspomnień, artystycznej transformacji spowodu jednej, spotkanej na ulicy karety:

- Grohman to jest nic. To jest kilka, ja wiem, kilkanaście miljonów. Ale Scheibler! To - to - to... Przed wojną 600 miljonów rubli w złocie! Asof, ty wiesz jak było z salonką starej Scheiblerowej? Co znaczy nie wiem, kto w Łodzi nie wie! Ona chciała mieć salonkę jak stara cesarzowa. Tylko stara cesarzowa musiała jechać z pałacu na dworzec końmi; a stara Scheiblerowa, to ona kazała bocznicę podprowadzić pod pałac!

Konduktor patrzy na mnie ponuro. Kupuję bilet nr. 481767. Tramwaj jedzie dalej. Kareta już dawno znikła z oczu.

Więc wracam do pierwotnego pytania: dużo jest bogatych ludzi w Łodzi? - Takich co mają 100 tysięcy, dużo; takich co mają pół miljona, mniej; a takich co mają miljon, jeszcze mniej. - To mi nic nie mówi. Tak samo jest wszędzie. A co ma teraz Scheibler, który miał 600 miljonów rubli? - Wzruszenie ramion.

Wieczorem, gdy deszcz nie ustawał padać stoję w błocie i patrzę na gmach z czerwonej cegły, który się świeci jak latarnia i zda się końca nie mieć we mgle. Dyszy maszynami i zatrudnia 6 tysięcy robotników i robotnic. - Scheibler i Grohnan. - Państwo wykupiło 51 procent akcyj, tak i owak mówią o tem w Łodzi. Druga po wielkości Manchesteru przędzalnia na kontynencie euro - azjatyckim, pierwsza fabryka tkacka ze swemi 140 tysiącami krosien. - Trzymają się jeszcze stare Niemcy.

No dobrze, a "Wima"? Tak się nazywa "Widzewska Manufaktura". - O kogo pan idziesz pytać? o zbankrutowanego Kunitzera, czy obecnego Kona?

Trzymają się jeszcze Niemcy: najstarszy z nich Geier, Krusche i Ender, Buhle, Kindermann, Biedermann... niedobitki.

Przyszli na zmianę żydzi: Kon, Poznański, Rozenblatt i najbogatszy z nich Eitingon, który ma fabryki w Anglji, własne plantacje bawełny w Ameryce, miljoner... Wiele? - Ja wiem, może sto, może 300 miljonów złotych! Spółka akcyjna i zawsze udziałowiec. Nikt o nim przed wojną nie słyszał. Może i był jaki Eitingon w Łodzi, może handlował iz zegarki.

Hamburger. Ten wykupił "Leonarda" największą firmę wyrobów wełnianych, pałac, cały kwartał w Łodzi. W przeciągu 8 lat zarobił ponoć 20 miljonów złotych.

Jest jeszcze 25-ciu takich przędzarzy, a każdy powyżej miljona szacowany. Dziś przeważnie żydzi. Zbankrutował Kunitzer, zbankrutował baron Heinzel, zbankrutowało wiele Niemców.

Powiedziałbym: ich tragedią rodzinną była wielka wojna. Przemysł łódzki obliczony był nietylko na Rosję ale na ówczesne "kresy" tem się różniące od dzisiejszych, że to były pogranicza Persji, za-Wołżje, Turkiestan, Buchara, pogranicze chińskie, Mongolja, cała wszerz Syberja, kraje Amurskie i Ussuryjskie, het, het, het. - Przyjeżdżał raz do roku kupiec rosyjski, solidny płatnik, pewny kredyt. Wystawiał krótkoterminowe weksle i brał. Przyjechali i brali też w r. 1914-ym.

A gdy największa na wschodnim froncie bitwa o Łódź, przegrana została na niekorzyść W. Ks. Mikołaja Mikołajewicza, wielki niemiecki przemysł łódzki zdany został na łaskę swych rodaków. Odcięci od należności rosyjskich zatrzymali maszyny, rabowane i niszczone przez okupantów. A cóż się okazało po wojnie: nadwyrężeni w inwestycjach, nieruchomościach i kapitałach, wierzyciele nieistniejącego już handlu rosyjskiego, stanęli w obliczu własnych wierzycieli, którymi byli handlarze bawełny. Właśnie różni Konowie, Hamburgery i Rozenblatty. Kto na tem wygrał? Trzeba było płacić i grubo płacić. Przegrali ci, za których przegrała stara Rosja, i dziwnym zbiegiem okoliczności, byli to właśnie Niemcy. Dlatego nazwałem sytuację ich, tragedją rodzinną.

Na zmianę przyszli - żydzi.

J. M.

powrót strona główna