Skip to content Skip to footer

Łobodowski Józef – Sołżenicyn bez zagadki

Tytuł: Sołżenicyn bez zagadki

Autor: Łobodowski Józef

Wydawca: pierwodruk: “Wiadomości”, Londyn, 1972, nr 26 (1369); pisownię i interpunkcję nieco zmodernizowałem – K. K.

Rok: 1972

Opis:

Sołżenicyn bez zagadki

W nr. 1366 “Wiadomości” ukazał się obszerny artykuł Józefa Mackiewicza, pt. Nierozwiązana zagadka Aleksandra Sołżenicyna. Postać i twórczość tego pisarza niepokoją Mackiewicza nie od dziś i nie od wczoraj. Parokrotnie już dawał wyraz swoim zastrzeżeniom, idącym tak daleko, że zasugerowane zostało zainspirowanie Sołżenicyna przez władze sowieckie. Oczywista, w określonym celu politycznym. Kiedy Mackiewicz wystąpił z taką sugestią po raz pierwszy, opierał się na opowieści Jeden dzień Iwana Denisowicza. Dużych powieści, Pierwszy krąg, Oddział chorych na raka, nie uwzględnił, bo ich jeszcze nie znał. Tym razem ofensywa jest generalna, ogarniająca całą dotychczasową twórczość Sołżenicyna, włącznie z powieścią historyczną Sierpień 1914, wydaną na Zachodzie w roku ubiegłym. Zagadka… Już w tytule Mackiewicz stwierdza, że tej zagadki rozwiązać nie potrafił. “Na czym – pisze w zakończeniu – polega zagadka Sołżenicyna? Nie wiem. Jestem zdania, że nie rozwiązał jej też Uljanow. Nie wysuwam żadnej hipotezy. Rzuca się w oczy, że ‘coś jest tu nie tak…’. Ale dlaczego? – pozostaje na razie tajemnicą. Zapewne tak długo, aż komuś będzie zależało na jej rozwiązaniu. Takich dziś, właściwie, nie ma”.

Jak to, nie ma? Przecież na rozwiązaniu zagadki zależy samemu Mackiewiczowi, bo w przeciwnym razie po cóż pisałby swój artykuł? A jeżeli rozwiązania nie dał, to chyba tylko z braku dostatecznych danych. Ale zaproponował czytelnikom szczegółowy przewód sądowy. Nie ukoronowany wyrokiem, bo proces jest typowo poszlakowy. Poszlaki – to w jeżyku potocznym po prostu podejrzane okoliczności. Wskazując na nie, Mackiewicz ma rację tylko częściową. Znaczna część argumentów jest wyraźnie naciągnięta lub wywołana w wyobraźni. Idźmy zatem krok w krok, śladem wszystkich podejrzeń, sugestii i argumentów Mackiewicza. Choćby po to, by odróżnić tropy rzeczywiste od fałszywych.

Jeden dzień Iwana Denisowicza był pierwszą, ogłoszoną drukiem w Związku Sowieckim relacją z życia łagierników. Jak doszło do opublikowania tej opowieści? Mackiewicz ofiarowuje dwie wersje i jedną z nich uważa za niewątpliwie prawdziwą! “Albo Chruszczow sam zamówił u Twardowskiego wyszukanie utalentowanego pisarza, który by taką rzecz napisał, albo Twardowski wpadł przypadkowo na takiego pisarza i pobiegł do Chruszczowa z inicjatywą, którą ten natychmiast akceptował”.

Jest to tylko osobiste przypuszczenie, ale Mackiewicz traktuje je jako aksjomat. “Tak czy inaczej – twierdzi nieco dalej – Jeden dzień… Sołżenicyna mógł ukazać się wyłącznie na zlecenie pierwszego sekretarza, Nikity Chruszczowa”. Miałbym inną wersję, przy której się nie upieram, ale uważam ją za równie możliwą. Sołżenicyn znał Twardowskiego, dał mu do przeczytania rękopis, a cenzura zgodziła się na wydrukowanie w “Nowym Mirze”. W tym wypadku nie byłoby żadnego “zlecenia”, lecz po prostu zgoda na druk. Opowieść szła po linii ówczesnej polityki “destalinizacyjnej” i to zadecydowało. Mackiewicz taką wersję z góry odrzuca, bo mu nie pasuje do przewodu sądowego.

Przy okazji dobrał się do skóry Twardowskiego, pisząc o nim z przekąsem, że ten ,,stary komunista” był ostatnio “sławiony przez prasę zachodnią i radia amerykańskie jako ‘liberał’, symbolizujący ewolucję intelektualną w Sowietach”. Mackiewicz cytuje urywki z panegirycznego wiersza Twardowskiego, napisanego w r. 1949 na siedemdziesięciolecie Stalina, i zaopatruje je następującym komentarzem: “Całość przelicytowała, jak twierdzą eksperci, wszystko, co mogło zrodzić się z lokajskiego upodlenia duszy ludzkiej. Nie dziw więc, że właśnie odę Twardowskiego na tę uroczystość wybrano”.

Nie wiem, jakich to “ekspertów” miał Mackiewicz na myśli, ale znając jako tako sowiecką literaturę panegiryczną, mogę stwierdzić, że Twardowski niczego nie “przelicytował” i żadnego szczytu “upodlenia duszy ludzkiej” nie osiągnął. To normalna w tamtych czasach wierszowana laurka, owszem, bardzo brzydki wiersz, ale takie ody – i gorsze – fabrykowano wtedy już nie na arszyny – na wiorsty. W zestawieniu z popisami innych stalino-chwalców, Twardowski był nawet dość oszczędny w superlatywach. “Bolszoje spasibo” – to jeszcze brzmi dość powściągliwie. A ci inni pisali o “genialnym nauczycielu”, “przewodniku ludzkości”, “latarni morskiej, oślepiającej swoim blaskiem”, “potężnym sterniku historycznej nawy”, “ujarzmicielu gór i rzek” itd., itd. U nas Broniewski w swoim Słowie o Stalinie na pewno pozostawił Twardowskiego o wiele stajań w tyle.

Dlaczego więc na urodzinową uroczystość wybrano właśnie odę Twardowskiego? Najpewniej chodziło o popularne nazwisko, a ponadto był on zręcznym wierszopisem okolicznościowym i wiersz ten wersyfikacyjnie i językowo wybijał się ponad przeciętność. Ot, i cała tajemnica. A tu zaraz – “eksperci”! Konieczno, Aleksandr Makiedonskij był wielikij czełowiek, no zaczem że stulja łomat’?

Niezależnie od tego wszystkiego, Twardowski istotnie przeszedł w ostatnich kilkunastu latach życia poważną ewolucję i żadne ironizowanie tego nie zmieni. Mackiewicz całkowicie pominął zachowanie się Twardowskiego jako naczelnego redaktora miesięcznika “Nowyj Mir”, tym samym amputując biografię pisarza o bardzo ważny, pod wieloma względami zasadniczy okres. Ostatecznie, człowieka należy sądzić na podstawie całego jego życia, a nie tylko dowolnie dobranych fragmentów.

“Nowyj Mir” stał się pod redakcją Twardowskiego jedynym godnym czytania czasopismem literackim. W nieustającej walce z cenzurą, partyjną biurokracją i kontrofensywą literackich ortodoksów, Twardowski potrafił przeforsować niejeden tekst, który bez jego opieki i poparcia nigdy by nie ujrzał światła dziennego. Mackiewicz może wskazać, że chodziło o teksty krytyczne, a nie, jak to lubi określać, antysowieckie, antykomunistyczne tout court, i będzie miał rację. Ale…

Chcąc utrzymać się możliwie najdłużej w “Nowym Mirze”, Twardowski z natury rzeczy musiał politykować i wygrywać jednych przeciw drugim. Za tę cenę udało mu się przemycić sporo utworów takich, jak np. opowiadanie Możajewa, drukowane potem w moim przekładzie w paryskiej ,,Kulturze”. Bohater tego opowiadania, kołchoźnik Fiodor Kuźkin, wspomina z utęsknieniem dawne czasy sprzed kolektywizacji – jak to zamożnie i pięknie się żyło! Był to autentyczny przemyt zdrożnych, buntowniczych myśli, cóż z tego że pod pokrywką partyjnej i doktrynalnej prawowierności. Toteż niemal z miejsca rozpoczęła się zajadła nagonka, zorganizowana przez najbardziej reakcyjne elementy, przez najgorszych literackich dzierżymordów ze stalinowskiej sfory. Władze długo nie wiedziały, na co się zdecydować, zajmowały stanowisko pośrednie, wymierzały klapsy mniej więcej w tej samej proporcji jednym i drugim: sztywnym ortodoksom i “liberałom”. Koniec był łatwy do przewidzenia: Twardowskiego zdjęto z redaktorstwa “Nowego Miru”; był to dla niego ostateczny cios. który prawdopodobnie przyspieszył rozwój śmiertelnej choroby.

Mackiewicz o tym wszystkim nie wie, czy też wiedzieć nie chce. Postanowił namalować portret Twardowskiego wyłącznie czarną farbą, więc jaśniejsze tony psują mu powziętą koncepcję. W wyniku powstał portret, bardzo niepodobny do modela.

DZIWNE, ALE NIE ZE WSZYSTKIM

Zresztą, jedno zgadza się z drugim. Mackiewicz ustosunkował się do Sołżenicyna bardzo niechętnie, nic więc dziwnego, że swoją niechęć przerzuca na Twardowskiego, jako protektora autora Jednego dnia Iwana Denisowicza i Pierwszego kręgu. Jaki protektor, taki i Sołżenicyn. Tego rodzaju podejście ułatwia prowadzenie przewodu sądowego i gromadzenie zarzutów.

Najbardziej zdziwiło Mackiewicza że wszystko uchodzi Sołżenicynowi niemal zupełnie bezkarnie. Powieści, drukowane na Zachodzie, drastyczny list do patriarchy moskiewskiego, nie mniej drastyczne przemówienie nad trumną Twardowskiego. “Kiedyś za takie rzeczy – pisze Mackiewicz i ma całkowitą rację – rozstrzeliwano obywatela sowieckiego lub wsadzano do łagru na 25 lat, z przedłużeniem na 25 następnych. Dziś, jak wiadomo, za przekroczenie mniejszej z ciężaru gatunkowego wagi, pakuje się do domu wariatów; wytacza procesy i skazuje na ciężkie kary. Nawet za samo podejrzenie przemycania bardziej łagodnych rękopisów na Zachód, dostaje się do 10-ciu lat”.

“Kiedyś…”. Otóż to! Podobnie, jak Mackiewicz, zapatruję się sceptyczni; na możliwości ewolucji w Sowietach, zwłaszcza odgórnej, ale nie zmienia to faktu, że po śmierci Stalina to i owo zmieniło się na lepsze. Przede wszystkim zelżał terror policyjny. W Komitecie Centralnym zrezygnowano z wzajemnego mordowania się. Chruszczow nie rozprawił się z Malenkowem, Mołotowem i całą tzw. “grupą antypartyjną” w taki sposób, jak Stalin z “lewą opozycją” (Zinowiew) i “prawą opozycją” (Bucharin). Z kolei, gdy przyszła kryska i na Chruszczowa, nie przyłożono mu lufy nagana do potylicy, lecz w łagodny sposób posłano na emeryturę.

Podobnie, gdy chodzi o represje w stosunku do niepokornych literatów. Stalin kazał ich rozstrzeliwać za byle co, albo szybko wykańczał w obozach śmierci. Siniawski (Abram Terc) i Daniel (Nikołaj Arżak) otrzymali siedem i pięć lat. Z obozów wyszli przedterminowo. “Kiedyś”… Co by stało się “kiedyś”? Gdy ten i ów sarkał na zbyt surowy wyrok, Michaił Szołochow odezwał się szorstko: “Powinni być zadowoleni, dawniej posłano by ich pod ścianę”. Jak widać, Szołochow dobrze zapamiętał z czasów rewolucji i wojny domowej malowniczą czekistowską terminologię. “Posłać pod ścianę”, “przyłożyć do ściany”, “utrumnić”, “wyekspediować do sztabu Duchonina”, “rozmienić na drobne”, “trzasnąć”, a także miły, sentymentalny zwrot: “dać klapsa”, i bardziej rzeczowy, buchalteryjny: “wpisać na straty”. Nic więc dziwnego, że sprawę Terca i Arżaka Szołochow zakwalifikował również po czekistowsku.

A jednak ich nie rozstrzelano. Dziwne? A sprawa Żoresa Miedwiediewa i jego starszego brata, Roya. Za Stalina dawno gniliby w łagrze i pies z kulawą nogą by się o nich nie upomniał. W sprawie Żoresa interweniowało kilkunastu najwybitniejszych uczonych sowieckich. Podziałało. Za Stalina nie byłoby żadnych protestów, bo panowała powszechna atmosfera terroru i przerażenia. Czemuż to Mackiewicz nie wziął tej różnicy pod uwagę?

Rzecz w tym, że gdy powieści Sołżenicyna zaczęły ukazywać się na Zachodzie, miał on już w Sowietach duże nazwisko, więc nie zdecydowano się na zastosowanie bardziej dotkliwych represji Uznano że wystarczy zakaz drukowania i usunięcie ze Związku Pisarzy Sowieckich. Ale od razu powstaje nowa zagadka. “Nie wiadomo – pisze Mackiewicz – do dziś z całą pewnością, w jaki sposób foliały rękopisów tych grubych książek przedostają się z Sowietów do zachodnich wydawców poprzez granicę, tak w innych wypadkach szczelnie strzeżoną. Dotychczasowe wersje na ten temat są niedomówione, czasem sprzeczne, a czasem naiwne”.

Nie może być inaczej, chyba żebyśmy zażądali od Sołżenicyna ujawnienia osób, zajmujących się przemytem. Przez kilka długich lat KGB nie mogło, mimo usilnych starań, wpaść na trop Terca i Arżaka. Dopiero po ich aresztowaniu wyszło na jaw, jakimi drogami rękopisy tych pisarzy wędrowały na Zachód. Co prawda, nie ma tu pełnej analogii. Terc i Arżak byli przez cały czas ściśle zakonspirowani, Sołżenicyna natomiast nie trudno poddać dokładnej inwigilacji. Niemniej, uniemożliwić mu przemyt rękopisów (niekoniecznie w grubych foliałach, w cienkich zeszytach, na raty) można by jedynie w wypadku całkowitego odosobnienia pisarza.

Przy tych wszystkich, bardzo istotnych, jak sądzę, zastrzeżeniach, przyznaję Mackiewiczowi, że zachowanie się władz sowieckich w stosunku do Sołżenicyna musi wydać się niejednokrotnie dziwne czy paradoksalne. Nie mając wszystkich danych w ręku, nie powiemy nic sensownego, możemy się tylko gubić w domysłach. Sugestie Mackiewicza zdążają jednak wyraźnie w jednym kierunku: jest coś podejrzanego w zachowaniu się zarówno Sołżenicyna, jak władz. Czy aby nie chodzi – zresztą Mackiewicz tego określenia nie używa – o jeszcze jedną, misternie sfabrykowaną prowokację?

CZYŻBY PROWOKACJA?

Każda prowokacja ma przed sobą konkretny cel. Jeżeli Sołżenicyn istotnie pisze i działa w porozumieniu z jakimiś urzędowymi organami, w czyim to dzieje się interesie? Bo jeżeli jego książki przynoszą Związkowi Sowieckiemu propagandową szkodę, cała koncepcja rozpływa się w powietrzu. Chyba że w organach centralnych siedzą pomyleńcy, albo wszystkim kieruje z ukrycia jakiś genialny Konrad Wallenrod. Tę wersję lepiej jednak zostawić na użytek fantastów i bajkopisarzy.

O Oddziale chorych na raka Mackiewicz napisał że “po zastosowaniu nieznacznego retuszu mógłby ukazać się w Sowietach”. Kategorycznie i niesłusznie. Co do mnie, uważam, że Oddział chorych jest najbardziej antybolszewicką książką Sołżenicyna, bardziej niż Pierwszy krąg. Podczas, gdy w Pierwszym kręgu przedstawione jest środowisko, mocno zawężone społecznie, wykwalifikowanych specjalistów, na sali “chorych na raka” mamy właściwie wszechstronny obraz sowieckiego społeczeństwa: pod względem zawodu, stanowiska, kariery życiowej, wykształcenia, ba, nawet pod względem pokoleniowym i narodowościowym (obok Rosjan – “nacmeni”). Akcja Pierwszego kręgu dzieje się za Stalina; akcja Oddziału w dwa lata po jego śmierci.

“Nieznaczny retusz”? Należałoby raczej przerobić wszystko od początku do końca, czyli praktycznie biorąc, napisać nową książkę. Inaczej ustawić głównego bohatera, Kostogłotowa, wyrzucić jego buntownicze tyrady i w ogóle prawie wszystkie rozmowy, toczące się na sali szpitalnianej, a przede wszystkim zlikwidować postać Szułubina, a wraz z nią kulminacyjny moment powieści, gdy ten naukowiec, skazany na śmierć i zdający sobie z tego sprawę, oskarża nie tylko system, lecz absolutnie wszystkich, bo w jego pojęciu, kto nie jest katem, albo ofiarą, jest zdrajcą, skoro ze względów oportunistycznych milcząco zgadza się na popełniane zbrodnie. Najbardziej pozytywne postacie, jak stary doktor Orieszczenkow, Doncowa, Wiera Korniljewma Ganhart – to, niezależnie od wieku, ludzie nie mający nic wspólnego z sowieckim wychowaniem, relikty, jakby powiedział marksista, dawnego, zdruzgotanego świata.

A kto reprezentuje świadomych, sowieckich obywateli? Nikczemny biurokrata, Rusanow, jego córka, Awieta, odrażający typ zdemoralizowanej do szpiku kości komsomołki, marzącej wyłącznie o osobistej karierze, najmłodszy Rusanow, Ławrik, zdrowy byczek, godny spadkobierca ojca-donosiciela i autokratycznego bęcwała. Najsympatyczniejszy z tego towarzystwa, młody inżynier, Wadim, uczciwy, gotowy do wszelkich poświęceń, jest jednocześnie tępakiem, nie umiejącym zdobyć się na samodzielne myślenie, a w chwilach wątpliwości chowającym głowę do piasku, więc także nie nadaje się na bohatera pozytywnego.

Codzienne życie w Sowietach przedstawione jest w najciemniejszych barwach i tego posępnego kolorytu nie rozjaśnia ani na chwilę żaden promień światła. Czytelnik cały czas pozostaje pod wrażeniem, że tytuł książki ma charakter symboliczny, że nie tylko nieszczęśni pacjenci tego ponurego szpitala w Uzbekistanie, lecz ustrój, system jest chory na raka. Opinię Mackiewicza, że powieść mogłaby ukazać się w Związku Sowieckim po dokonaniu “nieznacznego retuszu”, należy uznać co najmniej za wielce oryginalną.

Nie rozumiem więc, na czym ma oprzeć się podejrzenie, że w grę wchodzi jakaś inspiracja. Różne szczegóły wyglądają dość dziwnie, zgoda, już przyznałem rację Mackiewiczowi, ale wciąż mi brakuje wyjaśnienia, co może przynieść władzom sowieckim ułatwienie Sołżenicynowi rozpowszechniania tego rodzaju utworów literackich na Zachodzie. Podsuwana insynuacja nie ma się o co zaczepić, upada własnym ciężarem.

Mackiewicz przeprowadził szczegółowy wywód, uzasadniający, dlaczego uważa, iż ukazanie się Jednego dnia Iwana Denisowicza odegrało poważną rolę dezinformacyjną. Wywód ten brzmi dość przekonywająco, ale tylko w zastosowaniu do pierwszej książki Sołżenicyna; w stosunku do Pierwszego kręgu, a zwłaszcza Oddziału chorych na raka, okazuje się całkowicie nieprzydatny. Słuszne słowa ostrej krytyki pod adresem opinii Zachodu (“naświetlenia infantylne”) również w tym drugim wypadku padają w pustkę. Ogłoszenie Jednego dnia… w Sowietach wywołało na Zachodzie falę zachwytów: “patrzcie, zaczęli pozwalać na pisanie prawdy, wszystko się zmieniło”; następne powieści już się w Sowietach nie ukazały, Twardowski początkowo przeforsował druk Oddziału… w “Nowym Mirze”, ale natychmiast pozwolenie zostało cofnięte i gotowy skład rozrzucony. Słuszny uprzednio argument Mackiewicza zwrócił się teraz przeciw niemu samemu.

Gdy wychodzi na jaw jakaś zbrodnia, a sprawcy nie schwytano in flagranti, śledztwo wstępne idzie po linii: kto mógł z tej zbrodni najwięcej skorzystać? Tak i tu; kto mógł skorzystać z ogłoszenia powieści Sołżenicyna za granicą? Skoro nie reżym sowiecki, to chyba nie on był sprawcą, ani wspólnikiem. Prawda, niekiedy zbrodnia nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, gdy sprawcą jest człowiek nienormalny, postępujący poza racjonalnym umotywowaniem. Czyżby główną sprężyną tych zadziwiających historii było grono jakichś wariatów? Nie sądzę.

W KIM ROZKOCHANY?

Jeszcze jeden podejrzany uczynek Sołżenicyna: mógł wyjechać z Sowietów, a nie wyjechał. “Oto – Mackiewicz nie może wyjść z podziwu – szykanowany pisarz, nie mogący w swej sowieckiej ojczyźnie wydawać książek, prześladowany na każdym kroku, przedstawiający upiorne oblicze tej ojczyzny w dziełach wydawanych na Zachodzie – jednocześnie kocha to sowieckie więzienie do tego stopnia, że nie zamieniłby na wszystkie skarby wolności. Woli w nim cierpieć upokorzenie i nędzę, niż być milionerem w wolnym świecie”.

A nieco dalej, jeszcze wyraźniej i dobitniej: “wolno wszystkim, kto chce, podziwiać to ‘patriotyczne’ zaparcie. Osobiście, upraszam tylko o mały dla siebie margines, iżby mi wolno było dostrzegać, że – ‘coś jest tu nie tak’… Konkretnie: widzieć w tym splocie raczej zagadkę… Chcą nam w prasie zachodniej wmówić, że Sołżenicyn tak kocha ‘Rosję’. Której nigdy nie widział, znając jedynie ten ‘raj’, w który przeistoczył ją bolszewizm”.

Tu insynuacja, z lekka tylko zakamuflowana, leży właściwie jak na dłoni. Niech “czuły słuchacz w duszy swej dośpiewa”! Więc “czuły słuchacz”” dośpiewuje sobie: musi być jakiś ukryty cel, że Sołżenicyn pozostał w Sowietach, że mu nie spieszno do wolności i milionów, nagromadzonych w szwajcarskich bankach. Bo w przywiązanie do ojczyzny, w miłość do narodu rosyjskiego Mackiewicz absolutnie nie wierzy. I jakaż tam ojczyzna! Przecież Rosji nie ma, jest tylko ZSSR.

Mackiewicz powołuje się na przykład własny, Mariana Hemara, a z Rosjan na Iwana Bunina. Żaden z nich pod władzę komunistyczną nie powrócił. Tkwi w tym zasadniczy błąd logiczny: co innego nie chcieć wracać po latach emigracji, a co innego nie chcieć, u schyłku życia, na emigrację wyjeżdżać. Nie tylko Sołżenicyn nie chciał. Na Pasternaka powoływać się nie będę, bo Mackiewicz z góry możliwą analogię uchylił. Ale kiedyś mógł wyjechać Michaił Bułhakow – nie wyjechał; nie udało się na Zachód wielu innych, wtedy, gdy Trocki pisarzy niekomunistów wręcz do wyjazdu namawiał. Anna Achmatowa całe życie szczyciła się, że nie uszła za granicę, do ostatka dzieląc tragiczne losy ze swoim narodem.

Dam inny przykład – pozaliteracki. Swego czasu przybył do Madrytu śp. książę Janusz Radziwiłł. Ciężko rozchorował się, a ledwie jako tako przyszedł do siebie, natychmiast wrócił do kraju. Wiedział, że mu bardzo niewiele zostało. Mógł spędzić te ostatnie lata, czy miesiące w luksusie, otoczony czułym staraniem najbliższych – nie chciał. Uparł się, że umrze na ziemi ojczystej. Więc może Sołżenicyn także woli umierać w Rosji, niż w jakimś szwajcarskim sanatorium, przeliczając niepotrzebne już miliony? Mackiewicz nie dopuszcza tej myśli, on wie lepiej, co się dzieje w duszy Sołżenicyna.

Twierdzenie że autor Pierwszego kręgu jest “zakochany w ZSSR”, wygląda jednak niepoważnie. Wszystko, co Sołżenicyn dotychczas napisał, świadczy, że “sowietczyzny” nienawidzi, a zakochany jest w Rosji. Właśnie, właśnie, w tej rzekomo “nie istniejącej” Rosji. Podobnie wielu wybitnych pisarzy starej doby nienawidziło caratu, a kochało Rosję (Lermontow, Aleksiej Tołstoj, Niekrasow, Aleksander Błok i tylu innych).

Sołżenicyn Rosji “nigdy nie widział”, bo jej nie ma. Może jednak tu i ówdzie coś z tej dawnej Rosji się przechowało, choćby na lekarstwo? Jej symbolem dla Sołżenicyna jest starowinka, nie tknięta żadnym nalotem bolszewizmu, z doskonałej noweli Zagroda Matriony. A symbolem przedrewolucyjnej inteligencji rosyjskiej – wspomniany już doktor Orieszczenkow z Oddziału chorych na raka. To tylko dwa przykłady, można ich znaleźć więcej. A czy sam Sołżenicyn nie stanowi dowodu, że zwycięstwo bolszewizmu nie jest, mimo wszystko, absolutne? Wiem, że Mackiewicz takich dowodów bardzo nie lubi, ale cóż na to poradzić. Żyzni nikakoj tieoriej nie wyszybiosz!.

PATRIOTA ROSYJSKI …

Rosyjski patriotyzm Sołżenicyna jest dla mnie niewątpliwy. Dostrzegałem ten patriotyzm przy lekturze pierwszych jego utworów, upewniłem się ostatecznie po przeczytaniu relacji z działań wojennych w Prusach Wschodnich w Sierpniu 1914. Autor przeżywa katastrofę armii Samsonowa tak boleśnie, jak gdyby odbyła się całkiem niedawno, a on brał w niej osobisty udział. Postać bohatera tej książki, pułkownika “giensztabu” (my byśmy powiedzieli – pułkownika dyplomowanego), Worotyncewa, to w ujęciu autora uosobienie wszystkich oficerskich cnót; starzy generałowie z otoczenia wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza – wszystkich nałogów i wad. A Mackiewicz pisze o Worotyncewie z ironicznym lekceważeniem – niesłusznie. Bo, niestety, strategiczne rozważania Mackiewicza także i tu nie budzą zaufania.

Prostych żołnierzy Sołżenicyn potraktował z nie mniejszą miłością, niż Lew Tołstoj w Wojnie i pokoju. Autora Sierpnia 1914 posądziłbym nie tylko o patriotyzm, ale i o rosyjski nacjonalizm. Potwierdzenie tego posądzenia znajduję w niejednym z głośnych posunięć Sołżenicyna. Gdy w odważnym liście do Prezydium Zjazdu Pisarzy Sowieckich wymieniał nazwiska osób, dotkniętych represjami, domagając się dla nich sprawiedliwości, ograniczył się do samych Rosjan; o pisarzach innych narodowości, np. Ukraińcach (a na nich spadły i nadal spadają najsurowsze prześladowania) – nawet nie wspomniał. To zarzut rzeczywisty, a nie urojony, jak większość zarzutów Mackiewicza. Wydaje się, że w tym wypadku humanitaryzm Sołżenicyna skażony został przez egoizm nacjonalistyczny. Z drugiej strony jednak muszę przyznać, że w swoich powieściach traktuje on tak zwanych nacmenów (za caratu nazywano ich inorodcami – Niemców, Żydów, Ukraińców, Uzbeków, Turkmenów itd.) w sposób jak najbardziej ludzki i pozbawiony cienia dyskryminacji.

Nacjonalistyczna podszewka utworów Sołżenicyna została dostrzeżona i we właściwy sposób oceniona przez rosyjską emigrację. Mackiewicz pisze, że wywołały powszechny entuzjazm. “Po raz pierwszy mówi się już powszechnie (pogołowno) o odrodzeniu ‘rosyjskiej’ literatury, która się ‘tam’ tworzy”. Znany emigracyjny publicysta, Nikoiaj Uljanow, usiłował ostudzić te entuzjazmy i wystąpił w roli pogromcy Sołżenicyna, a raczej fikcji, nazwanej Sołżenicynym, gdyż według Uljanowa, autor Oddziału chorych na raka w ogóle nie istnieje, a powieści, wydawane pod jego nazwiskiem, fabrykuje jakiś tajemniczy zespół, “instytucja kolektywna, w której strona fachowa powieści opracowywana jest przez grono specjalistów różnych dziedzin”. Znowu powtarza się niesprawdzalny zarzut: “histeryczne przywiązanie do Związku Sowieckiego”. A to takie oczywiste, że Sołżenicyn przywiązany jest do Rosji! I niby dlatego histerycznie? Odkąd to pogardzanie mamoną wolno utożsamiać z histerią? I że to musiał napisać akurat Mackiewicz!

Pozostaje jeszcze jeden argument, tak już nieporadny, że aż żenujący. “Jeżeli o wolność Rosji chodzi… więcej można dla niej zdziałać na emigracji, niż gnijąc w Sowietach…”. O Borysie Pasternaku już dawno powiedziano, że gdyby był emigrantem, na Doktora Żywago nikt by nie zwrócił najmniejszej uwagi i nie byłoby mowy o nagrodzie Nobla. To samo w jeszcze większym stopniu dotyczy Sołżenicyna. A tak każde jego wystąpienie, każda nowa książka budzą echa na całym świecie. I, oczywista, znane są w całej Rosji, co najmniej ze słyszenia. Czy nie dlatego właśnie Sołżenicyn, który niewątpliwie jest pisarzem walczącym, postanowił pozostać, mimo stale zwiększającego się konta w banku szwajcarskim?

“Z czego właściwie Sołżenicyn żyje?” To nie moje pytanie, zadał je Mackiewicz. Rzeczywiście, z czego on żyje? Supozycję, że pomagają mu przyjaciele, Mackiewicz potraktował ironicznie. “Z tego by wynikało – powiada – że w Sowietach jest dużo ludzi niezależnych, bogatych, samodzielnych, a nade wszystko odważnych. Którzy, nie obawiając się żadnych represji, wspierają go, nie przymierzając coś, jak Józefa Mackiewicza na emigracji polskiej…”

By utrzymać jednego pisarza, wystarczy szczupłe grono przyjaciół niekoniecznie bogatych, wystarczy, jeżeli dobrze zarabiają, a wiadomo dobrze, że takich wśród sowieckich pisarzy, uczonych, artystów nie brak. Odważnych do niedawna prawie nie było, obecnie jest ich coraz więcej. Za pośrednią odpowiedź na zaintrygowane pytania Mackiewicza można uznać anegdotkę, która ostatnio przedostała się do prasy zachodniej. Znany muzyk, Richter, otrzymał w Moskwie duże, ładne mieszkanie i starym, rosyjskim zwyczajem urządził nowosielje (przyjęcie z okazji wprowadzenia się do nowego domu albo mieszkania). Wśród zaproszonych znajdowała się towarzyszka Furcewa (minister kultury), która zwróciła się do gospodarza z prośbą: “Zwróćcie uwagę waszemu przyjacielowi, Rostropowiczowi, żeby przestał popierać Sołżenicyna”. Na to Richter: “Teraz pomoc Rostropowicza nie będzie potrzebna, bo mogę ofiarować Sołżenicynowi gościnę w tym mieszkaniu!”

Być może, anegdotka ta została zmyślona. Jeżeli tak – to dobrze zmyślona. Mackiewicz sugeruje, że utrzymywanie kontaktów, a tym bardziej przyjacielskich stosunków z pisarzem w niełasce stoi w Sowietach pod znakiem zapytania. Godzi się przypomnieć, że kiedy Osip Mandelsztam znajdował się wraz z żoną Nadieżdą w Woroneżu (bez prawa wyjazdu), któregoś dnia odwiedziła ich z własnej inicjatywy Anna Achmatowa, której osobista sytuacja była ówcześnie co najmniej bardzo niewyraźna. Nie bała się? Na pewno się bała, bo przecież działo się to w okresie stalinowskiego terroru, ale przemogła się i zdobyła na ryzyko, czy to przez pisarską, czy zwyczajnie ludzką solidarność. Już za Chruszczowa zdarzyło się w jednej z nielicznych cerkwi, dotąd czynnych w Moskwie, że po mszy wyszedł na środek stary, siwy człowiek, przeżegnał się i powiedział głośno: “Prawosławni bracia i siostry, po osiemnastu latach wyszedłem z łagru, nie mam nikogo z bliskich, pracować nie mogę. W imię Chrystusa, pomóżcie!” Po chwili miał pełną czapkę banknotów. Któż się tam objawił w tej scenie, nie pozbawionej swoistego patosu – ZSSR czy Rosja? Sądzę, że Mackiewicz poczułby się dość zakłopotany, gdyby mu zadać jeszcze kilka pytań z tej samej serii. Sołżenicyn nie chodził po cerkwiach z czapką w ręku, ale nie trudno sobie wyobrazić, że są tacy, którzy nie dają mu umrzeć z głodu. Doprawdy, nie widzę w tym żadnych tajemniczych zagadek.

Od wielu lat Mackiewicz koncentruje się, jako publicysta, na tropieniu komunistycznego szatana. Autor Zwycięstwa prowokacji tak się przyzwyczaił do jego wszechpotężnej obecności, że byle stukot wywołuje mu w wyobraźni diabelskie kopytko, a zwykłe guzy na czyimś wcale nie groźnym czole urastają w lucyperowe rogi. Pamiętam, którejś wrześniowej nocy (1939) stałem na warcie, śmiertelnie znużony, najwyższym tylko wysiłkiem woli broniąc się przed przemożnym snem. Mówiono nam codziennie o niemieckich dywersantach i nie były to puste gadki. Noc ciemna, na przedpolu zarośla, ja sam na pograniczu snu i jawy, wydawało się – ludzkie cienie przebiegają między krzakami, nawołują się niewyraźne głosy, nic, tylko gromada dywersantów osacza mnie i śpiących poza mną żołnierzy ze wszystkich stron. Oczy kleiły się, jeszcze kwadrans, jeszcze pół godziny, nocny krajobraz rozpłynął się w mrocznej, gęstej mazi, napięte do nieprzytomności nerwy nie wytrzymały, wygarnąłem z karabinu na ślepo i rozdarłem się na cały głos: “Alarm!! Dywersanci!!!”. Potem trzeba było usprawiedliwiać się i dławić wstydem.

Szatan komunistyczny istnieje, jest potężny i zły, zastawia pułapki, zwodzi na manowce, odbiera słabym ludziom rozum, uprawia dywersję. To wszystko rzetelna prawda i Mackiewicz ma pełną rację, gdy ostrzega przed szatanem. Ale nadmierna gorliwość inkwizytorska coraz to podsuwa mu rzekome zagadki i popycha ku fałszywym tropom. Sołżenicyn jest pisarzem antykomunistycznym, antysowieckim, rozmiłowanym w swojej ojczyźnie i narodzie, reprezentującym postawę zupełnie wyraźną i dobrze przemyślaną. Wszelkie podejrzenia, choćby nawet częściowo uzasadnione pewnymi pozorami, muszą się rozbić o niedwuznaczną wymowę jego utworów. Inspiracja komunistyczna książek antykomunistycznych – a cóż to za dziwoląg? Z czego żyje, co robi, dlaczego go dotąd nie posadzili – pewnie, że te pytania mają swoje znaczenie. Ale naprawdę ważne jest tylko jedno: co pisze i w kogo jego pisarstwo uderza. A cała reszta to anegdoty, z których można utkać jedynie proces poszlakowy, a i to o poszlakach raczej dość mizernych, a niekiedy wydumanych przy zacisznym kominku.

Mackiewicz zgromadził pracowicie cały dostępny materiał, ale ostatecznego wniosku wyciągnąć z niego nie potrafił. Supozycje, aluzje, próby insynuacji. I żadnego dowodu.

 

Zobacz stronę archiwalną: www.archiwum.jozefmackiewicz.com

Kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie materiałów, ze strony www.jozefmackiewicz.com, w całości lub w części, bez zgody właściciela strony jest zabronione.

© 2022. All Rights Reserved. Opracowanie strony: fdgstudio.net