Józef Mackiewicz („Kultura” nr 10/144, 1959, s. 149-152)

[Co jest ważniejsze: wolność czy granice?]

Do Redakcji ,,Kultury”,

...Nie ma żadnej państwowej polityki zagranicznej Związku Radzieckiego, jest tylko globalna polityka międzynarodowego komunizmu; nie ma żadnej Polski Ludowej, jest tylko, pod tą nazwą, część składowa wszechświatowego systemu komunistycznego; nie ma żadnej „własnej drogi do socjalizmu”, jest tylko leninowski kamuflaż dla skuteczniejszego scementowania tego systemu. (Ostatnio świetnie sprecyzował stan faktyczny Ryszard Wraga, w swoim odczycie na konferencji naukowej monachijskiego Instytutu do Badań ZSSR). – Namacalnym sprawdzianem prawdziwego stanu rzeczy jest dziś centralnie kierowane parcie komunizmu od Laosu do Berlina, od Korei do Iraku czy Albanii, od Pakistanu do Finlandii. Juliusz Mieroszewski namawia mnie, bym na tę prawdę zamykał oczy, ponieważ wszyscy na nią zamykają oczy. Jego zdaniem nie istnieje realna możliwość uprawiania innej polityki poza tą, jakiej chcą wszyscy. Osobiście nie uprawiam żadnej polityki; ponieważ nie zamierzam jednak w biały dzień zamykać oczu, przeto pozwalam sobie twierdzić, że tzw. „realna” polityka typu XIX i początków XX wieków w stosunku do Rosji, z chwilą gdy na jej miejscu powstał Związek Radziecki, a zwłaszcza po drugiej wojnie, gdy zamiast Związku Radzieckiego mamy już do czynienia ze światowym systemem komunistycznym – jest właśnie najbardziej nierealną, bez względu na to czy uprawiają ją wszyscy, czy nie wszyscy. Pozostaje bowiem w płaszczyźnie państwowej, narodowej – podrzędnej, podczas gdy polityka światowego systemu komunistycznego leży w płaszczyźnie ponad-państwowej, ponad-narodowej, czyli – nadrzędnej. W danym więc wypadku stare normy i pojęcia polityczne utracają rację bytu, są przestarzałe, zwietrzałe, są anachronizmem.

Powodem niniejszej polemiki stał się mój odczyt na Zjeździe Bałtyckim w Luneburgu, z udziałem Litwinów, Łotyszów, Estończyków i Niemców przedrukowany następnie w formie artykułu w czasopiśmie „0stbrief”, organie luneburskiej akademii wschodniej. Mieroszewski w „Kulturze” z września 1959, wystąpił przeciwko tezom zawartym w moim artykule, jednakże w ujęciu mogącym wprowadzić w błąd czytelnika ,,Kultury"; przytaczając bowiem wiele argumentów z własnych artykułów, z mego nie zacytował prawie nic, a i to w kontekście odbiegającym od właściwego sensu moich wypowiedzi. Dlatego zmuszony jestem prosić redakcję „Kultury” o zamieszczenie niniejszej polemiki.

*

Z tego co napisał Mieroszewski może wynikać, jakobym zabrał głos konkretnie w sprawach stosunków polsko-niemieckich w ogóle, a Odry i Nysy w szczególe. W rzeczywistości wręcz przeciwnie: mnie sprawa stosunków polsko-niemieckich jako taka, zupełnie nie interesuje; dopóki wschodnia Europa znajduje się pod jarzmem komunistycznym, stanowią one tylko podrzędną cząstkę całości zagadnienia. Osobiście czuję się w tej chwili przede wszystkim przynależny do wschodniej Europy, a dopiero na drugim miejscu do określonego narodu. Z punktu humanistycznego stanowisko to wydaje mi się słuszne. W ten sposób nie może mnie też interesować sprawa granicy polsko-niemieckiej, gdyż w moim przekonaniu rzeczy tej nie ma. Po pierwsze dlatego, że wolne państwo niemieckie nie graniczy z Polską; po drugie dlatego, że wolna Polska nie istnieje; po trzecie dlatego, że Odra i Nysa stanowią w tej chwili jedynie rozgraniczenie dwóch członów tego samego światowego systemu komunistycznego, dwóch prowincji administracyjnych, z których jedna nosi dowolną nazwę „Niemieckiej Republiki Demokratycznej”, a druga „Polski Ludowej”. Nie interesuję mnie również sprawiedliwość lub niesprawiedliwość tej linii granicznej w przyszłości, gdyż spór o to leży w sferze hierarchicznie podrzędnej, wobec nadrzędności problemu: jak uzyskać wolność, która jedynie stworzyć może realne warunki do rozporządzenia realnymi granicami.

Natomiast interesuje mnie absurdalna atmosfera wytworzona wokół tego sporu. Absurdalna dlatego, że przedstawiciele dwóch narodów, z których jeden znajduje się całkowicie, a drugi w połowie w niewoli wspólnego wroga, zamiast się porozumieć – walczą ze sobą o rzecz de facto przez nich nierozporządzalną, na której istnienie lub nieistnienie nie mają żadnego wpływu. Jednocześnie jednak ta atmosfera, ten nierealny spór, stanowią jedną z głównych przeszkód na drodze do zespolenia wspólnych interesów wszystkich narodów podbitych przez komunizm, w ich dążeniu do wyzwolenia. Podobnie jak przeszkodę stanowią takie spory jak: polsko-litewskł o Wilno, białorusko-ukraiński o Polesie, polsko-ukraiński o Lwów, ukraińsko-tatarski o Krym, czy kozacki o Doniec; spory: besarabski, karpato-ruski, kaukaski, sudecki itd. itd. łącznie z wielkorosyjskim. Już z tego wynika, że moje poglądy zgodne są z poglądami Mieroszewskiego, że antykomunistyczne emigracje są dziś przede wszystkim nacjonalistyczne. Różnica polega jedynie w tym, że Mieroszewski zdaje się na ten stan rzeczy godzić, podczas gdy ja chciałbym go zmienić, wykazując błędność podsycania sporów nacjonalistycznych, które w danej chwili, rozpraszając wspólny interes wolnych ludzi, działają jedynie na korzyść wspólnego nieprzyjaciela.

*

Zupełnie zaskakujące natomiast jest twierdzenie Mieroszewskiego, że: „...Warunki niemieckie kierowane pod naszym adresem są identyczne jak warunki rosyjskie. Oddać jedną trzecią terytorium, a w Warszawie ukonstytuować „friendly government”. Obaj sąsiedzi widzą nas zawsze w perspektywie satelickiej...”

W ciągu pięciu lat pobytu w Niemczech nie spotkałem się ani razu z takim poglądem ze strony jakiegokolwiek ugrupowania lub osób pojedynczych, czy nawet sugestii podobnego rodzaju. Widocznie Mieroszewski czerpał swe informacje ze źródła niedostępnego nawet Cyrankiewiczowi. Gdyż ten, wyliczając w mowie z dnia l września 1959 wszystkie przewidzenia Adenauera, wymienił w tej sprawie tylko: „...chciałby pan Adenauer, aby naród polski wrócił do swej sytuacji w roku 1939...”

*

Mieroszewski cytując mój artykuł przedstawia sprawę tak, jakobym nie dostrzegał, że i niemiecka polityka kieruje się również tak zwaną „realną polityką” starej szkoły. Tymczasem ja właśnie na fakt ten zwróciłem specjalną uwagę. Krytykując ,,realną” politykę Mieroszewskiego w jego znanej wypowiedzi, że: „naszym celem nie może być rozbicie Związku Sowieckiego ani likwidacja komunizmu na wszystkich kontynentach globu... – (z czego wywód, że za cenę polskich interesów gotów jest pogodzić się, aby pod jarzmem komunistycznym pozostali nadal Litwini, Białorusini, Ukraińcy itd. itd.) – zadałem pytanie:

„...Dlaczego jednak Niemcy mają myśleć mniej „realnie”? Którzy przecie posiadają ku temu więcej danych niż Polacy?... Gdzie mamy gwarancje, że z chwilą gdy granica na Odrze i Nysie przesunięta będzie na wschód nie przeistoczy się ona w trwałą i mocną granicę „koegzystencji” z blokiem komunistycznym? Czy nie będzie to dla wschodniej Europy jeszcze o wiele gorzej?...” Otrzymuję pewne publikacje niemieckich wysiedleńców, z których zdaje się wynikać wyraźne nastawienie: skierowane nie tyle przeciwko komunizmowi, nie tyle przeciwko Sowietom, co jednostronnie przeciwko Polsce. Gdy np. Chruszczow wypowie się w sprawie Odry i Nysy, a następnie ukaże się o tym komentarz warszawski, czytamy w tych publikacjach mniej więcej w tym sensie: ,,No już tam, panowie z Moskwy na pewno tak źle tego nie rozumieli. To tylko źli Polacy w Warszawie i na emigracji, którzy fałszują istotny sens wypowiedzi poczciwego Chruszczowa”... Mnie nie interesuje w tej chwili stosunek do Polski, lecz ogólne polityczne ujęcie, które wydaje się charakterystyczne, a które powiada: „Jeżeli Polacy nie chcą, to my będziemy robili z Sowietami”... Być może z punktu widzenia tzw. „realnej” polityki można ją nazwać „rozsądną”. Wątpię jednak by ze stanowiska myśli europejskiej można ją nazwać właśnie: „europejską”... Mówi się dzisiaj dużo o zjednoczonej Europie. Załóżmy jednak, że jutro otrzymują Niemcy z ręki komunistów – a to jest jedyna ręka, która decyduje – nie tylko połączenie, ale w dodatku ziemie za Odrą i Nysą, albo zgoła granice z roku 1914. Czy wtedy „rozsądni politycy realni” nie osiągną absolutnej przewagi, kwitując „utopiczne” plany zjednoczonej Europy li-tylko pobłażliwym uśmiechem? Czy nie powiedzą wtedy: „No tak, to jest naturalnie pożałowania godne, że Polacy i inne narody wschodnie pozostać muszą pod jarzmem komunistycznym, ale przecież z tego powodu nie będziemy sobie psuli dobrosąsiedzkich stosunków z Sowietami! To byłoby z punktu realnej polityki jawnym nonsensem!”...

Na pytanie to nie otrzymałem ze strony niemieckiej dotychczas żadnej odpowiedzi. Mieroszewski pomija je również milczeniem. Natomiast dostatecznie wyraźnie powiada, że dla realnej polityki – „granice są ważniejsze od wolności”. Za postawienie tej kropki nad „i” należy się Mieroszewskiemu uznanie. Miał odwagę bowiem wypowiedzieć jasno to, czego dotychczas nie odważył się wypowiedzieć żaden z emigracyjnych polityków tej samej szkoły. Że mianowicie woli, aby Polska była komunistyczna z Odrą i Nysą, niźli wolna bez nich. W tym punkcie zgłaszam właśnie swoje zasadnicze votum separatum. Gdyż cenię więcej wolność niż granice.

Tyle na temat mego artykułu.

*

Pragnąłbym jednak przy okazji dotknąć innego aspektu, jaki poruszył Mieroszewski. Rozpracowując swój ulubiony temat „realnej polityki” i proporcji sił, pisze m.in.: „Gdy się dysponuje tylko wiatrówkami...” – Otóż przypuszczam, że gdyby nasi ojcowie, tzn. stary Mieroszewski i stary Mackiewicz, znaleźli się byli obok siebie w tłumie widzów obserwujących carską rewię wojsk, mogłoby dojść między nimi do wymiany następujących myśli: „I oto, łaskawy Panie, są wariaci, którzy głoszą że ich celem jest rozbicie takkkiej potęgi! dysponując bębenkowymi rewolwerami!...”. – Zakładam, oczywiście teoretycznie możliwość takiej wymiany poglądów, gdyż nie wiem jakie były starego Mieroszewskiego. Natomiast faktem jest, że średnie społeczeństwo XIX i początków XX wieku, traktowało rewolucjonistów i „socjalistów” za rodzaj niemytych wariatów o rozczochranych włosach. W istocie jednak, mimo iż wiek XIX w zestawieniu z czasami dzisiejszymi, był złotym wiekiem indywidualizmu, należeli oni niewątpliwie do „postępu” , do „awangardy” różnego pokroju, bez względu na głoszone przez nich doktryny polityczne. Bo nie doktryny stanowią o postępie – mogąc sprowadzić na ludzkość nawet nieszczęście! – a sam fakt wzruszenia zaskorupiałej powierzchni myślowego status quo. I zawsze większość („wszyscy”) w taką możliwość nie będzie wierzyć. Gdyby jeszcze wiosną 1914 ktoś powiedział, że za pięć lat banknotami sturublowymi będą się bawić dzieci w piasku, zawezwano by doń lekarza psychiatrę.

Dziś powierzchnię zastałej sadzawki zakłamania ludzkiego pokrywa o wiele grubsza warstwa pleśni niż kiedyś. Dlatego, że zakłamanie to przybrało nie notowane przedtem rozmiary „demokratycznych”, „socjalistycznych” masówek. Dziś rewolucjoniści na państwowych pensjach, czy socjaliści na rządowych subwencjach, dotacjach i subsydiach z tej i tamtej strony, nie należą do „awangardy” czy „postępu”, a przejęli rolę dawnych błagonadiożnych poddanych. Dziś postępu nie tworzą ani najobrzydliwszy z nacjonalizmów „nacjonał-komunizm”, ani ćwierć-, pół-, czy trzy-ćwierci ugodowców, kompromisowiczów, koegzystencjonalistów, fellow-travellerów i poputczków; ani tym bardziej szczytowe upodlenie godności ideowej w postaci „postępowych-katolików”, ani oczywiście „realni politycy”, bo ci tradycyjnie zresztą, każdy postęp raczej hamowali. Dziś jedyną autentyczną „rewolucją” jest – kontrrewolucja. A postęp i „awangardę” myśli reprezentują pozbawieni wsparcia, wyśmiewani, biedni i... szkalowani – kontrrewolucjoniści. To znaczy tacy ludzie, którzy wbrew „realnej” polityce, usiłują zmącić ową pleśń na zastygłej, odindywidualizowanej powierzchni życia; którzy chcą obalić zwietrzałą rewolucję masowego łgarstwa, monotonną jak deszcz i szarą jak nuda.

Naturalnie, iż jest to zadanie dziś niewspółmiernie trudniejsze niż było w czasach, gdy Gorkij pisał: „Człowiek, to brzmi dumnie!” – A jednak, myślę, że zadanie warte życia. Bo cóż po nim, jeżeli ma się odbywać wyłącznie za pociśnięciem guzika i według instrukcji socjalistycznego, lub nawet narodowego kolektywu.

 
 

powrót

 

strona główna