Skip to content Skip to footer

Chmielowiec Michał – Piękno i smutek tych wszystkich rzeczy… (o powieści Lewa wolna)

Tytuł: Piękno i smutek tych wszystkich rzeczy… (o powieści Lewa wolna)

Autor: Chmielowiec Michał

Wydawca: “Wiadomości”, 1966, nr 9 (1039)

Rok: 1966

 

 

 

 

Opis:

Piękno i smutek tych wszystkich rzeczy… (o powieści Lewa wolna)

Mam pisać o Józefie Mackiewiczu, ale zacznę od Mariana Hemara. Stanowczo, nie doceniamy jego wszechstronnych uzdolnień. Liryk, satyryk, fraszkopis, tłumacz, autor dramatyczny i kabaretowy, felietonista, publicysta (bo do publicystyki właściwie należy znaczna część jego radiowej, wierszowanej twórczości), mówca, recytator, konferansjer, reżyser – od tylu lat tak szczodrze się udziela w tylu różnych dziedzinach, że niejednemu z nas trochę się opatrzył. W roli recenzenta i krytyka literackiego występuje stosunkowo rzadko, lecz i tu – jak w każdym innym gatunku – z miejsca osiąga wysoki poziom. Gdyby swoje omówienie nowej powieści [Lewa wolna] Mackiewicza w “Tygodniu Polskim” z 15 stycznia br. podpisał np. “Jan Kowalski”, wywołałoby sensację. Nareszcie – westchnęlibyśmy z ulgą – w tej tak chronicznie zaniedbanej dziedzinie zjawia się nowy, mocny talent.

Omawiając niedawno świeży tom prozy krytycznej V. S. Pritchetta Frank Kermode pochwalił go szczególnie za dar – jak to nazwał – “czysto epigramatycznego oświetlenia”, za umiejętność znalezienia zwięzłej i zapadającej w pamięć formuły, która trafia w sedno rozpatrywanej przez krytyka książki lub – szerzej – twórczości. Jako przykład podał nazwanie Becketta “gramatykiem samotności”. “O Becketcie – powiada – mnóstwo można napisać nie wychodząc poza glossy do tego właśnie zwrotu” Pritchetta. Podobnie szczęśliwą formułę udało się ustrzelić Hemarowi, gdy nazwał Mackiewicza “pisarzem dla dorosłych” w przeciwieństwie do Sienkiewicza (“pisarza dla dzieci”) i Żeromskiego (“pisarza dla młodzieży”). Znaczna część mojej recenzji to będą glossy do tej Hemarowej formuły, z którą się całkowicie zgadzam i której mu trochę zazdroszczę.

Kto wie, czy nie najważniejsze w każdym utworze literackim są dwa miejsca: początek i zakończenie. Oba są dziwne w nowej powieści Mackiewicza. Ton obu jest – jak na Mackiewicza – dziwnie pogodny, nieomal gawędziarski, choć w przeciwieństwie do innych pisarzy “kresowych” (Wańkowicz, Michał K. Pawlikowski) Mackiewicz nie ma ani temperamentu, ani zamiłowania do tego arcypolskiego rodzaju literackiego, jakim jest gawęda. Milkliwy w życiu, milkliwy jest i w twórczości, mimo jej tak pokaźnych już rozmiarów.

Ton jest pogodny lub prawie pogodny, ale nie – treść. W początku mamy pogodę przed burzą, w zakończeniu pogodę po niej. I tu, i tam słychać grzmoty nadchodzącej lub ustępującej: huk armat na pierwszych stronach i samobójczy wystrzał Zybienki na ostatnich. To akompaniament, złowróżbny. A treścią początkowej strony, nad którą chcę się teraz przez chwilę zatrzymać, są nauki życiowe, udzielane przez 95-letniego dziadunia 14-letniemu bohaterowi, jeśli tą niestosowną nazwą można obdarzyć główną postać tej czy w ogóle którejkolwiek powieści Mackiewicza.

Gorzkie to nauki, choć w ustach starego pana, którego – jak czytamy znacznie dalej – “do końca trzymały się żarty”, przybierają formę facecji. Życie nie jest bajką (dla dzieci), ani romansem (dla młodzieży). “Nie ma cudów na świecie”, nie ma litości, “jest tylko gra na łzawych gruczołach ludzkiego organizmu”, “niech cię Bóg broni przed okazywaniem własnej niemocy”, wiadomo że nie ma wiernych mężczyzn, a wierne kobiety “wymyślili literaci”, od Pana Boga wreszcie “również za wiele spodziewać się nie masz prawa”, nie odpuści ci win, bo postępuje tak “jako i my”, a “jakiż człowiek swoim winowajcom odpuszcza winy! Gadanie”.

Stary Mamert Krotowski, pozytywista, na pewno miał Darwina w swojej bibliotece. Jego przyrodniczo-pesymistyczny pogląd na życie, jego niska (trzeźwa?) ocena natury ludzkiej nie znalazłyby się chyba na swym poczesnym miejscu, gdyby były obce Mackiewiczowi. Sam przyrodnik z wykształcenia a podejrzliwy, nieufny “Litwin” z usposobienia – nie ma zbyt wielu złudzeń na temat tak zarozumiale się nazywającego gatunku Homo sapiens. Poglądy Mamerta – wysłuchiwane ze znakomicie zaobserwowaną nieuwagą przez wnuka – do pewnego przynajmniej stopnia podziela i nieraz je jeszcze w powieści potwierdzi. Spod żelaznego prawa egoizmu nie pozwoli się wymknąć żadnemu ze swoich ludzi. W oczekiwaniu na pierwszy strzał pierwszą myślą jest zawsze: “A może we mnie”. Na skargę ułana: “Zgubiłem ostrogę” druh jego odpowiada po prostu: “Swojej tobie nie oddam”. Prawo natury, pewnik, nad którym nie warto się rozwodzić, wystarczy stwierdzić.

Od egoizmu poprzez obojętność na cierpienia innych do okrucieństwa jest już tylko krok. Pomijając książki-dokumenty ostatniej wojny – a wiele z nich trzeba pominąć w krytyce literackiej, bo należą w najlepszym razie do historii, a w najgorszym i najczęstszym do propagandy – nie było dotąd w literaturze polskiej takiego zagęszczenia okropności, jakie przynosi Lewa wolna. To literacki odpowiednik “Okropieństw wojny” Goyi, tyle w niej męki bez odkupienia, tyle zgrozy bez “katharsis”. Opisane są wstrząsająco, z jakąś potworną rzeczowością, że wymienię dla przykładu scenę samosądu chłopskiego nad złodziejką (“gdy zaczęto ją bić, dochodził bardziej pisk i kwik jakby bitego prosiaka aniżeli ludzki krzyk czy jęki”), śmierć “orlęcia” polskiego, 17-letniego gimnazjalisty, który wzięty do niewoli przez bolszewików, miał im powiedzieć: “Nasza krew przelana za wolność, czerwieńsza jest od waszych sztandarów”, za co “wycięto mu organa płciowe i zakopano żywcem” (tylko tyle, siedem słów, bezosobowo), spalenie żywcem niewinnego maszynisty kolejowego, wymordowanie rodziny ziemianina rosyjskiego w relacji mamki (“Wszystkich wykończyli, zabili ludzie wioskowi, chłopi nasi ciemni. I papę twojego jak wyszedł na werandę, i mamę twoją w sieniach, i siostrzyczki obydwie z warkoczykami, siekierami porąbali…”) i obrabowanie dworu polskiego przez “tutejszych” chłopów (“Jak przyszli bolszewiki, no to ludzie masierozumieć poszli, rozgrabili majątek doszczętnie, każdy ciągnął do siebie co schwytał, i przytem zabili pańską cioteczkę starą”…). Pokreśliłem słowa, które dwu ostatnim opowieściom nadają ich niesamowity ton: ta drobiazgowa, nieistotna i zbyteczna topografia mordu, to poczucie “normalności” grabieży, to zbagatelizowanie zabójstwa (“przytem”) i te zdrobnienia, tak utarte w mowie ludu rosyjskiego, tak pozbawione już przez użycie ładunku emocjonalnego, pieszczotliwości, i nagle go odzyskujące, nie w ustach mówiącej osoby, lecz w odczuciu słuchacza lub czytelnika – jak to świetnie podsłuchane lub raczej wysłuchane wyobraźnią twórczą i jak przejmujące! Podobny, jeszcze może silniejszy efekt – zdaję sobie sprawę, że mówienie przy tych sprawach o “efekcie” zakrawa na bluźnierstwo – daje kontrast okropnych faktów i niefrasobliwej narracji w tej tragedii, przedstawionej stylem żołnierskiej dykteryjki:

Bo widzicie – dla chłopa ziemia więcej warta od życia, a koń więcej warty od baby. To, pamiętam raz, zajechaliśmy do wsi za pierwszej Brusiłowskiej ofensywy szesnastego roku, i dragoni biorą konia od chłopa. A ten na różne prośby. To jeden dragon, młody taki, wesoły chłopak był, mówi jemu tak niby na żart: “Daj w zamian swoją babę, to zostawimy konia”. A on z rozpaczy mówi: “Bierzcie lepiej babę”. A młoda, niczegowata była sobie ona. Tymczasem i drugi na nią polazł, i trzeci już zamierza. To co powiesz! Chłop wyszedł do sadu i powiesił się na gruszy. Na własnym rzemieniu od portek powiesił się. Na gruszy.

Zróbmy bilans ofiar i katów w tych sześciu z licznych męczarni. Po stronie “cierpi” mamy: chłopkę “tutejszą”, białoruską zapewne, uczniaka polskiego, neutralnego politycznie maszynistę rosyjskiego, rodzinę ziemian rosyjskich, rodzinę ziemian polskich i chłopa prawdopodobnie polskiego. Po stronie “dręczy”: krajanów umęczonej chłopki, bolszewików, watażkę kontrrewolucyjnego o niepewnym poczuciu narodowym, chłopów rosyjskich, chłopów białoruskich i dragonów bodajże niemieckich. Daleko jesteśmy od bezsensownej blagi przypisującej zdolność do okrucieństwa tylko jednej stronie, jednemu narodowi, jednej klasie. Dodam jeszcze, bo tych wypadków nie objęły dotychczasowe przykłady, że Mackiewicz nie raz i nie dwa ukazuje zezwierzęcenie polskiego żołnierza (“niama bolsz chaliery czym polskije lehianiery”) a bolszewików jako ofiary. Bolszewicki komisarz polityczny na widok powieszonych chłopów nie umie rozstrzygnąć, kto był sprawcą egzekucji: biali czy czerwoni. “Może oni, a może i nasi. Ch… ich tam śmiertelny wie”.

Ponura jest książka Mackiewicza, ale nie jednostajnie ponura. Nie ma w niej nic z tego mózgowego pesymizmu, który tak często idzie w parze z przytępieniem zmysłów i brakiem wyobraźni. Przyroda – a człowiek do niej należy, jest “częścią składową pejzażu” (str. 372) – ma dla Mackiewicza nie tylko okrutnie obojętne oblicze. Bywa ucieczką, ukojeniem, przedmiotem zachwytu. Uchodząc z Wilna Karol Krotowski słyszał jak “w gęstych krzakach gęsto ćwierkały wróble”, widział jak “sroka na samotnej brzozie swym biało-czarnym upierzeniem zabawnie zlewając się z biało-czarnym pniem, ciekawie patrzyła w dół”, jak “żółcił się w słońca klomb nie podeptanych przez nikogo nagietek”. “Ostatnim spojrzeniem obrzucił piękno i smutek tych wszystkich rzeczy”…

Podeptani przez wojnę ludzie Mackiewicza potrafią się jednak czasem “poradować życiem”, czuć “bezprzyczynowo lekko”, “bezprzedmiotowo weseli”. Zakuci w dyby pierwotnych popędów, samozachowawczego egoizmu i walki o byt – niekiedy przecie rozprężają się w cieple rodzinnego domu lub macierzystego oddziału, w rubasznym śmiechu, w koleżeństwie, w przyjaźni, w muzyce, w poezji, raz nawet – niedowierzająco – w wielkiej miłości (str. 253). Hurra-optymizm, cacy-cacy – to dziecinada. Hurra-pesymizm, weltschmerz totalny – to częsta choroba wieku dojrzewania. Mackiewicz jest pisarzem dojrzałym. Dorosłym i dla dorosłych.

Przy całej swej temperamentowej i filozoficznej skłonności do czarnowidztwa nie traci zmysłu proporcji i rzadko, bo rzadko, ale przecież czasami zdradza związane z tym zmysłem poczucie humoru, że przytoczę pytanie starszawej damy: “O jakiego to Piłsudskiego chodzi? O tego co napadał na pociągi?” albo mędrkowanie “chłopskiego filozofa” Brąkiewicza: “Jeżeli jest Pan Bóg, a daj Boże żeby był…” albo charakterystykę Kostriełowa, który “nie bacząc na socjalistyczną ideologię” był “pijak i dziewczynkarz”. Humorem podszyta jest większość niezmiernie trafnych spostrzeżeń psychologicznych, obficie rozsianych po całej powieści. Kilka przykładów: Karol po dłuższym rozstaniu z niby-żoną Zosią całując ją ma wrażenie “jakby całował jakąś inna dziewczynę”, wuj Stefan po gładkim załatwieniu trudnej sprawy “dla porządku nie zdradza radości”, sąsiad informujący rodzinę Krotowskich o śmierci dziadka “grzecznie poważnieje”, szwadron Karola mijają działka dywizjonu artylerii konnej “z dumnie . skaczącym na czele porucznikiem Lewkowiczem”… Gęsto od takich melancholijnie dowcipnych spostrzeżeń – jest w szeregu kapitalnych scen. Chciałoby się przytaczać i przytaczać. Poprzestanę na zwróceniu uwagi na niezapomniany obraz delegacji chłopów “tutejszych” przyjmowanej przez polskiego oficera dyżurnego (str. 80). Tu już nie tylko gwara, nie tylko sposób mówienia, ale sposób myślenia, ta mieszanina chytrości, pokory, pochlebstwa, rezygnacji i sceptycyzmu ze strony chłopów, ta wyniosła dobroduszność, obojętność i znudzenie ze strony oficera – podchwycone są znakomicie i podane z wiernością taśmy magnetofonowej i z gorzkim humorem zamykającej scenę pointy:
– Czego oni tam chcieli? – zapytał pułkownik.
– Czort ich wie. Przepraszam, panie pułkowniku, ale nic a nic nie zrozumiałem.

Podobny gorzki humor w podobnej sytuacji zetknięcia się dwóch światów mamy w scenie (na str. 311), gdzie młody Żyd, przystawszy entuzjastycznie do bolszewików, zatrzymuje się na chodniku przed samochodem z rozpartym szoferem-czekistą i “imponując gapiom, z rzeczowo-przymilnym uśmiechem, podkreślając swe znawstwo”, pyta szofera:
– Ile koni, towarzyszu?
– Paszoł won – odpowiedział obojętnie czekista, nie zmieniając pozy.

Pora już jednak, jak zapowiedziałem, rzucić okiem na drugie “najważniejsze miejsce” utworu: na zakończenie. Przeczuwamy, że autor zagrzebał tam dalsze kluczyki do swej powieści, do swego zamierzenia artystycznego. Przeczucie nie myli: są, co najmniej dwa, szczerozłote. Oba na jednej z końcowych stron, 449. Oba w formie sentencji:

1. “Mówiąc o ludziach, upraszcza się zazwyczaj i mówi albo dobrze, albo źle”.

2. “Największa niesprawiedliwość, jaką popełniamy w życiu, to uogólnienia”.

Mackiewicz należy do pisarzy, których główną ambicją jest przedstawianie całej prawdy. Nawiasem mówiąc, może w tym jest wyjaśnienie paradoksu, że powieści tego małomównego, zwięzłego do lapidarności, stylisty są takie długie: dwie ostatnie mają łącznie 1121 stron. Cała prawda jest mniej efektowna od cząstkowych. Musi objąć nie tylko to co ważne, ale i to co błahe, nie tylko to co typowe, ale i to co przypadkowe, nie tylko normy, ale i odchylenia, nie tylko reguły, ale i wyjątki… Są rodzaje literackie i całe – że tak powiem – obszary literatury (można by je nazwać “romantycznymi” w najszerszym rozumieniu słowa), w których na całą prawdę nie ma miejsca: satyra, groteska, paszkwil, melodramat, prawie cały dramat, prawie cała liryka; sielanka i baśń z jednej strony, teatr absurdu i teatr okrucieństwa z drugiej… Kto chce przede wszystkim wzruszać, wstrząsać, śmieszyć, roztkliwiać, rozdzierać rany czy pokrzepiać serca – nie może się obejść bez uproszczeń i uogólnień, bez przejaskrawień i bez idealizacji. Gdyby Sienkiewicz był sprawiedliwy dla Kozaków, Szwedów, krzyżaków i Nerona (naprawdę sprawiedliwy, bo artyzm dyktuje mu pewne drobne usprawiedliwienia) Ogniem i mieczem, Potop, Krzyżacy i Quo vadis zatraciłyby swą moc wzruszania.

W imię całej prawdy (ściślej: w imię dążenia do niej, bo i jemu się to nadludzkie przedsięwzięcie nie udaje) Mackiewicz rezygnuje z takiego wzruszania. Nie gra na łzawych gruczołach, nie powoduje mrowia w krzyżu, które śp. Zygmunt Nowakowski zbyt pochopnie uważał za sprawdzian wielkiej sztuki (tylko ludzie o twardym sercu płaczą na melodramatach – mawiał z drugiej strony Karol Irzykowski). Wśród jego postaci nie ma ani jednego bonatera i ani jednego czarnego charakteru. Z żadną naiwny czytelnik i nie miałby ochoty się utożsamiać. O wszystkich autor mówi i dobrze, i źle, albo ani dobrze, ani źle. I nie tylko o ludziach: o przyrodzie, o wojnie, głównym temacie ostatniej książki, o życiu wreszcie, jak to już usiłowałem pokazać.

Jeśli największą niesprawiedliwością w życiu (i w literaturze) są uogólnienia, to brak ich jest najwyższą sprawiedliwością. Przywodzi to na myśl głębokie i słuszne, choć do znudzenia cytowane i jak na mój gust trochę zbyt patetyczne słowa Conrada o “wymierzaniu sprawiedliwości widzialnemu światu”. A skoro a uogólnieniach mowa, warto jeszcze w nawiązaniu do tego, co się rzekło o humorze Mackiewicza, zwrócić uwagę na zabawny komentarz do owej kluczowej sentencji. Kozak Biełkin spotkawszy dwu chłopców z zaboru austriackiego, którzy – tak się złożyło – obaj mieli odstające uszy, stwierdza (str. 281): “U wszystkich Austriaków [!] odstają uszy”.

Przyjrzyjmy się teraz nieco bliżej tym uproszczeniom i uogólnieniom, które Mackiewicz ze szczególną konsekwencją i uporem tępi. Można je podzielić, z grubsza, bo jedne na drugie zachodzą, na patriotyczne, romantyczne, doktrynalne i pacyfistyczne.

Wspomniałem już o polskich okrucieństwach wojennych. Podobnie jak ich, Mackiewicz nie ukrywa wielu innych wstydliwych spraw: że motywy zaciągania się do wojska polskiego nie u wszystkich obrońców ojczyzny były najszlachetniejsze, że w wojsku tym odchodziła niekiedy spekulacja, że zdarzały się rabunki, że pętał się w nim element kryminalny, że bywały chwile demoralizacji, wiania, paniki, że tu i ówdzie powieszono Bogu ducha winnego Żydka (jako że “Żydzi sprzyjają bolszewizmowi” – z drugiej strony Żyd Abramek jest lubiany w szwadronie ułanów polskich!), że pewna wioska wyzwolona spod bolszewików witała Polaków serdecznie nie tyle jako oswobodzicieli, ile pod wpływem ulgi, gdy dość przypadkowo rozwiały się obawy o możliwe z ich strony represje (str. 74), że wojna zupełnie inaczej wygląda “z konia oficerskiego” niż “z konia ułańskiego”, że w zwycięstwie oręża polskiego brały też pewien udział nie-polskle formacje antybolszewickie itd. itd.

W swoich notatkach z lektury Wojny i pokoju przed kilkoma laty znajduję pedantycznie zarejestrowany ustęp (t. 4, cz. I, rozdz. 3) w którym hrabina Rostowa stara się synów uchronić od niebezpieczeństw wojny (“miała nadzieję – pisze Tołstoj – że przynajmniej jeden jej syn nie znajdzie się na polu bitwy”), a obok niego własny okrzyk: “Niechby tak polski pisarz ośmielił się dać taki obraz Matki-Polki!”. Mackiewicz nareszcie się ośmielił (“pani Alicja żegnała syna… szczerze zmartwiona swoim i jego losem” – syn idzie walczyć za ojczyznę), dość delikatnie zresztą i nieprowokacyjnie.

Wszystkie te i wiele innych szczegółów nie robią z powieści Mackiewicza książki antypatriotycznej. Autor patriotyzmu nie neguje, daje jego przykłady (Karczmarek, wileński sklepikarz, na str. 238, patriotyczny duch w zagrożonej Warszawie – str. 294), potrafi o nim mówić ciepło (“patriotyzm pejzażu” – ważna strona 372). Cała prawda wymaga jednak odmówienia patriotyzmowi tej przemożnej i wyłącznej roli, jaką mu przypisują patriotyczne czytanki.

Tu wtrącę jeszcze, że cechy przekomarzania się z patriotycznymi uogólnieniami ma postać o mickiewiczowskim imieniu Zosi. Ta “zwariowana” i przy tym miła i pełna wdzięku dziewczyna jest, moim zdaniem, jedną z najlepszych postaci kobiecych w całej naszej literaturze. Przeciwieństwo romantycznego “dziewczęcia polskiego”, powabna bestyjka o jakiejś instynktownej perfidii i równie instynktownej kobiecej mądrości i dojrzałości jest tak świetnie narysowana, że można się w niej zakochać. W ogóle rysunek postaci, który dotąd nie był najmocniejszą stroną Mackiewicza, bardzo się w tej ostatniej powieści wyostrzył. Są bardziej skomplikowane w swej mieszaninie zła i dobra niż większość dotąd nam znanych. Po Zosi drugie miejsce dałbym Wujowi Stefanowi.

Antyromantyczna wizja wojny dochodzi w powieści do wielkiego natężenia, ale nie do przesady. Nie będę się nad tym rozwodził, bo rzecz rzuca się w oczy, poprzestanę na dwu znakomitych scenach, tej, gdzie zburaczały ze złości na twarzy stary żołnierz “z pełnego skoku kopie butem w zadek” brawurującego ochotnika (str. 359), i tej, gdzie młody porucznik rozsierdzony na nieprzezornych dowódców pada od kuli z okrzykiem nie: “Jeszcze Polska…”, ale: “Doigrali się, kurrr… mać!”.

Strach, wszy, brud, plugawe przekleństwa – nie mniej jest tego u Mackiewicza niż w pacyfistycznych powieściach, których tyle zjawiło się po przedostatniej wielkiej wojnie (ciekawe, że nie po ostatniej). Różni się on jednak od nich swym upartym szukaniem całej prawdy o wojnie. Zauważa obok strachu i męstwo, i sprawność żołnierską (Karczmarek w pewnej chwili jest niemal Podbipiętą herbu Zerwikaptur), i radość z odniesionego zwycięstwa. Pod tym względem Lewa wolna przypomina a zarazem przyćmiewa swą poprzedniczkę: opowieść Rembeka W polu. Operacje wojenne, mimo odrazy do rzeźni, Mackiewicz opisuje ze smakiem szachisty, świadomego arkanów strategii i taktyki. Bez tego zrozumienia, że wojna ma jednak w sobie coś ze sztuki (“sztuka wojenna” – mówiło się kiedyś), nie może być wielkiej batalistyki. U Rembeka takie zrozumienie da się ledwo wyczuć, a próżno by go było szukać np. u Remarque’a.

Co miałem na myśli mówiąc o przeciwstawianiu się uproszczeniom doktrynalnym zobrazować może np. początek XLVI rozdziału, gdzie na jednej stronie zestawione są skargi generałów kontrrewolucji rosyjskiej, szefa sztabu armii polskiej i politruka bolszewickiego korpusu Gaja. Przedstawiciele tak różnych ideologii zgodni są w narzekaniach na nieprzychylną postawę ludności. Jeszcze zwięźlej tę stale podkreślaną wyższość praw życia nad prawami doktryny przedstawia westchnienie autora: “żeby choć raz zwycięzców witały wrogie flagi” lub cytowana przezeń z aprobatą opinia chłopska: “Nie ważne jest, kto będzie rządził. Ważne jest, czy da żyć”.

Antykomunizm Mackiewicza nie jest doktrynalny. Nie jest to antykomunizm kogoś, kto złej teorii politycznej, gospodarczej, społecznej przeciwstawia inną, lepszą. On jest przeciw wciskaniu “wielozielonego” (że posłużę się jego własnym, udatnym neologizmem) życia w ramy “szarej teorii”, a z wszystkich teorii komunizm jest najgroźniejszy, bo najbardziej konsekwentny, najbardziej totalny. Antykomunizm Mackiewicza nie wyłącza więc ani obiektywizmu, ani humanizmu. Autor niejednokrotnie i na długo przenosi się na stronę bolszewicką i koleje jej sprawy maluje tak sine ira et studio, że całe ustępy mogłyby się bez retuszów ukazać w moskiewskiej “Litieraturnoj Gazietie”. Dwie z czołowych postaci – Jana Wintowta i Annę Kostriełową – umieszcza w obozie bolszewickim, lecz nie przedstawia ich wcale gorzej (choć i nie lepiej) niż postaci z przeciwnego obozu. Raz po raz też i anonimowych “bolszewików” potrafi jednym natchnionym słówkiem przeobrazić z powrotem z “wrogów”, z celów strzelniczych w – ludzi, Jak choćby wspominając, że w kieszeni zabitego żołnierza czerwonej armii ułani polscy znaleźli garść machorki i pęknięte lusterko. Tak jest w najlepszych miejscach, bo czasem jednak ponosi go temperament publicystyczny, który tu i ówdzie zwodzi go na manowce zbyt przejrzystych aluzji aktualnych, polemiki i rezonowania. Wydaje mi się, że Lewa wolna jako powieść historyczna zyskałaby – gdyby Mackiewicz wyrzekł się tak przekonywającego dowodzenia swoich – ciekawych i zapewne słusznych – tez. Są one w niej niekiedy obcym ciałem. Nacisk jest na “niekiedy”, bo większość bodajże materiału historycznego wmontowana jest znakomicie i wcale nie osłabia powieściowej fikcji, raczej potęguje jej wymowę. Ustawiczne, niemal regularne zwężanie i rozszerzanie widnokręgów – co widać gołym okiem ułana, co przez lornetę sztabowca, co z perspektywy historycznej – nadaje powieści szczególny rytm, którego ważnym i artystycznie bardzo szczęśliwym elementem są powtarzające się, pieczołowicie zebrane litanie cyfr, danych, numerów formacji i rozkazów, nazw miejscowych, dat. Nie brak też świetnych scen historycznych, gdzie idee i koncepcje przyoblekają żywe ciało. Gdzie indziej jednak martwieją w formie wywodów. I wtedy spojrzenie Mackiewicza na historię nie ma tej pełni, jaką ma jego spojrzenie na życie. Dla przykładu: artystyczny obraz polityki Piłsudskiego wobec rewolucji i kontrrewolucji rosyjskiej wymagałby nie tylko wzmianki o nacjonalizmie białych generałów, ale pokazania go w wymownych scenach. Podobnie brak mi bodaj jednej sceny, która by ukazała nieprawości obalanego przez bolszewizm (nic to, że zastępowanego gorszym) ustroju carskiej Rosji. Może właśnie dlatego np. romans Karola z Audolą wypadł trochę niewyraźnie (zakochała się? dlaczego?), że nie pokazano nam ekonomicznej podszewki erotycznych stosunków panicza z pokojówką. Tu i gdzie indziej nie zawadziłaby szczypta marksizmu. W imię całej prawdy, której rąbek marksizm mimo wszystko odsłania. By skończyć wreszcie z brakami, nieuniknionymi, bo tylko Pan Bóg potrafiłby napisać całą prawdę o świecie – po macoszemu potraktowana jest dziedzina przeżyć religijnych, które przecież wojna zwykle wzmaga, gwałtownie przybliżając człowieka ku sprawom ostatecznym. W bogatej galerii postaci żołnierskich tej polskiej Wojny i pokoju brak mi “dobrego żołnierza” Płatona Karatajewa, którego nie zastąpi mądrala Brąkiewicz o zbyt już facecyjnych pojęciach religijnych. Ciekawe że Mackiewicz, tak bliski największym pisarzom rosyjskim, jest tak bardzo polski w tym, że zupełnie nie wziął od nich ich pasji religijnej lub – jeśli mu nie jest obca – że ją z tak “zachodnią” powściągliwością ukrywa.

Oprawa introligatorska i graficzna książki, druk, papier przynoszą chlubę Polskiej Fundacji Kulturalnej, Szkoda tylko że korekta zawiodła, zapewne z przyczyny pośpiechu, aby nas tą wielką powieścią obdarować już na Gwiazdkę. Autor o tyle na tym zyskał, że życzliwy czytelnik może na karb korekty zwalić usterki językowe, przeważnie z kategorii rusycyzmów.

Po tej zoilowskiej uwadze jeszcze jedna, tym razem wzruszona. Lewa wolna zaczyna się od autorskiego podziękowania “tym, którzy przyszli mi z pomocą materialną w długim okresie pracy nad tą książką, i w ten sposób umożliwili jej napisanie: Józefowi Frydowi w Rzymie, Zofii Kirsch w Bernie szwajcarskim, Włodzimierzowi Popławskiemu w Londynie”.

Całym sercem przyłączam się do tego podziękowania i stawiam wniosek o wpisanie wymienionych nazwisk do złotej księgi pielgrzymstwa polskiego.

Zobacz stronę archiwalną: www.archiwum.jozefmackiewicz.com

Kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie materiałów, ze strony www.jozefmackiewicz.com, w całości lub w części, bez zgody właściciela strony jest zabronione.

© 2021. All Rights Reserved. Opracowanie strony: fdgstudio.net