Skip to content Skip to footer

Przeżyliśmy upiorną rzeczywistość – Józef Mackiewicz

Tytuł: Przeżyliśmy upiorną rzeczywistość

Autor: Józef Mackiewicz

Wydawca: „Goniec Codzienny”, nr 2 z 27.07.1941, cyt. za: Włodzinierz Bolecki (Jerzy Malewski), Wyrok na Józefa Mackiewicza, Puls, Londyn 1991, s. 49-52

Rok: 1941

Opis:

Przeżyliśmy upiorną rzeczywistość

Korzystam z pierwszych łam drukowanych po polsku, aby je prosić o gościnę. Nie wiem, czy bardziej z tęsknoty do pisaniu, czy z nienawiści do bolszewików. W każdym razie nie wstydzę się ani jednego, ani drugiego uczucia.

Onegdaj siedziałem na odkosie trawy i kręciliśmy po dawnemu „bankrutki” z jednym z takich, co to za czasów bolszewickich… po prostu z b. urzędnikiem polskim z Nowogródczyzny. Los jego w Litewskiej Republice Rad był przypieczętowany. Pasał krowy i spał na jednym uchu, jak zaszczuty, bezpański pies. Temu się dziwić niepodobna, że dziś odetchnął głęboko, że nienawiść pali się mu w oczach i razem z ogryzkiem tytoniu wypluwa brzydkie słowa między trawy, między kwiaty.

Nagle podchodzi do nas człowiek o krótko ostrzyżonych włosach, jakie zwykli nosić żołnierze, albo więźniowie. Podaje rękę i prosi o ogień.

– Niech on opowie – mówi ponuro b. urzędnik, wskazując spracowanym kciukiem na przybysza i nieznajomy zaczyna opowiadać. Przerywam mu już po pierwszym zdaniu okrzykiem: „Jak to! Pan był w Prowiniszkach?!”

Słyszałem o nich swojego czasu, widziałem ostatnio fotografię w litewskim piśmie, ale nie znam szczegółów, bo nie umiem po litewsku. Kilkakrotnie obiła mi się o uszy nazwa miejscowości: Prowiniszki, jak dalekie echo burzy, która minęła. Ale ten siedzący wśród jaskrów i dzwonków, prosty człowiek, swym niewyszukanym, pozbawionym fantazji opowiadaniem czyni na mnie wrażenie niesamowite.

Być może siedzę w tej chwili z otwartymi ustami, a obłoki płynąc jedne za drugimi po niebie rzucają kolejno cień na nasze twarze, być może ptaki po dawnemu śpiewają, wietrzyk lipcowy unosi dym tytoniu, krowa czochra rogiem swój bok i z tymi owadami odbywa się ten sam proceder co każdego lipca wszystkich ubiegłych wieków; znaczyłoby to, że wszystko idzie swoją koleją i tak zapewne być powinnio. Rozmówca mój pomaga sobie w opowiadaniu gestykulacją rąk, bo słowa wydobywa z trudem. Prowiniszki to miejscowość leżąca niedaleko Kowna. Bolszewicy urządzili tam tzw. „Obóz przymusowej pracy”, do którego zsyłali ludzi za różne przewinienia. Na przykład za publiczną krytykę władzy sowieckiej… Mniejsza z tym. Siedziało w nim 500 ludzi, którzy przymusowo kopali torf. Wojna wybuchła nagle. Front się zbliżał. Tego dnia nie wypuszczono ich na pracę. Niespodziewanie obóz został otoczony przez oddział bolszewicki, otwarły się drzwi i oficer powiada: „Wychoditie!”

Wyszli jak zawsze posłuszni, jak ludzie zbydlęceni pod jarzmem. Każdy chciał tylko zabrać ze sobą własny tobołek. – „Nie trzeba! Rzucać rzeczy!” – Rzucili. Stanęli zbitą gromadą. „Ręce do góry!” – Podnieśli.

– Staliśmy tak, powiada – chyba ze dwadzieścia minut. Bolszewicy opuścili dziedziniec i wyszli za druty. W bramę wjechał czołg, ustawił się wygodnie i wygarnął z karabinów maszynowych, prosto w zbitą ciżbę ludzkich ciał. Żywych ludzi! Zdaje się, że nie było krzyków.

Jakiś potworny, spazmatyczny skurcz owładnął tym zbiorowym organizmem pięciuset ludzi. Stłoczyli się jeszcze bardziej i padali jeden na drugiego, przednie warstwy na następne. Ci, co rzucali się na ziemię, ginęli przeważnie zdeptani, albo uduszenie pod ciężarem zamordowanych. On był jednym z ostatnich w tej kupie śmierci. Upadł i udawał zabitego. Bolszewiccy zbrodniarze podeszli następnie do tej drgającej masy ludzkich strzępów wołając: „No, kto żyw jeszcze!” – A kto się poruszył, kto jęczał, został dobity.

– Koło mojej głowy leżał trup. Sięgnąłem nieznacznie ręką, zgarnąłem zeń krzepnącą krew i kawały rozpryskanego mózgu, oblepiając nimi własną skroń. Zaparłem dech w piersi…

– Dosyć, wystraczy, rozumiem. To pana uratowało.

Oto obraz jeden z wielu. Dziś wiemy już, co uczyniono z Polakami we Lwowie, w Mińsku i Witebsku z więźniami NKWD. Na podwórzu klasztornym w Głębokiem leżały porozrzucane trupy mężczyzn i kobiet. Straszny los wywiezionych… Łzy dzieci z Oszmiany… Ten straszliwy różaniec będzie jeszcze przebierał pomiędzy skrwawionymi palcami „wódz narodów, ojciec pracujących, opiekun proletariatu. słońce ludów, ukochany, ubóstwiany, genialny – Stalin”

***

Opowiadanie o Prowiniszkach jest jednym z wstrząsających faktów, efektownych i straszliwych zarazem, słusznie przeznaczanych na eksport dla tych, którzy wiodąc życie od rannej kawy poprzez spokojny dzień, wymagają, aby im o Sowietach mówić rzeczy przenikające do otępiałej w dobrobycie wyobraźni. Ale krwawe masakry, więzienia, deportacje, katorgi dotyczyły tylko pewnego, acz wysokiego procentu ludności. 200 milionów ludności niepodobna było utrzymać w bezpośrednim więzieniu. Pomiędzy Murmańskiem i centralnymi turmami, pomiędzy wyspami Sołówek i Kazachstanem, wlókł się przecie szary dzień sowiecki. To „ich” życie powszednie, które było naszym przez rok, które miało być „naszym” może do śmierci i – które nie będzie już nigdy! Tak nam dopomóż Bóg!

Bo niewielu ludzi na kuli ziemskiej zdaje sobie sprawę, co to jest i jak wygląda „normalne” życie w ustroju stalinowskiego państwa. Pozornie szara drożyzna, posady, biurokratyczna [dalej w druku fragment zniekształcony błędami drukarskimi: (za?)leżność i czerwonej flażki]. Ale skąd się bierze ten potworny, psychiczny ucisk, ten specyficzny „gniot”…

Gdyby mnie ktoś prosił o najbardziej esencjonalną definicję ustroju bolszewickiego, powiedziałbym: Państwo idealnie pozbawione opinii publicznej. Państwo, które pojęcie obywatelstwa sprowadziło do pojęcia – niewolnictwa.

Te dwie definicje oddają może zewnętrzną strukturę Sowietów, ale nie wyczerpują jeszcze ich wewnętrznej charakterystyki. Rzec by można, iż od czasów faraonów świat nie oglądał tak olbrzymie skomasowanego niewolnictwa. Można by też powiedzieć, że stare „kriepostnoje prawo” obowiązujące tych chłopów w dawnej Rosji, obowiązywało w Sowietach całą ludność. Ale nie ono stanowi jakościową odrębność sowieckiego wynalazku. Tym wynalazkiem jest kłamstwo podniesione do przymusowej potęgi, zawarowane drakońskimi ustawami, doprowadzone do stopnia tak jawnego bezwstydu, że oszałamiające. -W Sowietach nie istnieje wola ogółu absolutnie. Ale na każdym rogu i progu, gazecie, książce, kalendarzu. W radio, codziennie, co godzina mówi się o tym, że wszystko, co się dzieje w państwie, dzieje się za wolą ogółu. – W Sowietach panuje absolutne niewolnictwo przez pozbawienie elementarnych swobód obywatelskich każdego z osobno i wszystkich razem; panuje przygnębienie, rozpacz, głuchy szept i strach. Ale z góry jest powiedziane, że „wszyscy są szczęśliwi, wolni, uśmiechnięci”. Ba, nie tylko z góry powiedziane: każdy obywatel powinien to powtarzać jak przymusowy pacierz. Na pracy i poza pracą, w domu i na ulicy. Bo kto nic jest zadowolony i uśmiechnięty, tego zaproszą do NKWD.

Na kłamstwie opierają się zbiorowe uchwały, kłamstwo zawierają podręczniki szkolne, na kłamstwie oparta jest literatura, historia, poezja, prasa, wszystko, do rozmów prywatnych włącznie.

Nikt nie jest zadowolony z ustroju sowieckiego, a wszyscy musieli go chwalić i wynosić pod niebiosa. Dzień po dniu, przez dwadzieścia przeszło lat 200 milionów ludzi musiało brać udział w psychicznym samobiczowaniu. Oto jest specyficzny wynalazek, na który nie zdobył się dotychczas żaden z najkrwawszych satrapów ludzkości.

Oblicze trupa może być ponure, budzące grozę albo obrzydzenie. Ale trup zastygły w spazmatycznym uśmiechu – staje się zjawiskiem upiornym. I taką upiorną rzeczywistością był szary dzień sowiecki.

***

Na tę ostatnia wojnę czekaliśmy rok tylko. Ale czekaliśmy z takim upragnieniem, jakby upłynęły lata całe. Nie tylko tacy ludzie jak ten urzędnik z Nowogródczyzny, czy ten więzień z Prowiniszek. Czekali nasi robotnicy, chłopi, inteligencja – wszyscy. Raz na robotach leśnych odezwał się do mnie kolega: Nie od „wojny”, ale ,,od pokoju, powietrza i głodu wybaw nas Panie”. I wówczas pół roku temu, ta żartobliwa zmiana pięknej modlitwy, nie wydała mi się bluźnierstwem wobec Boga.

Natomiast wobec Narodu Polskiego byłby zarzut, że nie pragnie on z całym światem cywilizowanym zniszczenia raz na zawsze, wypalenia ogniem i żelazem przeklętego systemu, by wreszcie przestał zagrażać ludzkości. W tej ostatniej wojnie, wolałbym raczej nie być Polakiem, niż skalać się sojuszem z największym wrogiem świata – bolszewickim państwem.

 

Zobacz stronę archiwalną: www.archiwum.jozefmackiewicz.com

Kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie materiałów, ze strony www.jozefmackiewicz.com, w całości lub w części, bez zgody właściciela strony jest zabronione.

© 2021. All Rights Reserved. Opracowanie strony: fdgstudio.net