Józef Mackiewicz („Gwiazda Polarna”, 1982,  nr 15, cyt. za: Barbara Truchan, Józef Mackiewicz w mej pamięci, Wydawnictwo Placówka, Warszawa, Nowy Jork 1998, s.103-113)

MIEJMY NADZIEJĘ...

Próba definicji tego, co się dzieje w PRL, jest znacznie utrudniona ze względu na zalew dezinformacji, ignorancji, częściowo nieświadomego albo świadomego zakłamania. Do nich zaliczyć trzeba nie tylko dezinformacje lansowane przez centrale komunistyczne w Warszawie i Moskwie w ich taktyce politycznej, ale też rozmaite nacjonalistyczne wishful thinking narodów podkomunistycznych, które ze swej strony dezorientują rządy narodów wolnych w ich stosunkach z blokiem sowieckim.

Do kardynalnego z tych błędów należy:

I. Identyfikowanie Związku Sowieckiego ze starą Rosją, jej tradycjami, dążeniami, "duchem" etc., słowem z "Imperializmem Rosyjskim"... W istocie rzecz ma się akurat odwrotnie. Związkowi Sowieckiemu obce są nie tylko natura i cele dawnej Rosji, ale ponadto właściwe cechy klasycznego "imperializmu". Zasada bowiem każdego imperializmu polega na wykorzystaniu krajów podbitych dla korzyści własnego kraju (metropolii) i własnego narodu. Tymczasem ani Rosja, ani Rosjanie w Związku Sowieckim nie osiągają żadnych korzyści z celów i działalności międzynarodowego komunizmu, a są jego pierwszymi ofiarami i częstokroć żyją w gorszych warunkach niż ludzie w krajach rzekomo "kolonialnych", czyli podbitych przez centralę komunistyczną w Moskwie.

To odwrócenie rzeczywistości niejako do góry nogami, leży jednak w nacjonalistycznym programie "narodów ujarzmionych", którym najwidoczniej chodzi nie o obalenie ustroju komunistycznego, lecz o uzyskanie więcej swobód i praw ściśle nacjonalistycznej natury- w tymże ustroju komunistycznym. Przykładowym hasłem tego rodzaju jest tu spotykane często: polski (ukraiński, białoruski etc.) socjalizm (komunizm) nie jest tak zły, byle tylko nie był "rosyjskim".

II. Międzynarodowy komunizm z centralą w Moskwie nie jest "imperializmem" w potocznym tego słowa znaczeniu, lecz dążeniem do opanowania całej kuli ziemskiej, całego świata, wszystkich narodów, celem narzucenia temu światu totalitarnego ustroju komunistycznego. Żadne "rusyfikacje" nie są i nie były celem komunizmu, lecz wyłącznie skomunizowanie świata. Znane są środki, którymi w tym celu się posługuje. Infiltracja, indoktrynacja, masowa i szczegółowa propaganda, które do tego celu prowadzą. Jest to największe zagrożenie świata od czasu jego istnienia.

Przydawanie temu zagrożeniu cech "imperializmu", a zwłaszcza imperializmu jednego tylko narodu, nie tylko wprowadza w błąd opinię światową, ale przede wszystkim pomniejsza to zagrożenie. Stąd — pośrednio — leży w interesie Moskwy i jest przez nią w różnoraki sposób wyzyskiwane dla celów taktycznych.

III. Międzynarodowy komunizm w jego dzisiejszej postaci, jest rodzajem psychologicznej ZARAZY, niezależnie od narodowych czy ekonomicznych pobudek. Wolność, wolność prawdziwą, może dać tylko obalenie komunizmu, zniszczenie tego ustroju, niezależnie od języka jakim się posługuje. Zniszczenie to nie jest przepisem do załatwienia jakichkolwiek spraw i problemów granicznych, narodowościowych; ekonomicznych czy innych w krajach opanowanych przez komunizm. Jest to wyłącznie przepis na przywrócenie wolności. Ludzie pozostaną, jakimi byli zawsze: "źli" czy "dobrzy", ale wyzwoleni od zagrożenia komunistycznego.

IV. Czy świat chce, dąży do przywrócenia tej przed komunistycznej wolności? Oto jest pytanie, przed którym wszyscy stoimy. Czasem wydaje się, że chce, ale nie dąży. I to nie tylko świat jeszcze wolny, tzw. "świat zachodni", ale — paradoksalnie — ten zniewolony, ten podkomunistyczny. Różne są tego przyczyny. W pierwszym rzędzie działa psychoza strachu przed wojną (tzw. "konfrontacją"). Świat zachodni stawia na "ewolucję komunizmu". A podkomunistyczny, tzn. jego polityczna elita, na poprawę bytu bez przelewu krwi.

V. To, do czego dąży "opozycja" w PRL i w innych krajach podkomunistycznych — niewątpliwie nie jest dążeniem do obalenia, lecz, do "ulepszenia" komunizmu.

Ale jedno wyklucza drugie. Mój adwersarz polityczny, Stefan Kisielewski, traktowany za "wielkiego opozycjonistę", propagujący dziś "finlandyzację" Polski jako receptę polityczną, słusznie kiedyś zauważył: "Nie można czegoś <obalać> i <ulepszać> jednocześnie..."

Niewątpliwie Ruch "Solidarności" w PRL nie był nigdy dążącym do obalenia komunizmu, lecz do ulepszenia go. Poprawienia, zarówno warunków ekonomicznych, jak i społecznych. "Więcej chleba i wolności!" Był w tym konsekwentny. Zgodził się na dominującą rolę partii komunistycznej, byle w jej polsko–katolickim wydaniu. Nie można zresztą dążyć do czegoś ("obalenie ustroju"), gdy się samo takie dążenie (kontrrewolucja, użycie siły , etc., etc. ) przezywa "oszczerstwem", "prowokacją" etc. W tym swoim dążeniu do "Porozumienia Narodowego" znalazł też pełne poparcie ze strony Kościoła. Od prymasa Wyszyńskiego począwszy, na papieżu Janie Pawle II skończywszy. I tu rozwarła się dziedzina niekonsekwencji, a częściowe zakłamanie w słowach i hasłach, gestach i komentarzach, przymykanie oczu na rzeczywistość. Bo: "porozumienie narodowe" z kim?

VI. Przytoczę tu drobny na pozór przykład. Lenin, w swoim liście do Gorkiego, napisał: "Bóg to jest zdechłe ścierwo, które smrodem swego rozkładu zatruwa cały świat....” Nigdy tego zdania nie wycofał i każdy wie, że aż do śmierci nie zmienił. Z drugiej strony cały świat wie, że leninizm, czy marksizm-leninizm, stanowi najwyższy cel i ideał międzynarodowego komunizmu. A Lenin jest jego największym prorokiem po dziś dzień. Powstaje pytanie czy papież obecny, który unika wypowiedzenia słowa "komunizm", wie o tym liście Lenina, o rzeczywistej dążności każdego komunizmu, który pragnie zniszczenia wiary w każdego Boga? ...I oto dochodzi do paradoksalnego zdarzenia: podczas jakiejś manifestacji robotniczej "Solidarności" w Gdańsku, w hucie im. Lenina, powieszono na ścianie obok portretu Lenina portret papieża. Akt ten poczytany być musiałby za ciężka obrazę dla namiestnika Chrystusowego. Tymczasem uznano go powszechnie jako akt hołdu dla papieża, dowód katolickiego nastawienia robotników i przejaw "opozycyjnych" dążeń wolnościowych. Jest to jeden drobny przykład w paśmie niekonsekwencji, pomieszania pojęć itd., których tu wyliczać nie będziemy.

Czy na niekonsekwencji i pomieszaniu pojęć można budować coś trwałego? Moim zdaniem, nie. A do takich właśnie należy wiara, że możemy stworzyć komunizm gwarantujący ludziom wolność osobistą, polityczną, ekonomiczną czy jakąkolwiek inną. I to mimo oczywistości jaka zaistniała i trwa od 1917 roku, że bez obalenia komunizmu o żadnych "wolnościach" w nim marzyć nie można.

 

KLASYCZNY PREKURSOR

Tego, co się dzieje w Polsce, mieliśmy przed 60-ciu laty klasyczny wzór. Tzw. wypadki w Kronsztadzie ("Bunt Kronsztadzki") koło Piotrogrodu, w marcu 1921 roku.

Nie lubi się tych wypadków analizować. Już w sierpniu 1920 roku wybuchły rozruchy w guberni tambowskiej (Powstanie Antonowa). Następnie na Powołżu, na Ukrainie, Kaukazie, Zachodniej Syberii etc. Inflacja i kryzys gospodarczy wzmagał się. W styczniu 1921 roku rząd bolszewicki zmniejszył racje żywnościowe. W lutym doszło w Moskwie do demonstracji robotniczych i strajków. 23-go lutego w fabrykach Piotrogrodu (jeszcze nie przemianowanego na Leningrad) doszło do strajków i demonstracji ulicznych. Rząd zmobilizował początkowo ruchome oddziały "czerwonych kursantów", a następnie ogłosił stan wojenny, wzywając jednocześnie robotników do powrotu do pracy. Dnia 27 lutego pojawiły się na ulicach Piotrogrodu ulotki Komitetu Robotniczego wzywające robotników:

„Towarzysze! Zachowajcie rewolucyjny porządek. Żądajcie wypuszczenia aresztowanych socjalistów i bezpartyjnych robotników! Żądajcie zniesienia stanu wojennego!...”

Następnego dnia 6 tysięcy robotników Zakładów Putiłowskich wyszło na ulice. Rządowi bolszewickiemu udało się złamać demonstracje. Ściągnięto wojska i znaczne oddziały milicji. Jednocześnie podwyższono robotnikom racje żywnościowe. Wieści o wypadkach w Piotrogrodzie doszły do Kronsztadu. Załogi statków pancernych "Pietropławsk" i "Sewastopol" zwołały wiece. Wysunięto wtedy różne żądania, ale — nie zrywając z ustrojem. M.in. "Władza Sowietom, niezależnie od Partii!"... I jednocześnie: "Precz z kontrrewolucją, zarówno z prawa jak z lewa!...". Ton został zachowany klasycznie "socjalistyczny".

Wyrzekano się jakiejkolwiek wspólnoty z antykomunistyczną kontrrewolucją i samo podejrzenie o taką wspólnotę piętnowano jako "oszczerstwo" i "prowokację". Wzywano do "nieprzelewania krwi". Do spokoju i solidarności. Rząd bolszewicki zmasował wojska. Komitet rewolucyjny marynarzy i robotników odpowiedział odezwą:

„Niech cały świat wie, że jesteśmy obrońcami władzy Sowietów (rad) i stoimy na straży zdobyczy Socjalnej Rewolucji. Zginiemy albo zwyciężymy!”

Te hasła nie pociągnęły całego kraju do powstania. Wielu odstręczyły od udziału. Bolszewicy rozbili "opozycję" robotniczo–marynarską. Jej przywódcy uciekli do Finlandii. A mocarstwa zachodnie?.. Dnia 16 marca 1921 roku Wielka Brytania podpisała układ handlowy z rządem bolszewickim. Tegoż dnia Turcja układ "przyjaźni". A 18 marca Polska zawarta układ pokojowy z Moskwą. Jeszcze wcześniej, na X Zjeździe Partii, 8 marca, Lenin ogłosił swój słynny manifest o wprowadzeniu w kraju polityki "NEP-u". Już wtedy, jak i później, uznano ten zwrot taktyczny za "nieodwracalny". Chłopi wrócili do pracy "na swoim" radośnie.

Ten "komunizm z ludzka twarzą" przetrwał kilka lat. Potem nastąpiła kolektywizacja, wydziedziczanie, masowe zsyłanie "kułaków" do łagrów i straszna nędza całego kraju. Jak wszędzie pod rządami komunistycznymi.

 

DZIWNE ZNIKNIĘCIE LENINA

W dzisiejszych wystąpieniach przeciwko komunizmowi, a zwłaszcza w klasycznej propagandzie zachodu, rzucić się musi w oczy, że o Leninie i jego bolszewizmie prawie, albo wcale się nie mówi w tonie pejoratywnym. Podczas gdy masa jest tego o Stalinie, stalinizmie, neostalinizmie etc., jakby wszystko zło od Stalina się zaczęło, a nie od jego poprzednika, Lenina. ..Dlaczego tak? Przecież rzeczywistość była odwrotna.

To Lenin pierwszy wprowadził obozy koncentracyjne, z których najsłynniejszy znajdował się na wyspach Sołowieckich. To Lenin kazał topić oficerów carskich w przedziurawionych barkach na Morzu Białym. Rozkazał wymordować całą rodzinę cesarską, łącznie z dziećmi i wiernymi sługami.

Leninowskie czasy NEP-u uchodzące za prototyp "komunizmu z ludzką twarzą", były jednocześnie czasami krwawych rządów "Czeka" i GPU, sprawowanych rękami Polaka, Dzierżyńskiego. Połączone z okresem największych prześladowań religijnych. Tysiące księży prawosławnych, katolickich i innych wyznań, arcybiskupów, biskupów- zostało wymordowanych; świątynie zamieniono na składy, a nawet stajnie. Pokazowy był m.in. proces, biskupa katolickiego Cieplaka i generalnego wikariusza Butkiewicza, których skazano na karę śmierci. Cieplaka wypuszczono później do Polski; a prałata Butkiewicza zastrzelono w podziemiach "Czeka". W tym czasie moskiewska "Prawda" z 31 marca 1923 roku

wystąpiła z artykułem, że wyrok śmierci wydany powinien być na papieża w Rzymie, jako źródło wszelkiej kontrrewolucji na świecie. Terror antyreligijny objął wszystkie kraje ówczesnej Bolszewii.

Dziś raptem o tym wszystkim głucho... Rzecz odwrócona została na Zachodzie do góry nogami według takiej mniej więcej formuły: "dobry" Lenin zrzucił złego cara, ale "zły" Stalin popsuł dzieło Lenina... Amerykańska stacja radiowa Free Europe, z pewnego rodzaju triumfem w tonacji, przekazywała w lutym 1982 roku wystąpienie przywódcy komunistów hiszpańskich Cari1lio, który potępił wprowadzenie stanu wojennego w Polsce i powiedział, że dzisiejszy komunizm w Moskwie "odszedł od ideałów bolszewickiej rewolucji październikowej"... Brzmi to jak szyderstwo. Ale oto polskie czasopismo "Polska w Europie", wydawane w Rzymie, niewątpliwie z poparciem sfer watykańskich, w nr 1 z 1982 roku w artykule pt. "Wolność dla Narodu Polskiego", cytuje obok wypowiedzi episkopatów, wystąpienia w obronie Polski: Enrico Berlinguera, sekretarza Komunistycznej Partii Włoch; Tetsuzo Fuwa, przewodniczącego sekretariatu Japońskiej Partii Komunistycznej; Kenji Miyamoto, przewodniczącego Japońskiej Partii Komunistycznej ... i podkreśla: "W sprawie polskiej solidaryzują się partie komunistyczne Japonii, Włoch i Hiszpanii"... w tonie dla tych partii pozytywnym. Jest li więc to pismo antykomunistyczne, czy raczej prokomunistyczne, cieszące się "solidarnością" z tymi partiami? Te rzeczy przekazuje się na tamtą, podkomunistyczną stronę dla otuchy rodaków... Zgodnie zresztą ze stanowiskiem całego tzw. Zachodu.

Tłumaczy się to dwojako. Po pierwsze słowo "rewolucja", każda rewolucja, przyjęto na zachodzie traktować jako pojęcie pozytywne. Słowo: "kontrrewolucja", każda kontrrewolucja, jako pojęcie negatywne, a nawet obelżywe wyzwisko. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, które swoje oderwanie od Wielkiej Brytanii w XVIII wieku, i ustanowienie niezależnego państwa w Ameryce nazwały "rewolucją". Takoż w Europie, gdzie "Wielką Rewolucję Francuską" przyjęto traktować za początek nowej, postępowej ery. Stąd w przeniesieniu na politykę bieżącą tzw. Wolnego Świata Zachodniego w odniesieniu do Moskwy: nie ma to być polityka obalenia komunizmu (byłaby kontrrewolucją!), lecz stawka na Ewolucję, na "prawdziwy socjalizm", i szukanie w tej stawce sojuszników wśród lewicy, a już zwłaszcza. "opozycji" wśród komunistów samych. A więc w Eurokomunizmie, w czerwonych Chinach i tak dalej. Nie można przecież pod antykomunistycznym sztandarem jednać i jednoczyć dla siebie — komunistycznych sojuszników... Ani obrzydzać i piętnować ich proroka, którym pozostał dla wszystkich komunistów- Lenin! Można natomiast bić w Stalina i "neostalinowców", którzy "wypaczyli naukę Lenina"...

Stąd jako słowa obelżywe pod adresem Moskwy nadaje się przez radio: "kontrrewolucjoniści", "czerwoni faszyści" etc. Albo w obliczu polskiego stanu wojennego wprowadzonego przez Jaruzelskiego: "junta generalska", „junta neostalinowców”, "konserwatyści partyjni", "banda czerwonych reakcjonistów" i podobne temu epitety .Ale nie do pomyślenia było by piętnować ich np. per "banda bolszewicka!"...

Tymczasem byłoby to określenie najbardziej ścisłe. Gen. Jaruzelski nie jest ani zdrajcą, jak go przezywają w pewnych kołach emigracyjnych, ani żadnym targowiczaninem osiemnastowiecznym, co jest w przeniesieniu na dzisiejsze czasy określeniem śmiesznym. Jest po prostu komunistą. Zdrajcą byłby, gdyby zdradził komunizm, któremu służy. Tego właśnie wielu dysydentów i opozycjonistów pojąć nie może. Mimo wszystkich taktycznych skrętów i kłamstw komunizmu, ta szczerość z otwarta przyłbicą stanowi też o pewnej moralnej sile komunistów. Podobnie jak Jerzy Putrament wśród pisarzy PRL jest szczerym w swym stanowisku. Znałem go przed wojną jeszcze. Zawsze był komunistą i takim pozostał. To co pisze, jest mi wrogie, ale wiem, że szczere. Podczas gdy plejada współczesnych pisarzy w ich wykrętasach, niedomówieniach, autocenzurze, przystosowaniu do zgody narodowej etc. bywa pełna zakłamania wewnętrznego i pisze nie ze szczerości wewnętrznej, a z troską o "nie przekroczenie granicy", domówienia prawdy, "nie wychylania" się zbytnio, dopasowania do zewnętrznej formy. To jest ich słabością. Należą do nich ludzie zarówno o antykomunistycznej przeszłości, jak też byli komuniści przerzuceni do "dysydentów'.

Ani Zachód ani ruchy opozycyjne w bloku sowieckim — w znacznym stopniu manipulowane przez partię — nie walczą i nie chcą walczyć z samym komunizmem.

 

"NIE DOPUŚCIĆ DO PRZELEWU KRWI !"

Jest to hasło najbardziej rozpowszechnione w tamtym świecie, szczególnie podkreślane przez najwyższy autorytet moralny, jaki reprezentuje w tym świecie Głowa Kościoła Katolickiego. Nie dopuścić do przelewu krwi w walce z komunistami.

Mieszkam w Niemczech i trafia mi do rąk drobna notatka gazetowa pewnej statystyki niemieckiej: W ciągu ubiegłego roku1981 w wypadkach samochodowych zginęło na drogach NRF: 11.800 zabitych i 470.000 rannych (z których znaczny odsetek zmarł następnie w szpitalach, lub został okaleczony na resztę życia). Nie miejsce tu na przytaczanie i analizę statystyk porównawczych. Tak jest w jednym, niezbyt dużym, kraju Europy. Wszelako wiemy, że statystyka analogiczna wykazuje — mniej lub więcej — ten sam procent, we wszystkich krajach Europy. A w całym świecie? Cyfry te, zaokrąglone prowizorycznie, idą w miliony. W pomnożeniu na lat np. dziesięć, wyniosłyby... -Nierozsądnie, naturalnie, byłoby wymagać od papieża, czy innych instancji światowej moralności, by potępiały rozbudowę światowego ruchu samochodowego, lub zgoła domagały się zniesienia go. Można jednak sobie wyobrazić ten wielki krzyk, jaki by się podjął, gdyby tyle samo ludzi ginęło w walce z komunizmem. A przecież opanowanie kuli ziemskiej przez komunizm światowy wydaje się sprawą wielokrotnie ważniejsza niż rozwój ruchu samochodowego. Z tego zestawienia ludzie mogą się słusznie śmiać. Niemniej widzimy, że nie o sam przelew krwi chodzi, lecz o cele, w jakich się ją rozlewa.

Podobnie jest z potępieniem wojny. Każdej wojny, tak się mówi. Ale mówi się niesłusznie. Znany publicysta brytyjski, Philip Vander Est, opracował w roku 1979 obszerne dzieło obejmujące statystykę mordów komunistycznych. Według tego opracowania, począwszy od roku 1917, czyli od "Wielkiej październikowej", komuniści wymordowali 143 milionów ludzi... Tzn. wielokrotnie więcej niż wciągu swego życia i wojen, zdołał wymordować Hitler. (Zauważmy na marginesie: w Rosji carskiej od roku 1821 do roku 1906 stracono zaledwie 997 ludzi). Trudno sobie wszakże wyobrazić, aby papież i moralność opinii publicznej mogły ocenić dzisiaj wojnę przeciwko Hitlerowi jako "zbrodnię"... Oczywiście, że niepodobna wyobrazić. Każdy zgodzi się z tym, że była to wojna słuszna, i bez tej wojny hitleryzm mógłby w dalszym ciągu szaleć na ziemi. Dlaczego jednak w takim razie wojna przeciwko komunizmowi ma być "zbrodnią"?... Mnie się zdaje, że każda wojna przeciwko zbrodniarzowi winna być uznana za słuszną i sprawiedliwą.

Wojen tak czy owak, nie wykreśli się z życia ludzkości. W ciągu ostatnich 300 lat mieliśmy tylko 60 lat bez wojen. Od roku 1945, czyli od końca ostatniej światówki, było ich na ziemi czterdzieści...

Wymyślono super-straszak: wojna atomowa, która może zniszczyć naszą planetę. Po każdym nowym wynalazku, od nowego systemu łuków począwszy, poprzez artylerię, karabiny maszynowe, gazy trujące, przepowiadano koniec ery wojen, jako zbyt niszczącej. Nic się nie sprawdziło. Hiroszima do teraz uchodzi za symbol odstraszający. Ale nie mówi się o tym, że bombardowanie Drezna przez bombowce alianckie w ostatniej wojnie, zwykłymi bombami lotniczymi, pociągnęło za s o ba czterokrotnie więcej ofiar. Nie mówi się, bo — nie wypada....

To, co wypada, a "nie wypada" mówić, jest wielkim hamulcem w naszym rozwoju intelektualnym, w ogóle. A już politycznym, w szczególe.

 

ZNOWU: PRAWDA NA WYWRÓT...

Przedstawia się Związek Sowiecki jako (uzbrojone po zęby) mocarstwo wyjątkowo potężne militarnie. W rzeczywistości jest odwrotnie. Związek Sowiecki jest chyba najsłabszym mocarstwem w dziejach. Bywały różne. Ale takiego, którego 90 procent własnej ludności pragnęłoby upadku, jeszcze nie było. Ten, kto przeżył ostatnią wojnę sowiecko-niemiecką i widział to, co się działo w początkach na własne oczy... Właśnie nie wypada o tym opowiadać głośno. Po wkroczeniu Hitlera w czerwcu 1941 przyjęte zostało powszechnie przez całą ludność, w tym rosyjską w szczególności — jako "wyzwolenie". Ale kto opowiadał się za Hitlerem, ten jest w oczach opinii "zły". Więc i przykład, choć naoczny, jest "zły"... Nie będę przytaczał przykładów powszechnie znanych, i zresztą zafiksowanych w licznych dziełach: całe armie sowieckie poddawały się masowo, przechodziły na stronę najeźdźcy .A ludność witała go chlebem i solą. Liczba jeńców w ciągu pierwszych miesięcy doszła do niebywałej cyfry wielu milionów. — Jednakże Hitler przegrał wojnę...

Znamy Hitlera i jego system niezliczonych zbrodni. Mniej znana natomiast jest jego bezgraniczna głupota; głupota jego systemu i jego koncepcji politycznych. Miał on wojnę już wygraną w kieszeni zanim przekroczył sowiecka granicę. I zrobił wszystko, aby -ją przegrać... Hitler nie walczył z komunizmem. Jest tej "nie walki" pokazowym przykładem. Walczył z narodami i "rasami". Za wroga uważał nie komunizm, lecz "rasę żydowską", narody słowiańskie. Bolszewizm był dla niego tworem rasy żydowskiej; ludzi wschodnioeuropejskich traktował za "pod-ludzi". Sam będąc rewolucjonistą i przede wszystkim nacional-socjalistą — nienawidził wszelkiej kontrrewolucji i zresztą wszelkiej "prawicy" z duszy całej. Wielokrotnie mówił, że żołnierz niemiecki walczy na wschodzie z Sowietami, nie po to, by wprowadzać stan kontrrewolucyjny w Rosji. Porównywał Rosjan do ludzi "z błota"... W ten sposób "wyzwolenie" którego się spodziewano, zamienił w krwawe deptanie godności ludzkiej. Zamienił "wyzwolenie" we własną klęskę.... A mimo to, jeszcze miliony ludzi — (Rosjan 1 800 000, Ukraińców, Białorusinów, mieszkańców Krajów Bałtyckich, Kaukazu, Donu, Azjatów etc.) wytrwało po hitlerowskiej stronie antysowieckiej z bronią w ręku do końca. Tak wielką nienawiść żywili do ustroju komunistycznego.

W dzisiejszym nastawieniu tzw. "Zachodu" (Polski nie wyłączając) jest właściwie wiele z tego "hitleryzmu" w ocenie Bloku Sowieckiego. Nie chce się widzieć komunizmu, lecz "Rosję" i "Rosjan". Tymczasem rozbicie tego bloku polega nie na sile militarnej, lecz polityczno-propagandowej. Recepta jest gotowa: wziąć wzór polityki Hitlera i — zrobić wszystko odwrotnie, niż on to uczynił... Czyli z "najeźdźcy" przeistoczyć się w autentycznego "wyzwoliciela".

Ale nawet z punktu czysto militarnego Związek Sowiecki jest wielokrotnie słabszy od "Zachodu". Niedawno Szwedzki Instytut Badań Wojennych w Sztokholmie ogłosił wyniki tych badań w czasopiśmie "EST". Jest to szczegółowa analiza, której przytaczać tu nie będziemy z braku miejsca. Opracowanie wszystkich odcinków terenowych, rodzajów broni i sytuacji porównawczych z Zachodem. Wynika z tego, ze militarnie na lądzie, na morzu i w powietrzu Pakt Warszawski jest co najmniej pięciokrotnie słabszy od Paktu Atlantyckiego. A nie odwrotnie, jak to się lubi przedstawiać. W sumie licznie z broniami atomowymi.

Stąd Związek Sowiecki i cały jego Blok jest mocarstwem, które najbardziej obawia się otwartej wojny ("Konfrontacji"). Gdyż przy trafnej ocenie ze strony Wolnego Świata i zastosowania trafnej polityki, Blok Sowiecki rozpadnie się w drzazgi przy pierwszym zderzeniu wojennym. Rozpadnie się też cała ofensywna, psychologiczna sieć komunizmu, która dziś oplątuje i zagraża kuli ziemskiej

 

RACHUNEK PROSTY

Międzynarodowy Komunizm wychodzi z założenia bardzo prostego rachunku: Po co narażać się na ryzyko wojny (zguba), gdy można bez wojny, niejako gołymi rękami opanować świat. Stąd cały komunistyczny plan ofensywny związany jest ściśle z planem obronnym w jedną całość. Infiltracja, indoktrynacja, dezinformacja, opanowanie wpływowych sfer wolnego świata przez wszelkiego rodzaju lewicowców, „progresistów”, pacyfistów etc. etc., przez wpływy komunistyczne są nam wszystkim bardzo dobrze znane. Już w dwudziestych latach zaprojektowany był z powodzeniem prowokatorski plan, znany pod mianem "TRUST", który z jednej strony miał wszczepiać na Zachodzie przekonanie, że w Sowietach zachodzą wielkie, wewnętrzne przemiany "ewolucyjne", z drugiej strony przestrzegać przed wojną, która by te przemiany unicestwiła i wzmocniła bezkompromisowość komunizmu. Od tego czasu nadzieje na "ewolucje" Moskwy nie ustały w wolnym świecie, znakomicie wzmacniane manipulacją różnymi "dysydentami". Po drugiej wojnie głośne stały się komunistyczne "Kongresy Pokoju". Jednało się do nich, kogo się dało, zwłaszcza wśród intelektualnych, "postępowych" chrześcijan. Dziś okazały się niepotrzebne, od kiedy papieże po II Soborze Watykańskim, uczynili z POKOJU najwyższą cnotę i podnieśli do godności nieomal świętego kanonu: Byle nie wojna! Byle nie przelewać krwi! Nie tylko w wojnie zewnętrznej ale i — uchowaj Boże w wewnętrznej kontrrewolucji! Tym bardziej wylansowano, już na wielką skalę i w nowym wydaniu, "nieantagonistyczną opozycję" w państwach komunistycznych.... Tzn. taka, która dąży do "poprawy"' ewolucyjnej komunizmu, ale wyklucza obalenie go siłą. Zaczęło się to w samych Sowietach jeszcze za Chruszczowa. Słynne pierwsze "samizdaty", nawet z adresami redakcji i autorów, czyli na wpół jawnie, zasłynęły w całym świecie. Znaczenie tym większe, że jednocześnie utwierdzały Zachód w zachodząca w Bloku komunistycznym "EWOLUCJĘ", o której wszyscy marzą, gdyż stanowi alternatywę wszelkiej wojny, a nawet ją wyklucza. W ten sposób zabłysnęli "opozycjoniści" tej miary jak Sacharow i Sołżenicyn. Po nich przyszła plejada innych. Wszystkie głośne. organizowane na Zachodzie "przesłuchania im. Sacharowa" odznaczały się tym, że przy ich rzekomym antykomunizmie dopuszczano tylko "niewinne ofiary".

 
 

powrót

 

strona główna